Paszporty POLITYKI

Jak nie zostać gadułą

Marcin Wicha: Jeśli coś jest lakoniczne i trafne, to pewnie będzie też zabawne

Marcin Wicha Marcin Wicha Polityka
Rozmowa z laureatem Paszportu POLITYKI w kategorii Literatura Marcinem Wichą, autorem książki „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”.
Polityka
Polityka

Justyna Sobolewska: – Ta książka buduje pomost między pokoleniami, przenosi pan ze świata swojej matki jej stosunek do języka i do rzeczywistości – oszczędność słów, racjonalizm i niechęć do roztkliwiania się. Nie było w pana rodzinie konfliktu pokoleń?
Marcin Wicha: – Pewnie, że się buntowałem. Awanturowaliśmy się bez przerwy, przez całe lata. Jak to z rodzicami. Ale potem rodzice umarli, musiałem zlikwidować mieszkanie matki, pozbyć się mnóstwa przedmiotów, mebli, książek. Ta książka to jest taka paczka, do której wkładałem te rzeczy, które lubiłem. Takie, które się jeszcze mogą przydać. Więc na przykład język, sposób mówienia moich rodziców, dystans. Te wszystkie przestrogi, żeby się nie nadymać, nie pouczać, nie histeryzować. Ale też mówić bez dzielenia włosa na czworo, eufemizmów, gładkich słów. Prosto z mostu. Myślę, że to było charakterystyczne dla ich pokolenia. Brakuje mi tego tonu.

No właśnie, dziś żyjemy w świecie rozbuchanych emocji, właściwie terroru emocji, czasem na granicy histerii.
Podobnie jest w grafice użytkowej. W sumie chodzi o oszczędność czasu, przynajmniej tak jest w projektowaniu graficznym. Emocjonalna ilustracja działa szybciej niż – ja wiem? – sam tekst, rebus, intelektualny żart. Powściągliwy znak wymaga chwili zastanowienia. To luksus, którym nie zawsze dysponujemy.

W tej książce nie sięga pan głębiej do pokolenia swoich dziadków, tylko do pokolenia rodziców.
Bo to historia o matce. Historie dziadków zawsze są bardziej dramatyczne, skomplikowane, wieloznaczne niż historie naszych rodziców. Nie chciałem, żeby dziadkowie ukradli cały show. Moja matka by tego nie lubiła. To miało być o niej, o jej czasach, jej rzeczach, może trochę o jej powojennym pokoleniu. Jest jeszcze jeden powód. Z rodzicami mieszkaliśmy w tym samym świecie. Potrafię sobie wyobrazić dzieciństwo rodziców, bo znałem, tylko trochę, ale jeszcze znałem ich miasto. Warszawa się zmieniła w ciągu tych 30 lat między ich dzieciństwem a moim, ale wciąż stały te same budynki, były te same kina, sklepy, nawet kawiarnie.

Szkłowski pisał gdzieś, że każdy rok zostawia słój na przekroju drzewa, ale te słoje są różnej grubości. Peerelowskie słoje wydają mi się dość cienkie. Więc mam poczucie, że żegnam świat moich rodziców i jakąś część swojego świata też, przy okazji. Z dziadkami to co innego. Może jeszcze spróbuję o nich napisać.

Dla pokolenia pana rodziców dzisiejsze antysemickie powtórki z Marca ’68 są szczególnie trudne, bo ich lęki się spełniają. Te obawy są w książce.
Właściwie mogę powiedzieć tylko jedno. Czuję ulgę, że matka tego nie dożyła. I tyle.

Marzec to był dla moich rodziców szok, koniec dzieciństwa, koniec młodości, złudzeń, naiwności. Przechodzić to po raz drugi, czytać teraz to wszystko, słuchać telewizora, nie, to już by była przesada.

Zanim napisał pan pierwszą książkę dla dorosłych, czyli „Jak przestałem kochać design”, wydał pan kilka książek dla dzieci, przede wszystkim serię o Klarze, czyli o szkole. Czy to był inny rodzaj pisania – wymyślanie zabawnych historii?
Właściwie nie, książki dla dzieci też bardziej wynikały z obserwacji niż z wyobraźni. Były pogodne, bo pisząc je, byłem pogodniejszy, ale w jakimś sensie opowiadały o tym samym. O najbliższych ludziach i świecie dookoła. O tej chwili, kiedy wysyłasz dzieciaka do przedszkola czy szkoły – i razem odkrywacie, że zewnętrzny świat ma swoje zasady, czasem inne niż w domu. Niektóre fajne, inne mniej. Często mniej. Trzeba to sobie jakoś układać.

Książką, którą naprawdę wymyśliłem, był „Łysol i Strusia”. Ale nawet ona powstała, kiedy usłyszeliśmy na wywiadówce pochwałę, która brzmiała: „Państwa córka jest tak grzeczna, jakby jej wcale nie było”. Z pełną powagą to było powiedziane. Użyłem tego zdania zaraz na początku książki. Musiałem coś z tym zrobić.

Jak niewidzialna dziewczynka z „Muminków”. A czy pisząc „Rzeczy...”, miał pan w pamięci tradycję literatury poświęconą żałobie?
Nie, chyba nie, nieszczególnie. Bardziej chciałem się odwołać do tych książek, które porządkowałem na półkach matki. Dobrych i gorszych, zapomnianych, takich, które wyszły z mody, których już nikt nie wznowi. Chciałem usłyszeć ich ton.

Opisał pan przy okazji powojenną historię papieru i stylów wydawniczych. Ta oszczędność środków łączy chyba pana literaturę i projekty graficzne?
W literaturze lakoniczność nie musi być zaletą, ale ja jestem grafikiem. W projektowaniu, kiedy robisz plakat, to ścigasz się, żeby coś pokazać jak najprościej. Oszczędnie. Wiele lat robiłem rysunki, najpierw w „Tygodniku Powszechnym”, potem w „Gazecie Wyborczej”, potem już nigdzie. Kiedy wymyślasz tekst, zdanie w dymku musi być jak najkrótsze. Żeby czytelnik, oglądacz właściwie, mógł je szybko przeczytać. I żeby się samemu nie namęczyć, wpisując litery – a tu jeszcze tusz się rozlewa, rozmazuje, raz po raz trzeba zaczynać od początku.

Kiedy zrobiłem maturę, próbowałem się dostać na ASP. Był taki system, że kandydaci mogli się wprosić na konsultacje, pokazać, co robią. Namalowałem kolorowe martwe natury i zaniosłem do Teresy Pągowskiej. Spodobały się jej. Powiedziała, żeby dalej malować i przyjść za miesiąc. Więc – kompletnie uskrzydlony – poleciałem malować, pamiętam, że zabrałem się za taki druciany koszyk z Ikei z jakimiś owocami w środku, wszystkie te druciki, jeden po drugim odrobiłem cienkim pędzelkiem. Super. Potem to zaniosłem do obejrzenia Pągowskiej, a ona spojrzała i powiedziała ze smutkiem: „Marcinie, stałeś się gadułą”. Na Akademię w końcu mnie nie przyjęli, ale przynajmniej coś mi zostało jako ostrzeżenie na przyszłość. Żeby nie stać się gadułą.

Lakoniczność wiąże się u pana z poczuciem humoru, które pojawia się przy najpoważniejszych tematach. Jak w tej historii o zagładzie, która okazuje się inną zagładą, niż się czytelnik spodziewa.
Bardzo rzadko coś pisałem z założeniem, że musi być śmieszne czy żartobliwe. Myślę, że humor powinien być raczej skutkiem ubocznym. Jeśli coś jest lakoniczne i trafne, to spora szansa, że będzie także zabawne. Tak brzmi motto rysowników „New Yorkera”: „Humor to najkrótsza droga od człowieka do człowieka”.

Widziała pani nowe logo transportu miejskiego w Warszawie? Przedstawia literę, małe „t”, z ogonem syreny (projekt zrobiło studio Type2). Świetne. Proste, pomysłowe, zaskakujące i śmieszne. Może w pisaniu też chodzi o to samo? A i tak ludzie się oburzają w internecie, że „t” z rybim ogonem przypomina stare logo „Dziennika Telewizyjnego”. W żadnej profesji nie ma lekko.

Rzeczywiście, dopiero teraz je zauważyłam. Kiedy rozmawiamy o literaturze, wybiera pan często przykłady dotyczące projektów graficznych, widać, jak to jest splecione.
W dodatku nie umiem pisać o nowych rzeczach, takich w pudełku, w sklepie czy w gablotce. Rzeczy stają się fajne, kiedy już mają swoją historię. Kiedy możemy odczytać intencje projektantów, ich założenia, wyobrażenia o świecie, społeczeństwie – ale z drugiej strony widać już ślady używania, eksploatacji. Wiemy, jak to działało w praktyce. Domyślamy się, co ta rzecz znaczyła dla swojego właściciela. I jak się zestarzała.

Niedawno obserwowałem w szkole designu, jak studenci się zmagają z zadaniem na pierwszym roku. Musieli rozebrać na kawałki kasę fiskalną i wytłumaczyć, jak taka kasa działa. Nagle się okazało, że musieli nie tylko zrozumieć działanie drukarki czy klawiatury, ale także systemu podatkowego, właściwie całej gospodarki rynkowej. To wszystko siedziało w jednym kawałku plastiku. A co dopiero, kiedy masz w ręku książkę.

Pisząc o designie, siłą rzeczy zwraca się uwagę na szczegóły. Parę lat temu zauważyłem, że koło nas na Grochowie jest sklep z używaną odzieżą. Ma na drzwiach wejściowych starą kratę. Z sowami, bardzo wygiętymi ze stalowych prętów. Dawno temu musiała tam być księgarnia Domu Książki. Pokazałem te sowy mojemu dziecku, z jakimś komentarzem w stylu „kiedyś wszędzie były księgarnie, a teraz nie ma już gdzie kupić książek”. A dziecko: „Dobrze, że mamy zapas”.

Czy następna książka też będzie o designie?
W „Jak przestałem kochać design” opisywałem początek lat 90. Ten moment, kiedy okazało się, że świata nie da się zaprojektować. Kiedy zmieniał się język polskiej grafiki, projektowania. To był dziwny czas, transformacja. Nagle okazało się, że dwa pokolenia muszą się uczyć nowych reguł. Że mój ojciec i ja, zaraz po studiach, musimy się teraz uczyć kapitalizmu. Jakby na chwilę różnica wieku, doświadczeń, została wymazana. Przynajmniej na chwilę.

Dzisiaj mnie intryguje co innego. Jak to się zaczęło? Skąd się wziął design? Skąd pomysł, że projektowaniem powinni się zajmować artyści. Filiżankę z kawą, która stoi przed nami, projektował artysta. Litery w menu też narysował absolwent czy absolwentka jakiejś akademii. I wzór na ubraniu, i krzesło, i szyld. Design to wielka przygoda sztuki.

***

Marcin Wicha – urodził się w 1972 r. w Warszawie. Grafik. Projektuje okładki, plakaty i znaki graficzne. Jego teksty ukazywały się między innymi w „Autoportrecie”, „Literaturze na Świecie” i „Tygodniku Powszechnym”. Przez kilka lat publikował cotygodniowe rysunkowe komentarze w „Tygodniku Powszechnym”. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą” i miesięcznikiem „Charaktery”.

Polityka 8.2018 (3149) z dnia 20.02.2018; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak nie zostać gadułą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama