Paszporty POLITYKI

Mniej kanciasty mózg

Norman Leto o swoich artystycznych inspiracjach

Norman Leto Norman Leto Leszek Zych / Polityka
Rozmowa z Normanem Leto, laureatem Paszportu POLITYKI w dziedzinie Sztuk wizualnych, o byciu samoukiem, nerdem w sztuce i przyjaźni ze Zdzisławem Beksińskim.
Kadr z filmu „Photon” Normana Letomateriały prasowe Kadr z filmu „Photon” Normana Leto
Polityka

Piotr Sarzyński: – Jak właściwie mam się do pana zwracać: Łukaszu czy Normanie?
Norman Leto: – W rodzinnej Bochni ludzie zazwyczaj mówią do mnie Łukasz, podobnie jak i moja mama. W dowodzie osobistym też pozostałem Łukaszem, ale już żona i teściowa oraz znajomi mówią Norman. Może więc Norman.

Jak to się stało, że sięgnął pan po pseudonim? Łukasz Banach – brzmi dobrze.
Gdy pisałem książkę „Sailor”, mieszkałem w Krakowie, dzieląc mieszkanie z dwójką znajomych. Dawałem im do przeczytania kolejne gotowe już fragmenty. I trochę dla zgrywy zaczęli mówić do mnie „Norman”, czyli tak, jak nazwałem głównego bohatera powieści. Początkowo puszczałem to mimo uszu, ale z czasem zauważyłem, że coraz więcej znajomych tak się do mnie zwraca. Może dlatego, że zauważali liczne podobieństwa tej fikcyjnej postaci do mnie. Zaakceptowałem to, a w końcu przyszedł taki moment, że sam spontanicznie przedstawiłem się komuś jako Norman. I już pozostało.

Za takimi zmianami tożsamości zwykle coś stoi: zamknięcie jednego etapu w życiu, otwarcie drugiego, poważne przewartościowania itd.
Wówczas tak nie myślałem, ale teraz, z perspektywy czasu, widzę, że to ma sens. Rzeczywiście działo się wówczas w moim życiu wiele. Przenosiny z Bochni do Krakowa, zupełnie nowe wyzwania artystyczne, książka, film itd. Mogła więc działać podświadomość.

Cofnijmy się nieco w przeszłość. Co robi w Bochni jeszcze młodziutki wówczas Łukasz?
W dzieciństwie i młodości miałem dwie pasje. Po pierwsze, komputery. Wiedzę informatyczną zdobywałem samodzielnie, bo nie było jeszcze internetu, w którym wszystko można znaleźć. Metodą prób i błędów uczyłem się różnych rzeczy na komputerze Amiga. Po drugie, sporo rysowałem, tworzyłem też pierwsze, prościutkie grafiki komputerowe. Niestety, nikt z mojej rodziny, podobnie jak i moich bliższych i dalszych znajomych w Bochni nie miał nic wspólnego ze sztuką. Jako dziecko byłem więc zdany praktycznie na siebie. To wykształciło we mnie nawyk samodzielnego uczenia się, myślenia oraz działania w pojedynkę. Miałem utrwalone przekonanie, że w tych kwestiach nie mogę liczyć na innych.

Także na nauczycieli i szkołę…
Fakt, w klasie maturalnej zrezygnowałem ze szkoły. Ale nie był to wcale gest buntu czy jakiejś ideowej deklaracji. Raczej kapitulacji. To był czas, gdy musiałem zacząć zarabiać na życie i trafiłem do firmy tworzącej animacje komputerowe. Miałem mnóstwo pracy i szybko uświadomiłem sobie, że nie pogodzę tych obowiązków z przygotowaniami do matury. Wolałem ją sobie odpuścić, niż się skompromitować na egzaminie. Co ciekawe, nauczyciele do końca wierzyli, że ostatecznie zmienię zdanie, widziałem – na sali egzaminacyjnej czekał stolik z moim nazwiskiem. Po sprawie podszedłem i zjadłem swoją kanapkę, którą kładli na stanowiskach każdego maturzysty. Trochę ze złości.

W ten sposób chyba ostatecznie przejął pan pełną odpowiedzialność za swoje życie. Także odbierając sobie możliwość studiowania.
Dokładnie. Jednak w moim przypadku ta świadomość dodała mi skrzydeł, silnie mnie motywowała. W sumie to zawsze wiedziałem, czym chcę zajmować się w życiu, i musiałem udowodnić, głównie sobie, że podjąłem słuszną decyzję. Dlatego gdy absolwenci studiów czasami pytają mnie o radę, co mają robić po dyplomie, bo sami nie wiedzą, to nawet nie wiem, jak odpowiedzieć. Ja tego problemu nie miałem nigdy. Nie znam tego uczucia. I jeszcze jedno: od tamtej decyzji minęło już niemal 20 lat, ale nigdy jej nie żałowałem i nigdy nie poczułem, że mi w czymś zaszkodziła.

I oto ten 19-latek bez matury, z niewielkiej Bochni nawiązuje trwałą i niepowierzchowną znajomość ze słynnym, o wiele starszym, a dodatkowo uznawanym za nieufnego dziwaka Zdzisławem Beksińskim. Jak to się stało?
Dużo wówczas rysowałem, ale nie potrafiłem malować farbami olejnymi. Bardzo chciałem, by ktoś podzielił się ze mną choćby podstawową wiedzą, jak się do tego zabrać. Pewnego dnia kolega podsunął mi jakiś prasowy wywiad z Beksińskim. Obejrzałem jego prace. Zobaczyłem, że świetnie maluje, za to jego grafiki komputerowe były bardzo słabe. Zaintrygował mnie, więc do niego napisałem. Z pytaniami typu: jak sobie radzić z gruntowaniem płyty pilśniowej pod obraz.

Zareagował.
Zareagował świetnie, złapaliśmy doskonały kontakt. To jednak nie była – wbrew pozorom – relacja mistrz–uczeń, ale układ partnerski. On mi zdradzał techniczne tajemnice posługiwania się farbami, impregnatami, podkładami, a ja mu opowiadałem o warsztacie komputerowej grafiki. Chciałem namówić go na stosowanie nowoczesnego programu do renderingu 3D, ale chyba wystraszył się ogromu wyzwań i wolał pozostać przy prostszym w obsłudze Photoshopie. Z czasem wyszliśmy poza te tematy, rozmawiając o wszystkim: filozofii, życiu i śmierci, sprawach codziennych. Wkrótce do księgarń trafi książka „Detoks”. To 800-stronnicowy zapis naszej korespondencji.

Ale jego estetyka pana nie uwiodła?
Początkowo uwiodła – żarliwość neofity. Beksiński wręcz mnie ostrzegał, że znajomość z nim może być dla mnie jak zawodowy pocałunek śmierci, bo przez ówczesną awangardę był uważany za obciachowego. Początkowo nie rozumiałem tej przestrogi. Jednak film „Ostatnia Rodzina” pokazał, że Beksiński jest przede wszystkim ciekawy jako człowiek, niezależnie, czy ktoś lubi jego obrazy czy nie. Oczywiście sporo nas łączyło: dwóch artystów samouków ze skłonnością do precyzyjnego, ścisłego myślenia. Natomiast po paru latach to, że miał tak jednolitą estetykę, sprawiło, że trochę na zasadzie odreagowania zacząłem malować w różnych konwencjach.

Bezstylowość jako styl?
Raczej wsłuchiwanie się w samego siebie. Jeśli mam potrzebę namalować czterometrowy obraz w 15 minut, to robię to. Kiedy indziej chcę cyzelować mały realistyczny portret miesiącami – i też to robię. Liczy się swoboda myślenia – jedyna rzecz, w której człowiek jest całkowicie wolny. Gdy czuję, że do opowiedzenia pewnej historii lepszy jest film, to sięgam po kamerę, kiedy indziej – po farby albo pisanie. To tylko różne narzędzia do ekspresji danego umysłu.

Z kolei jako 27-latek miał pan ciekawą przygodę z teatrem. I to z samym Krystianem Lupą.
Zadecydował przypadek. Pewien mój znajomy znał także Lupę i wiedział, że pracuje on nad nową sztuką: „Factory 2”. Szukał autora materiałów wizualnych do spektaklu właściwego oraz kogoś do całorocznego rejestrowania prób. Lupa spotkał się ze mną, chwilę porozmawialiśmy i przez kolejny rok, codziennie przez 6–7 godzin, uczestniczyłem we wszystkich próbach, nagrywałem aktorów, montowałem, konsultowałem. Było to dla mnie niesamowitą, dodatkową szkołą i myślę, że tamte obserwacje pomogły później przy moich filmach.

Przez wiele lat żył pan w dwóch światach: komputerów i sztuki. W pewnym momencie doszła trzecia fascynacja: nauka.
Zasadniczo mam w sobie chyba wiele z nerda, a pierwotny i najważniejszy jest dla mnie świat komputerów. Bardzo racjonalnie podchodzę do rzeczywistości, może nawet zbyt racjonalnie jak na artystę. Codziennie odbywa się u mnie wewnętrzna walka cyfrowego racjonalisty z analogowym człowiekiem od pędzla i taśmy filmowej. I często zdarza się, że za dnia ślęczę przy ekranie, użerając się z renderingiem, matematyką, naukowymi problemami, a zmęczony tym schodzę piętro niżej i maluję, odreagowuję. Mózg robi się wtedy mniej kanciasty. Staram się trzymać równowagę między tymi światami. Szukanie jej jest istotną częścią moich filmów, „Photona” czy „Sailora”.

Świat sztuki, nauki i informatyki łączył pan ciekawie na długo przed „Photonem”. Choćby w projekcie „Bryły życiorysów” z 2010 r., włączonym później do filmu „Sailor”.
Tak, to była chyba pierwsza wyrazista próba połączenia moich dwóch „ja”. Chciałem stworzyć nowoczesne portrety ludzi, ale nie w tradycyjnej formie malarskiej czy rzeźbiarskiej, tylko pod postacią bryły matematycznej, topologii. Najpierw należało zebrać w specjalnym formularzu tzw. dane osobowe. 150 pytań. Przeróżnych, niekiedy intymnych. Ilość zarobionych pieniędzy, przechodzonych ciężkich chorób, partnerek i partnerów seksualnych, odwiedzonych krajów itd. Jedno, co je łączy, to możliwość ujęcia w liczby, które następnie specjalny skrypt przerabia na rodzaj rzeźby rozciągniętej na osi czasu. Stworzyłem tego typu portrety dla słynnych ludzi, ale też dla znajomych lub – brzydko mówiąc – klientów. Można taką bryłę życiorysu po prostu zamówić. A później wydrukować jej fotografię albo lepiej – przenieść do naszej rzeczywistości za pomocą druku 3D.

W nagrodzonym Paszportem, powstającym wiele lat „Photonie” nauka jest już wszechobecna.
Nie chciałbym być postrzegany jako artysta, który uprawia naukę, który próbuje być naukowcem. To tak nie działa. Naukowcem można być tylko na 100 proc., całkowicie się temu poświęcając. Nie można być trochę naukowcem i trochę artystą. W nauce raczej szukam inspiracji, używam typowego dla niej, raczej schludnego sposobu obserwacji. „Photon” nie jest obiektywną, naukową wykładnią historii życia na ziemi, lecz raczej ekspresją tego, jak mój kanciasty umysł postrzega rzeczywistość – na szczęście zbieżnie z obecnym naukowym paradygmatem. Sama fizyka oraz, szerzej, nauka niosą w sobie tak wiele tajemnic, że nie trzeba sięgać po metafizykę, jakąś duszę. Na przykład: czy pójdziemy w kierunku bezcielesności, bo ciała rzeczywiście nie nadążają już dzisiaj za technologią i umysłem? Nerd się zgodzi. Sportowiec zaprzeczy.

Czym jest więc „Photon”? Dziełem przynależnym do świata sztuk wizualnych, filmu, nauki czy może edukacji?
Gdzieś na pograniczu. Z nauki czerpie, w edukacji może się przydać, bo jest mocno konsultowany. Cieszę się, że w Paszportach POLITYKI został zauważony w kategorii Sztuki wizualne, bo jest mi jednak najbliższa. Sztuki wizualne już się przyzwyczaiły do nietypowych form, środowisko filmowe chyba jeszcze nie. Moim zdaniem w kinie brakuje odwagi i to właśnie artyści wizualni tę lukę zapełniają. Najpierw filmy Wilhelma Sasnala, ostatnio choćby „Serce miłości”, czyli film Łukasza Rondudy o Wojtku Bąkowskim. „Photon” zdobył nagrody nie w świecie sztuki nowoczesnej, tylko na typowo filmowych festiwalach: Gdynia, Nowe Horyzonty i tak dalej. Takie kino przebija się do społecznej świadomości i zaczyna być akceptowane. Takie kino odczarowuje powszechne przekonanie, że artyści robią półgodzinne ujęcia szumiących, mokrych liści. Dla nas to ważne, choćby z uwagi na finansowanie – mam nadzieję, że artystom wizualnym łatwiej będzie pozyskiwać fundusze na kolejne produkcje.

I być może nie powtórzy się sytuacja, której doświadczył pan przy finansowaniu „Photonu”...
Chodzi o fundusze, o które aplikowałem w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej? Początkowo dostaliśmy jakieś pieniądze na rozwój scenariusza, ale przy produkcji… Tak, wstyd, „Photon” został uwalony przez komisję Piotra Dumały – głównie za brak dramaturgii. Ustąpił wtedy „Zajączkowi Parauszkowi”. Cóż, komisja, mając do wyboru zasłużoną wytwórnię filmów dla dzieci i jakiegoś nawiedzonego artystę wizualnego z ryzykowną historią, postanowiła postawić na sprawdzonego konia. Chciałem nawet później obejrzeć „Zajączka”, ale nie mogłem go znaleźć.

Teraz przymierza się pan do kolejnego dzieła filmowego. Zaskakującego.
To będzie film mówiący o pamiętnych zamachach z 11 września 2001 r. na World Trade Center. Historia opowiadana jest z perspektywy pilotów wojskowych wysłanych wówczas do unieszkodliwienia samolotów lecących w stronę Nowego Jorku i Waszyngtonu. Jak wiemy, nie zdążyli. Ich misja trwała niecałe sto minut i tyle też ma trwać mój film. Scenariusz już jest gotowy, teraz przed nami ulubiony etap – zdobywanie pieniędzy na produkcję.

Która musi być cholernie droga?
Wbrew pozorom, wcale nie. Wystarczy dwóch dobrych aktorów, dobry scenariusz i dobra makieta kokpitu myśliwca. Reszta będzie zrobiona cyfrowo, ale tak, by nie było czuć komputera. Realizm. Nie będzie to jednak kolejny „Top Gun”, ale raczej film mówiący o tym, jak ludzki umysł radzi sobie w sytuacjach skrajnie podbramkowych, na przykład z decyzją o strzelaniu do liniowca pełnego cywilów. I tak dalej.

Recepta na sukces?
Nie wiem. Brakuje mi takiego filmu. Obserwując wystawy sztuki współczesnej czy oglądając filmy, rzadko myślę, czym się inspirować, „robić tak fajnie jak ten reżyser”. Odwrotnie, raczej zastanawiam się: jak to zrobić kompletnie inaczej. Przez eliminację – a nie szukanie inspiracji – też można znaleźć swój sznyt twórczy.

rozmawiał Piotr Sarzyński

***

Norman Leto (Łukasz Banach), 37-latek urodzony w Bochni, tworzy obrazy, obiekty, instalacje, kręci filmy, pisze książki, przygotowuje komputerowe projekty. Łączy artystyczną fikcję z doświadczeniami nauk ścisłych i filozofii. Paszport POLITYKI otrzymał „za budowanie pomostów między sztuką a nauką. Także w ostatnim imponującym rozmachem intelektualnym i realizacyjnym dziele – filmie »Photon«”.

Polityka 4.2018 (3145) z dnia 23.01.2018; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Mniej kanciasty mózg"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama