Recenzja spektaklu: „Biesy”, reż. Natalia Korczakowska

Chochlik reżyserski
Nawet znający powieść Dostojewskiego poczują się zagubieni.
Krzysztof Zarzecki (z lewej) jako Stawrogin i Marcin Pempuś jako Szatow
Jacek Domiński/Reporter

Krzysztof Zarzecki (z lewej) jako Stawrogin i Marcin Pempuś jako Szatow

Natalia Korczakowska, dyrektorka Studia, ma duże ambicje. Po przeniesieniu na scenę powieści Alfreda Döblina „Berlin Alexanderplatz” wzięła na reżyserski warsztat kolejne dzieło aspirujące do miana panoramy mentalnej opisywanych czasów. Oba spektakle łączy rozbuchanie inscenizacyjne oraz adaptacja robiona przy pomocy siekiery, z dopisanymi współczesnymi, bezsensownymi scenami. Nawet znający powieść Dostojewskiego poczują się zagubieni. W wywiadach Korczakowska zapowiadała korespondującą z dzisiejszą Polską historię o destrukcyjnych ideologiach zagarniających umysły oraz o walce synów z ojcami. Tymczasem z gąszczu słów wyszeptywanych przez aktorów do mikroportów, powtarzanych i zapętlanych fraz, powielanych przez mikrofony i kamery, trudno wyłuskać jakikolwiek przekaz. Hasła Bóg, brak Boga, papież, samobójstwo, 10 proc. rządzących i 90 proc. poddanych faktycznie pobrzmiewają współcześnie, ale w nic spójnego się nie układają. Za cały obraz ojców posłużyć ma zaś krótka (ale dowcipna i świetnie zagrana przez Irenę Jun i Stanisława Brudnego) scena, w której nawzajem się odzierają ze złudzeń na własny temat. Za to musimy wysłuchać znanego monologu Stawrogina o pedofilskim gwałcie, Marii Szatowej każącej mężowi przynieść papierosy i wódkę, bo „Stawrogin ma załamkę”, oraz ni stąd, ni zowąd obejrzeć wygibasy tradycyjnie już nagiego (który to już raz?) Bartosza Porczyka. Diabli nadali?

Biesy na podstawie Fiodora Dostojewskiego, reż. Natalia Korczakowska, Studio Teatrgaleria w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną