Moje miasto

Stan wyjątkowy

Prezydent Białegostoku o zamieszkach po marszu równości

Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. Forum
Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku, o zamieszkach po marszu równości oraz o tym, jak rząd walczy z samorządami.
„Oglądałem to wszystko na ekranach monitoringu w Centrum Zarządzania Kryzysowego i takiego zezwierzęcenia jeszcze nie widziałem. To po prostu nie mieści się w głowie.”Forum „Oglądałem to wszystko na ekranach monitoringu w Centrum Zarządzania Kryzysowego i takiego zezwierzęcenia jeszcze nie widziałem. To po prostu nie mieści się w głowie.”

EDWIN BENDYK: – Jaki jest bilans „wydarzeń białostockich”?
TADEUSZ TRUSKOLASKI: – Nie ma strat materialnych. Zupełnie inaczej wygląda rachunek strat wizerunkowych, kosztów społecznych i politycznych. Nie spodziewałem się aż takiej eksplozji nienawiści. Choć z drugiej strony można było przypuszczać, że po tygodniach namawiania do kontrmanifestacji, organizowania nielegalnego przemarszu ul. Lipową, wzywania do obrony miasta i zbierania kiboli z całego kraju dojdzie do aktów przemocy. I policja była na to przygotowana, zakładając konieczność ochrony marszu przed atakami. Nikt się jednak nie spodziewał, że będziemy mieli do czynienia z regularnym polowaniem na ludzi idących na marsz równości.

Przypomnę, że zakazałem dwóch zgromadzeń, które miały się odbyć w tym samym miejscu, ewidentnie kolidując z legalnym marszem równości. Sąd pierwszej instancji uchylił moje decyzje. W drugiej uznał argumenty, poparte opinią policji, za zakazem kontrmarszu. Nie widział jednocześnie przeszkód dla zgromadzenia przy pomniku Bohaterów Ziemi Białostockiej, które miało trwać aż do godz. 16. Dodatkowo w tym samym miejscu, na placu NZS, o godz. 13.59 kończyło się legalne zgromadzenie kibiców. Jego uczestnicy, zamiast rozejść się po rozwiązaniu zgromadzenia, zablokowali dojścia prowadzące na plac NZS i wyłapywali zmierzających na marsz równości. Oglądałem to wszystko na ekranach monitoringu w Centrum Zarządzania Kryzysowego i takiego zezwierzęcenia jeszcze nie widziałem. To po prostu nie mieści się w głowie.

Czy dziś, po takich doświadczeniach, wydałby pan ponownie zgodę na marsz równości?
Władze miasta nie wydają zgody, tylko rejestrują zgłoszenie o organizacji zgromadzenia. Mogą w pewnych okolicznościach, gdy istnieje uzasadnione zagrożenie bezpieczeństwa lub podmiot zgłaszający nie spełnia warunków formalnych, zakazać manifestacji. Sądy jednak z reguły uchylają takie zakazy. Wystarczy przypomnieć próby zakazu marszów równości w Lublinie, Rzeszowie lub Gnieźnie. Z Białegostoku, dzięki temu, że marsz od samego początku był legalny, a ja nie zakwestionowałem prawa do jego zorganizowania, w świat poszedł komunikat jednoznacznie wskazujący agresora. Oczywiście wizerunek miasta ucierpiał, ale pokazaliśmy, że władze miasta stoją po stronie prawa, a jego prezydent nie jest homofobem. Cały czas dostaję sygnały wsparcia i uznania od wielu osób publicznych, innych samorządowców.

W oświadczeniu wydanym po zajściach wskazuje pan szereg instytucji, które pańskim zdaniem powinny rozliczyć się z zaangażowania w kampanię nienawiści: marszałka województwa, PiS jako partię rządzącą, lokalną hierarchię Kościoła katolickiego, klub piłkarski Jagiellonia. Na czym to rozliczenie ma polegać?
W czwartek (25 lipca) złożyłem do Prokuratury Rejonowej w Białymstoku zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez marszałka województwa podlaskiego Artura Kosickiego. To on bez żadnej podstawy prawnej zorganizował kontrmanifestację, która miała zablokować legalny marsz. To on wyprowadził ludzi na ulice, gdzie znowu doszło do złamania prawa – zajęcia pasa drogowego bez zgody władz miasta. Analizujemy też działania innych osób publicznych, które uczestniczyły w nielegalnych działaniach. Nie odpuszczę tej sprawy, bo w głowie się nie mieści, że władza publiczna, jaką jest marszałek, może jawnie nawoływać do działań bezprawnych, zachęcać do konfrontacji, sama bez skrupułów łamiąc prawo. To już nawet nie bezprawie, ale anarchia.

Marszałek obciąża odpowiedzialnością pana, bo jego zdaniem powinien pan był zakazać marszu równości.
Wcześniej próbował mnie skłonić do wydania zakazu. To kolejne bezprawne działanie marszałka – próba wpływu na inny niezależny organ władzy publicznej, by zmienił decyzję. To jest karalne.

Wspominał pan o zaangażowaniu kibiców – Jagiellonia nie należy do miasta, ale samorząd wspiera klub, choćby dotacją na drugie półrocze roku w wysokości 1,8 mln zł.
Rozmawiałem z władzami Jagiellonii. Oczekuję jednoznacznego potępienia tego, co się stało. Rozumiem, że klub nie ma wpływu na zachowania pojedynczych osób ubranych w klubowe koszulki, ale musi odciąć się od bandytyzmu. Bo to, co działo się na ulicach, nie było nawet chuligańskim wybrykiem, tylko bandytyzmem właśnie.

A jak układają się relacje władz miasta z Kościołem?
W Białymstoku najważniejszymi instytucjami religijnymi są Kościół katolicki i Cerkiew prawosławna. Nie ma między nami sytuacji konfliktowych, zachowujemy wobec siebie neutralność, co dla mnie oznacza normalność.

Czy jest pan na wojnie? Tak powiedział ostatnio o sytuacji samorządowców prezydent Gliwic Zygmunt Frankiewicz.
Można tak powiedzieć. Jednak nie jest to walka przeciwko komuś, tylko o coś – o wartości, które reprezentuje samorząd. Wartości te są zagrożone z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że władze centralne zdefiniowały nas jako wrogów. Przecież już w ubiegłorocznej samorządowej kampanii wyborczej rząd zapowiedział, że będzie nagradzał te ośrodki, gdzie wygra PiS. To skandal pokazujący, że rząd dzieli Polaków na lepszych i gorszych, a szef rządu nie jest premierem Polski, tylko PiS. Jest jednak coraz gorzej, bo dochodzimy do kwestii finansów – PiS rozdaje pieniądze, ale nie swoje, sięgając teraz do kasy samorządowej.

W połowie maja podpisałem w imieniu Unii Metropolii Polskich wraz z przedstawicielami pięciu innych korporacji samorządowych pismo do premiera z prośbą o spotkanie. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi, jesteśmy po prostu ignorowani. Owszem, odbyło się spotkanie komisji wspólnej rządu i samorządu, w którym uczestniczył minister finansów. Niestety, nie pojawił się nawet cień nadziei, że samorządy dostaną rekompensatę za ubytki w dochodach wynikających z obietnic rządu.

Bolesne będą zmiany w OFE, które wywołają jednorazowy ubytek w wysokości 9,5 mld zł dla całego sektora samorządowego. Obniżka stawki PIT z 18 do 17 proc. to ubytek 4,8 mld zł rocznie, podwojenie kosztów uzyskania przychodu – ponad miliard złotych rocznie – i zerowy PIT dla młodych – kolejny miliard. W przyszłym roku Białystok będzie uboższy o ok. 150 mln zł.

Rząd tłumaczy, że samorząd jest coraz bogatszy, więc samorządowcy nie powinni narzekać. I rzeczywiście, przecież pan sam się chwalił, komentując realizację budżetu miasta za 2018 r. dużą nadwyżką i rekordowymi wydatkami inwestycyjnymi. A był to już trzeci rok władzy PiS. Może więc narzekacie i straszycie na wyrost?
Ale to przeszłość. Cięcia dopiero nadchodzą. Do wyborów samorządowych PiS zajmował się głównie ograniczaniem kompetencji samorządów wojewódzkich, bo miał władzę tylko w jednym z 16 województw. Po druzgocącej porażce w miastach, zwłaszcza miastach prezydenckich, PiS postanowił zabrać się teraz za nas. Oczywiście nie wszystko można wyjaśnić chęcią wendety, ale także konsekwencjami innych wymiarów polityki polegającej na rozdawaniu pieniędzy. Tak więc perspektywa finansowa samorządu na najbliższe lata wygląda źle.

Co to znaczy w konkretach?
Po pierwsze, będziemy musieli ograniczać wydatki na cele prospołeczne, kulturę – te wszystkie obszary, gdzie nie mamy twardych zobowiązań płatniczych. Dla lepszego wyobrażenia: wspomniany ubytek wpływów z PIT, ponad 60 mln zł, odpowiada w przybliżeniu kwocie, jaką Białystok wydaje rocznie na kulturę i sport. Oczywiście nie przestaniemy finansować tych obszarów. Rozłożymy oszczędności proporcjonalnie. W kolejnych latach zaoszczędzimy, ograniczając inwestycje. Na przyszły rok nie planujemy żadnych nowych przedsięwzięć. Szacujemy wydatki obowiązkowe – na oświatę, pomoc społeczną. Cięcia będą bolesne.

Efekt drugi to wstrzymanie projektów unijnych. Po prostu nie będzie nas stać na sfinansowanie wkładu własnego, który teraz realnie sięga nawet połowy nakładów.

A nie możecie finansować wkładu np. przez emisję obligacji?
To zwiększa zadłużenie samorządu, które już w większości miast sięga dopuszczalnego limitu. Samorządy, chcąc inwestować za pieniądze UE, musiały pożyczać na wkład własny. My w Białymstoku planowaliśmy zacząć zmniejszać dług w kolejnych latach, a nie powiększać. Do tego trzeba pamiętać, że jeśli zmniejszą się wpływy do miejskiego budżetu, to zmniejszy się także możliwość bezpiecznego zadłużania.

Na ile istotne są unijne pieniądze w miejskich inwestycjach?
Na usta aż ciśnie się stwierdzenie, że bez nich niczego by nie było. Dla ilustracji: w tym roku na inwestycje planujemy wydać 600 mln zł, z tego aż 350 mln zł pochodzi z UE, przy całkowitym budżecie miasta 2,2 mld zł.

Nie może pan zwiększyć wpływu do budżetu, podnosząc podatki lokalne, np. podatek od nieruchomości?
To ostateczność. Mówimy jednak o kwocie najwyżej kilkunastu milionów. Trzeba przy tym pamiętać o koszcie politycznym, zwłaszcza przy obecnej władzy centralnej, która od razu wszczęłaby kampanię pokazującą, że zły samorząd podnosi podatki, podczas gdy dobry rząd obniża.

Samorządowcy narzekają, że muszą dokładać do edukacji, bo subwencja oświatowa z budżetu centralnego nie wystarcza. Ile dokłada Białystok?
Na oświatę wydajemy 600 mln zł. Z tego około jednej trzeciej to nasze pieniądze, które dokładamy do subwencji.

Ile jednak rzeczywiście musi pan dokładać, a ile wynika po prostu z miejskich ambicji?
Musimy dokładać 70 mln zł, pozostałe 110 mln wynika z naszych planów inwestycyjnych. A te są konsekwencją oczekiwań i potrzeb białostoczan, np. budowa nowych przedszkoli czy remonty budynków, w których powstają nowe oddziały dla przedszkolaków. To nasza miejska polityka oświatowa. Pamiętajmy jednak, że zgodnie z nowo uchwaloną Kartą Nauczyciela zmienił się sposób ustalania subwencji oświatowej. Wpływ na nią ma mieć teraz kondycja ekonomiczna samorządu, co w praktyce oznacza możliwość dowolnego manipulowania finansami i dzielenia samorządów na lepsze i gorsze.

Czy udało się zmieścić wszystkich w liceach?
Tak, przygotowaliśmy się do tej operacji. Przed nami jeszcze druga rekrutacja. Mamy wolnych 1100 miejsc dla 964 osób, które nie dostały się w pierwszym podejściu.

Przewodniczy pan Unii Metropolii Polskich. Czy ma ona jakiś wpływ na rzeczywistość?
Jesteśmy aktywni, opiniujemy, apelujemy, ale więcej zrobić nie możemy, bo nie mamy żadnych narzędzi politycznych. Nie możemy wetować decyzji w parlamencie. Byłoby inaczej, gdyby Senat miał charakter izby samorządowej, co postulujemy w 21 tezach przyjętych 4 czerwca w Gdańsku. Wówczas mielibyśmy realny wpływ na proces stanowienia prawa. Obecnie, nie oszukujmy się, nie mamy.

Co w takim razie z zaangażowaniem samorządowców w wybory parlamentarne i planem wspólnej walki o Senat?
Trudno przesądzić o ostatecznej taktyce. Widać jednak, że nie będzie gremialnego wysypu prezydentów, burmistrzów, wójtów na listy wyborcze. Ryzyko jest bardzo duże, podobnie jak polityczny koszt ewentualnej porażki. Na pewno będziemy angażować się w kampanię profrekwencyjną. Nie spodziewałbym się jednak jakiejś zorganizowanej ofensywy samorządowej w trakcie kampanii wyborczej. Nie minął jeszcze rok od wyborów samorządowych. Mamy zobowiązania wobec mieszkańców. Moim zdaniem prezydenci i burmistrzowie są indywidualistami, często osobami bardzo wybitnymi. Trudno jednak zebrać ich w chór śpiewający jednym głosem.

Pamiętajmy też, że nasza lokalna siła polityczna, wyrażająca się choćby w wynikach wyborów, tylko w ograniczonym stopniu przekłada się na wpływ na politykę krajową. Wpływ ten nie przekracza 30 proc. „siły lokalnej”. Wiemy to z badań.

Czy ma pan scenariusz na ewentualną wygraną PiS w najbliższych wyborach?
Druga kadencja PiS z wynikiem jak ostatnio, czyli z samodzielną większością w parlamencie, oznacza, że ja swojej kadencji nie dokończę. Nie wiem, kiedy zostanie przerwana ani jaka będzie przyczyna, ale do 2023 r. nie dotrwam. Przy tej nienawiści, propagandzie, kłamstwie po prostu dalej się nie da. Podobnie mówią inni samorządowcy.

ROZMAWIAŁ EDWIN BENDYK

***

Więcej tekstów z cyklu Moje Miasto na: polityka.pl/tygodnikpolityka/mojemiasto

Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama