Recenzja płyty: The Necks, „Body”

Karki odświeżone
Trio The Necks z Australii to rodzaj ćwiczenia w operowaniu czasem, trudnego do porównania z czymkolwiek innym.
materiały prasowe

Od trzech dekad w tym samym składzie (fortepian, kontrabas, perkusja) wychodzą na scenę i improwizują – są to długie, powoli rozwijające się formy gdzieś pomiędzy jazzem a minimal music. Rzadko wydarza się w nich coś przełomowego, ale rodzaj oferowanego w nich zanurzenia w muzyce odbieranej tu i teraz, prowadzącej w ciągu kilkudziesięciu minut do zupełnie innego punktu niż ten początkowy, cieszy się z biegiem lat coraz większym zainteresowaniem. Tym bardziej że nie ma w tym niczego nieprzystępnego – The Necks wymagają tylko uwagi. Płyta „Body” jest na tym tle względną niespodzianką – przynosi jeden utwór (tak już bywało), ale wyraźnie podzielony na cztery części, bardzo różnorodne brzmieniowo, z jednym z najbardziej rockowych w charakterze fragmentów w historii grupy, opartym na brzmieniu gitary elektrycznej (gra na niej perkusista Tony Buck). Chwilami nie przypominają tu samych siebie. Czy to dobrze? Rzecz dyskusyjna. Za to w pierwszej części płyty słuchacze powinni rozpoznać figury fortepianowe znane z ostatnich koncertów w Polsce tej bardzo lubianej u nas grupy.

The Necks, Body, Northern Spy

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną