Recenzja spektaklu: „Łaskawość Tytusa”, reż. Ivo van Hove

Tytus w hotelu
Trzeba przyznać, że reżyser musiał dobrze popracować ze śpiewakami, którzy tworzą całkiem niezłe kreacje aktorskie.
Na ekranie Charles Workman w roli tytułowej
Teatr Wielki - Opera Narodowa-/materiały prasowe

Na ekranie Charles Workman w roli tytułowej

Nazwisko belgijskiego reżysera teatralnego i operowego Ivo van Hove stało się ostatnio głośne w związku z tym, że wystawił parę miesięcy temu musical Davida Bowiego. Opera Narodowa nawiązała z nim współpracę parę lat wcześniej, uczestnicząc w koprodukcji jednej z ostatnich oper Mozarta z brukselskim Théâtre de la Monnaie. Pod względem inscenizacji jest to obraz dość banalny – wszystko rozgrywa się w apartamencie hotelowym, podobne rzeczy widzieliśmy już na scenie operowej wielokrotnie, dotyczy to również zawieszonego nad sceną ekranu, na który rzucany jest obraz z kamer, a nawet lustrzanej widowni z tyłu sceny, na której od czasu do czasu pojawia się chór. Trzeba przyznać, że reżyser musiał dobrze popracować ze śpiewakami, którzy tworzą całkiem niezłe kreacje aktorskie. Benjamin Bayl, australijski dyrygent pojawiający się ostatnio często w Polsce, prowadzi tę muzykę z wyczuciem. Nie jest to dzieło z pierwszego nurtu twórczości Mozarta, kompozytor pisał je w pośpiechu, mając jednocześnie na warsztacie „Czarodziejski flet”, na którym się skupiał, jednak i w „Łaskawości” można znaleźć kilka ładnych arii. Ze śpiewaków wyróżniali się Charles Workman w roli tytułowej, Anna Bonitatibus (Sesto) i Anna Bernacka (Annio). Trochę rozczarowuje Ewa Vesin (Vitellia), która śpiewa mniej stylowo, nie wszystko też wyszło czysto (partia tej femme fatale opery jest wyjątkowo trudna).

Wolfgang Amadeus Mozart, Łaskawość Tytusa, reż. Ivo van Hove, Teatr Wielki – Opera Narodowa

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną