Samotność nasza powszednia
Recenzja książki: Marta Mazuś, „Historie dziwnych samotności”
Piosenkarz Harry Nilsson pisał, że „jedynka to najbardziej samotna liczba” na świecie, ale dwójka jest równie zła, bo następuje tuż po niej. Takie motto przyświeca nowej książce reporterki Marty Mazuś. Jej bohaterowie, tak jak w poprzedniej, „Królu kebabów” z 2015 r., o codzienności uchodźców w Polsce, są dla świata często niewidzialni. Nawet jeśli mają krewnych, dzieci, pracują i nie żyją w pojedynkę. Dramat matki mordercy obchodzi ludzi mniej niż sam morderca. Zaglądający do kieliszka wynalazca amator, z zawodu kamieniarz, prywatnie milczek i człowiek w istocie niespełniony – mniej zajmuje niż samolot, dzieło jego rąk i wyobraźni. Maszyna wprawdzie nie lata, ale maleńka wieś Sikorka z niczego innego nie słynie, więc skupia się na samolocie. Mazuś pokazuje różne oblicza samotności. Można mieć ludzi dookoła, a największą miłością darzyć zakupy w ciucholandzie, a nawet sąsiadować z trupem i nic o tym nie wiedzieć. Żyć w izolacji i umrzeć we własnym mieszkaniu. Cenić wyżej towarzystwo psa niż człowieka. Mazuś snuje swoje opowieści bez ckliwości, za to z wyczuwalną empatią, a zarazem ładnym językiem. Przywraca bohaterom ich historie, wydobywa z dna to, czego z wierzchu nie widać. Zawiesza gdzieś pytanie o to, dlaczego jedni zostają bez nikogo, a drugich nieprzesadnie to obchodzi. Także państwa jako instytucji, która zawiesza dozór nad problematycznym obywatelem, Piotrem K., nazywanym Piotrusiem, tylko dlatego, że nie może zastać go w domu. Wszystko to jest dziwne, niedorzeczne, czasem banalne, wciąż się zdarza i dlatego przejmuje. Książka – tytuł widać zobowiązuje – jest zarazem dziwnie złamana, historie rwą się albo toczą równolegle na tych samych stronach. To jedno udziwnienie można było chyba jednak odpuścić.
Marta Mazuś, Historie dziwnych samotności, Wielka Litera, Warszawa 2019, s. 248