Moje miasto

Uciekinierzy i POWROTNICY

Dr hab. Katarzyna Kajdanek: komu źle na przedmieściach

„Sytuacja osadnicza w Polsce jest złożona, bo wiele procesów dzieje się jednocześnie”. „Sytuacja osadnicza w Polsce jest złożona, bo wiele procesów dzieje się jednocześnie”. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
Dr hab. Katarzyna Kajdanek o tym, jak się żyje na przedmieściach i kto w przyszłości na nich zostanie.
Dr hab. Katarzyna KajdanekArchiwum prywatne Dr hab. Katarzyna Kajdanek

URSZULA SCHWARZENBERG-CZERNY: – Czy polskie suburbia to bomba z opóźnionym zapłonem? Coraz więcej osób zaczyna dostrzegać kłopoty związane z mieszkaniem w nich.
KATARZYNA KAJDANEK: – Nie chcę czarnowidzieć. Moje badania przyniosły tylko informacje o tym, jaka jest sytuacja wokół Wrocławia i na suburbiach na Dolnym Śląsku. Dane ze spisu powszechnego z 2011 r. pokazały, że liczba mieszkańców wsi wzrosła, głównie za sprawą nowych mieszkańców suburbiów. Moda na wyprowadzanie się pod miasto jest nieco słabsza, ale wciąż trwa. Jeśli patrzeć na sprawę bardziej perspektywicznie, mogę się zgodzić z pani oceną sytuacji. Powiedziałabym jednak, że ze względu na mechanizmy dostosowawcze, które ludzie uruchomili na przedmieściach, bomba została częściowo rozbrojona.

Częściowo?
Moje badania sprzed dziesięciu lat pokazywały, że osiedla często stały w polu, były pozbawione podstawowej infrastruktury – kanalizacji, wody, gazu, chodników, latarni, nie mówiąc już o infrastrukturze społecznej, czyli opiece przedszkolnej czy opiece zdrowotnej. Komunikacja publiczna również była na poziomie zerowym i oznaczała dla mieszkańców kompletne uzależnienie od samochodu. Rozmawiam teraz w mojej pracy naukowej z powrotnikami – osobami, które z różnych przyczyn zdecydowały się po latach porzucić suburbia i wrócić do miasta. Bardzo często mówią, że przedmieścia się zmieniły. Podstawowe braki są uzupełniane – powstają markety ułatwiające codzienne zakupy, są otwierane punkty opieki przedszkolnej, czasem uruchamiana jest jakaś proteza komunikacji zbiorowej. Dzięki temu żyje się tam nieco łatwiej. Najczęściej jednak inwestycje na przedmieściach polegają na tym, że dobudowana zostaje nowa nitka jezdni, co oznacza, że pojawiają się na niej nowe samochody i wszystko znowu się korkuje. Zatem to, że na przedmieściach jest teraz trochę lepiej, nie oznacza, że to są miejsca dobre do życia. Tempo ich rozwoju i uzupełniania tej infrastruktury jest wciąż dużo wolniejsze niż tempo przemian dotyczących mieszkającej tam populacji.

Kto najmocniej będzie to odczuwał?
Głównie dwie grupy. Po pierwsze, nastolatki, które przeprowadziły się z rodzicami jako małe dzieci. One są jeszcze za młode, żeby się wybić na niezależność i wyprowadzić do miasta, ale są już za duże, żeby wystarczała im idea, którą część rodziców się kierowała. Idąc do gimnazjum, liceum do miasta, tam mają koleżanki i kolegów, chcą korzystać z rozrywek, zbierać własne doświadczenia poza przestrzenią domu. Aby to zrobić, muszą o podwożenie do miasta i odbiór z niego prosić rodziców. Oni mówili mi, że czuli się jak etatowi taksówkarze, ale zwykle nie odmawiali, bo nie chcieli się z dziećmi kłócić. Wśród tych młodych osób sporo jest takich, które, mając kilkanaście lat, nie potrafiły odnaleźć się w mieście, nie znały jego geografii, rozkładów autobusów, nie miały pewności, jak się kupuje bilet. Przede wszystkim jednak trochę bały się ludzi wyglądających, ubranych, pachnących inaczej niż rodzice czy sąsiedzi. Bały się miejskiej różnorodności, której na suburbiach po prostu nie ma. A rodzice myśleli, że w domu z ogrodem dzieciaki będą szczęśliwe.

A jak wspominają dorastanie na przedmieściach?
Słodko-gorzko. Z jednej strony są bardzo pozytywne, dość intymne wspomnienia związane z domem i przestrzenią wokół niego. Obrazowo powiedziałabym, że to są wspomnienia letniego słońca rozproszonego przez liście przydomowych drzew, hałastry dzieciaków z sąsiedztwa, z którą się spędza wakacje, pokoju na poddaszu, rozpalonego kominka i ukochanego psa. One są jednak bardzo silnie przełamane przez wspomnienia problemów z dojazdem do szkoły i utrzymywaniem relacji społecznych z rówieśnikami. Z tym że czas obowiązków i czas wolny po szkole były bardzo ograniczone rozkładem jazdy kolejki albo autobusów. Ten brak spontaniczności i życie według rozkładu – dla nich to była męczarnia.

Kto jest w drugiej grupie osób, których życie na przedmieściach nie będzie łatwe?
Osoby, które nie wrócą do miast i będą tam spędzać emerytury. Starzenie się na przedmieściach może być trudne dla osób, które budowały swoje domy z myślą o wielopokoleniowej rodzinie – dla dzieci, wnuków. To duże domy, z rozległymi ogrodami. Z czasem okazało się, że dzieci wybrały inne ścieżki życia, część jest za granicą, nie myślą o mieszkaniu z rodzicami pod miastem. Domy przerastają możliwości swoich właścicieli – są za duże, by je utrzymać, ogrzać, prowadzić remonty, samo dbanie o ogród wymaga sił i środków. A tych na emeryturze może być po prostu mniej. Nie poprawiła się też znacząco opieka zdrowotna. Jest dobrze, dopóki te osoby mogą jeździć samochodem. A ile czasu trzeba, by na przedmieścia dojechała karetka?

Czy to jest zaskakujące, że przedmieścia w Polsce staną się za dwadzieścia lat enklawą osób potrzebujących opieki? Nie można było wyciągnąć wniosków z historii rozwoju ogromnych suburbiów w USA?
Do pewnego stopnia można to było przewidzieć, ale trudno prowadzić proste porównania pomiędzy suburbanizacją w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, a nawet w Czechach czy w Niemczech. Mechanizmy, które się w Polsce uruchomiły na początku procesu suburbanizacji, dwie dekady temu, były po prostu nieporównywalne. Nastąpiło kompletne rozmontowanie systemu planowania przestrzennego i naprawdę można budować w miejscach, które nigdy nie powinny być przeznaczane pod zabudowę mieszkaniową, właśnie ze względu na słabość ich infrastruktury.

Amerykańskie rozwiązania były trudne ze względu na masowość i homogeniczność tego zjawiska. Suburbanizacja była tam jednak bardzo silnie wspierana przez władze federalne: były wielkie strukturalne programy budowy autostrad, dopłat do domów dla rodzin weteranów. U nas od początku odbywało się to na zupełnie innych warunkach. Obecne polskie problemy wynikły z tego, że bardzo wiele osób decydowało się na zamieszkanie pod miastem trochę na hurra, trochę bez planu, trochę bez przygotowania nie tylko technicznego, ale też mentalnego.

Fundamentalna różnica między Polską a innymi krajami polega tu na tym, że Polacy często nie mieli innego wyboru – nie byli w stanie zapłacić za odpowiadające ich potrzebom lub aspiracjom mieszkanie w mieście. Trudno było w momencie, gdy suburbanizacja w Polsce się rozwijała, powiedzieć im: „Słuchajcie, jednak się nie wyprowadzajcie, bo miasta są lepszymi środowiskami do życia”. Nic by za tym nie szło, bo nie można było dodać: „A tutaj są dla was mieszkania”, bo tych mieszkań albo nie było, albo były tak drogie, że przeliczając kredyt na metry kwadratowe, zawsze wychodziło, że domek pod miastem bardziej się opłaca.

Rysuje się jednak również taka perspektywa, że niektórzy ludzie będą wracać do miast na starość, a domy kupią od nich osoby z biedniejszych grup społecznych. Albo imigranci, którzy będą się jednocześnie opiekować tymi, którzy tam jednak zostaną.
Sytuacja demograficzna Polski jest bardzo zła. Polacy wciąż migrują za granicę, dodatkowo społeczeństwo się starzeje. Będzie nas coraz mniej, chyba że faktycznie otworzymy się na duże fale migrantów. Tymczasem w studiach uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego dla Polski przewidziane jest miejsce pod zabudowę mieszkaniową dla – choć to brzmi absurdalnie – 300 mln ludzi, w planach miejscowych dla 80 mln, tak że jest potencjał dla deweloperów, by rozlewanie się zabudowy postępowało. Sądzę jednak, że dzięki temu, że o problemach przestrzeni coraz więcej się mówi, będzie się rozwijać świadomość dotycząca jakości życia i znaczenia ładu przestrzennego. W konsekwencji miasta będą w stanie zaoferować pod każdym względem wyższą jakość życia niż przedmieścia.

Sytuacja osadnicza w Polsce jest złożona, bo wiele procesów dzieje się jednocześnie. Mamy do czynienia zarówno z wyjazdami pod miasto, starzeniem się i ubytkami ludności w centrach oraz powrotami do odnowionych centrów. Powrotnicy z suburbiów, z którymi rozmawiam, wracają teraz do miast, ponieważ są w komfortowej sytuacji ekonomicznej i mogą sobie na to pozwolić. Mieszkali w domu pod miastem i spłacali za niego kredyt, ale pracują w takich zawodach, że nie było dla nich problemem, by w ciągu dziesięciu czy piętnastu lat odłożyć też na nową nieruchomość. Gdy dochodzą do wniosku, że minusy domu na przedmieściach przewyższają już plusy, po prostu się przeprowadzają. Nie jest też dla nich problemem dom na przedmieściach wynająć i za te pieniądze opłacić koszty mieszkania na Żoliborzu czy na Saskiej Kępie w Warszawie.

Niektórzy od razu sprzedają to, co mają na przedmieściach.
I kiedy pytam, komu te domy sprzedali, to oni nie mówią o imigrantach czy osobach uboższych. Raczej mówią, że to są tacy ludzie, jakimi oni byli piętnaście lat temu. Jesteśmy więc w sytuacji, że kolejne roczniki powtarzają ten model zamieszkiwania, a deweloperzy zorientowali się, że ludzie podejmujący decyzję o zakupie mieszkania godzą się nawet z godzinnymi dojazdami i budują na przedmieściach kolejne domy. Takich miejsc do zamieszkania jest więc coraz więcej, ich cena się trochę wyrównała, zabudowa zgęstniała, nie ma ładnego krajobrazu i wysokiego komfortu. Dlatego zmiana może polegać właśnie na tym, że osoby z niższej klasy średniej będą wybierać zamieszkanie na przedmieściach.

Kalkulacja, którą ludzie robią, jest przede wszystkim kalkulacją ekonomiczną i pewnie tylko ułamek sprawdza, jak jest z dojazdem, szkołą, sąsiadami, jakie są plany zagospodarowania, zwłaszcza że już wiadomo, że one naprawdę są kompletnie bez znaczenia. Sądzę, że jest sporo osób, które od lat mieszkają na przedmieściach, ale chciałoby jednak stamtąd wrócić, lecz nie mogą, bo kredyt we frankach szwajcarskich przewyższa wartość ich domu. Natomiast ci, którzy do miasta wrócili, bo stać ich było na wystarczająco duże, fajnie zlokalizowane mieszkanie, będą cieszyć się nadal większą wolnością.

Różnica między jednymi a drugimi będzie w przyszłości polegać właśnie na swobodzie życia, na możliwości realizacji takiego stylu życia, jaki sobie wymarzą, bez ograniczeń logistycznych, finansowych. Jedna z moich rozmówczyń, która wróciła, mówiła, że sobie zdaje sprawę, że mieszkanie, w którym teraz mieszka, jest mniejsze, ale nigdy nie zamieniłaby go na wielki dom z ogrodem, który miała poprzednio, bo dla niej liczy się to, co jest poza mieszkaniem – cała miejska oferta i poczucie wolności, że może z niej spontanicznie korzystać.

Może z tymi domami z ogrodem łączy się zaburzone poczucie przestrzeni? Może ludzie niesłusznie zakładają, że na 200 m kwadratowych będą się dobrze czuli?
Niesamowite jest, że ludzie opowiadają mi o tym, że nagle, w nowym domu w suburbiach wszędzie było daleko. Do łazienki było daleko, nalać sobie szklankę wody było daleko, wyjść z tego domu było daleko, do pokoju siostry było daleko. Jedna dziewczyna opowiadała mi o domu, z którego się wyprowadziła, w którym były 52 okna. Prosiła, żebym sobie wyobraziła, jak to jest myć te okna: zaczynasz na Boże Narodzenie i kończysz przed kolejnym Bożym Narodzeniem. Taka przestrzeń generuje masę problemów ze sprzątaniem, z ogrzaniem, ze skoszeniem trawy w ogrodzie…

Ludzie zdecydowanie sobie nie wyobrażają, jak to jest mieć taką przestrzeń dla siebie, i przeskalowują swoje marzenia. Kojarzę osoby, które wróciły z przedmieść i mówiły mi, że w swoim ogrodzie były może dwa razy w roku, gdy pozwoliła pogoda, a ogród został ogarnięty na tyle, by przyjemnie było w nim posiedzieć. To nie była dla nich łatwo dostępna swobodna przestrzeń rekreacji.

Wyprowadzający się na przedmieścia nadal nie biorą też chyba pod uwagę tego, że natura się może upomnieć o swoje. Jeżeli zamieszkają w ogromnym domu z 52 oknami postawionym na terenie podmokłym, to dosłownie wrzucą pieniądze w błoto.
Pamiętam wywiady z mieszkańcami osiedla w okolicy Polkowic, gdzie okazało się, że przez ciek wodny zwykła rzeczka po byle deszczu wylewa. Nikt tego we właściwym momencie po prostu nie sprawdził, a później było już trochę za późno. Ciekawe jest to, że takie problemy wywołują rodzaj społecznej mobilizacji i sprawiają, że sąsiedzi zaczynają ze sobą rozmawiać. Z moich badań 10 lat temu wyłaniała się czarna perspektywa braku wspólnoty i zaangażowania, a to był wtedy wczesny etap rozwoju tych osiedli. Czas jest jednak takim czynnikiem, który, chcąc nie chcąc, generuje okazje do budowania sąsiedzkich relacji. Choć to też na obecnych przedmieściach nie jest oczywiste, bo jeżeli ludzie są od siebie bardzo różni, prowadzą inny styl życia i nie są w stanie złapać wspólnego języka, to szansa, że nawiążą się między nimi jakieś relacje sąsiedzkie, są marne.

Teraz rozmawiałam z ludźmi z jednej z podwarszawskich miejscowości, którzy mieli dojmujące poczucie, że tam nie pasują. Mówili o tym, że pod domem sąsiadów stał samochód za ćwierć miliona, ale w błocie, bo sąsiad w ogóle nie chce rozmawiać o tym, żeby się zrzucić na utwardzenie drogi. Wiedzieli, że w innym domu mieszkało sześć osób, a po miesiącu ta rodzina wystawiała jeden mały worek plastiku, bo całą resztę po prostu spalała i tym zatruwała siebie i wszystkich dokoła. Wiadomo, że z takich niesnasek rodzi się generalne poczucie obcości i dla moich rozmówców to był jeden z najważniejszych powodów, dla których zdecydowali się na wyprowadzkę.

A jak rdzenni mieszkańcy miejscowości, gdzie stawia się takie osiedla, reagują na nowych sąsiadów?
Na dużych deweloperskich osiedlach, do których wprowadza się cała masa nowych mieszkańców, kontakty między nowymi a rdzennymi są niewielkie. Przestrzeń do nich jest raczej tylko wtedy, gdy nowe domy uzupełniają zabudowę w starej części wsi. Czasami są to relacje opiekuńcze, podobne charakterem do tych między gospodarzem a letnikiem, czasami usługowe, trochę paternalistyczne, gdy kupuje się od gospodarza jajka i jego córka zostaje opiekunką do dzieci, a nastoletni syn jest najmowany do koszenia trawy. Niestety, czasami też pojawia się wrogość. Gdy ludzie wyprowadzają się z miasta, to z bloków i kamienic, w których mieli niechcianych sąsiadów. Dla nich idealnym modelem sąsiadowania jest więc „wolnoć Tomku w swoim domku”, gdy nikt im się do niczego nie wtrąca. Oczywiście podmiejskie wsie to nie są homogeniczne struktury hołdujące tradycyjnym wzorom i wartościom, jednak wzory sąsiadowania są inne niż w mieście. Na przykład jest oczekiwanie, by oddać część tego, co prywatne – publicznemu. Inna sprawa to kłótnie na tle odmiennych oczekiwań co do sposobów życia na wsi. Osoby z miasta mają pretensje, że sąsiad jeździ traktorem albo że ma piejącego koguta, albo że gnój śmierdzi. Lokalni mieszkańcy nie akceptują, że ci, którzy przenieśli się z miasta, w niedzielę zamiast do kościoła pakują się do samochodu i jadą do akwaparku. Słowem: nowi mieszkańcy chcieliby ze wsi wziąć tylko działkę, dom i sielankowe krajobrazy, a rdzenni mieszkańcy oczekiwaliby od nich głębszego zanurzenia się w społeczność, ale na jej zasadach.

Ciekawym przykładem jest Sokołowsko na Dolnym Śląsku. Przeprowadzający się tam artyści z Wrocławia czy z Warszawy chyba nieźle integrują się z rdzenną ludnością. Ale nikt nie zna mieszkańców nowego osiedla odgrodzonego ścianą drzew od reszty miejscowości.
Mnie to nie zaskakuje. Ludzie wyprowadzają się, bo chcą poprawić warunki mieszkaniowe, a nie stać się częścią już istniejącego tam świata. I nie chcą angażować się w artystyczne komuny, bo to nie jest ich styl. Nie powiedziałabym też, że funkcjonowanie tego typu komun jest jednoznacznie pozytywne. Pamiętam opracowanie Justyny Laskowskiej-Otwinowskiej dotyczące powstawania komun na Mazurach. Ludzie, którzy przeprowadzali się tam z Warszawy, byli niechętni wprowadzaniu udogodnień i rozwojowi tych miejscowości w imię obrony odmienności cywilizacyjnej, co skutkowało jakimś rodzajem kolonializmu. Wychodzili z założenia, że te miejsca powinny zostać takimi, jakie oni je zastali. Podczas gdy mieszkańcy mówili: „Super, że wam się podoba, że nie mamy wody i prądu, ale my byśmy naprawdę chcieli wejść w XXI w.”. Pani mówi o Sokołowsku, a na Dolnym Śląsku jest też Wolimierz, gdzie kolonia artystów funkcjonuje, ich domy są remontowane i ładnie wyglądają, a bieda innych mieszkańców miejscowości jest tak duża, że oni w gestach bezradności, poczucia niesprawiedliwości dopuszczali się podpaleń. To dobro, które do Wolimierza napłynęło, trochę nierówno się rozkłada. Obecność komun artystycznych to czasami oczywiście jest błogosławieństwo, a czasami to jest spory problem. Niektórzy artyści są wrażliwi i rozumieją, że nie tworzą sztuki w jakiejś próżni społecznej, ale niektórzy są tak zafiksowani na swojej działalności, że pozostają ślepi na kontekst społeczny. Działa to trochę na takiej zasadzie, że skoro ktoś nie ma chleba, to niech je ciastka.

Ludzie nadal odgradzają osiedla nowych domów od reszty świata?
Potrzeba bezpieczeństwa, rozumiana jako rodzaj zagrożenia fizycznego, nigdy nie była werbalizowana w Polsce tak silnie, jak na przykład w Stanach Zjednoczonych. Tam doświadczenia przemocy fizycznej przeniesione z centrów miast powodowały, że ta panika w suburbiach była dużo większa. U nas kwestie związane z bezpieczeństwem nigdy nie były najważniejsze. Pierwszoplanowa była potrzeba zaznaczenia prestiżu oraz wyraźnej demarkacji mojej prywatnej własności od własności innych osób. W Polsce płoty nadal powstają, zdarzają się wideodomofony i grupy interwencyjne na wezwanie, choć sama kwestia grodzenia została już popkulturowo i medialnie zdyskredytowana.

Co ją zastąpiło?
Gdy we Wrocławiu powstają nowe osiedla deweloperskie, co prawda wewnątrz miasta, a nie pod miastem, to już mało kto odwołuje się do kategorii bezpieczeństwa. Ludzie zauważyli, że ochrona, monitoring, odgradzanie się jest nieskuteczne, że raczej generuje problemy, niż je rozwiązuje, bo osiedle staje się enklawą i szybko zamienia się w sypialnię pozbawioną usług (bo te wymagają otwarcia się na klientów spoza osiedla) i uniemożliwia wygodne życie na co dzień. Najlepszą ochroną jest społeczność, która się zna i wykazuje zdrowe zainteresowanie tym, co się dzieje na osiedlu.

Ostatnio we Wrocławiu był kongres firm deweloperskich i tam wiele dyskusji toczyło się wokół haseł: jakość życia i osiedle dobre do życia. Jeden z deweloperów we Wrocławiu pozycjonuje się teraz rynkowo z takim produktem jak osiedle społeczne. Wprost mówią, że budują osiedle z dostępem dla wszystkich mieszkańców, z przestrzeniami publicznymi. Nie ma mowy o jakimkolwiek grodzeniu, bo oni wyczuli, że to jest naprawdę passé. Mam wrażenie, że teraz to grodzenie ma tylko taką funkcję, żeby było łatwiej znaleźć miejsce do parkowania. Wierzę, że nastąpi jeszcze odejście od mobilności indywidualnej, a wtedy szlaban i furtka, które mają sprawić, że nikt na osiedle nie wjedzie i nie zajmie miejsca na auto, one po prostu stracą na znaczeniu.

Może to jest również odpowiedź inwestorów na to, co preferują teraz Polacy? Z badań wynika, że podoba im się skandynawski model państwa socjalnego.
Deweloperzy rzeczywiście to wyczuwają. Dlatego drugim takim przykładem z Wrocławia są Nowe Żerniki, WUWA2. Wstępnej fazie koncepcyjnej Nowych Żernik towarzyszyły ambicje tworzenia obiektów awangardowych technologicznie i architektonicznie. Później skupiono się raczej na modelowej organizacji procesów projektowych (z udziałem architektów, instytucji miejskich, deweloperów i inwestorów). Nowe Żerniki są przykładem działania niespotykanego w polskiej praktyce prowadzenia inwestycji mieszkaniowych i rozwoju przestrzennego miast. Wrocław miał szczęście w tym sensie, że znalazło się grono osób zapalonych do pomysłu zaprojektowania osiedla (a nie setki domów na pojedynczych działkach), z infrastrukturą techniczną (powstałą zanim rozpoczęła się budowa domów, a nie, jak to zwykle bywa, po jakimś czasie lub wcale) oraz uwzględniającą złożone potrzeby społeczne infrastrukturą społeczną (targiem, domem kultury, przedszkolem, mieszkaniami z opieką dla seniorów).

Przestrzeń jest dostępna dla wszystkich mieszkańców i dla tych, którzy przychodzą z zewnątrz. Moim zdaniem w tym zakresie idzie w Polsce nowe.

ROZMAWIAŁA URSZULA SCHWARZENBERG-CZERNY

***

Autorka jest dziennikarką POLITYKI.

***

Katarzyna Kajdanek szuka osób, które zdecydowały się na wyprowadzkę pod miasto, a teraz wróciły lub poważnie myślą o powrocie. Bardzo zależy jej na rozmowach z osobami mającymi małe oraz już dorosłe, usamodzielnione dzieci. Adres kontaktowy: k.kajdanek@gmail.com

***

Dr hab. Katarzyna Kajdanek, prof. w Zakładzie Socjologii Miasta i Wsi Uniwersytetu Wrocławskiego, specjalizuje się w socjologii miasta i społeczności lokalnych. Swoje badania opisała m.in. w książkach „Suburbanizacja po polsku” (2012) i „City and Power – Postmodern Urban Spaces in Contemporary Poland” (2018).

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama