Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Nauka

Fascynujący świat nauki

„Świat Nauki” z POLITYKĄ

W tle pierwsze wydanie czasopisma „Scentific American”. W tle pierwsze wydanie czasopisma „Scentific American”. materiały prasowe
Magazyn „Scientific American” opisuje świat nauki i techniki od 176 lat. Od 30 lat ukazuje się w Polsce jako „Świat Nauki”. Od maja w Wydawnictwie Polityka!
Okładka marcowego (2021 r.) wydania „Świata Nauki”.Świat Nauki/• Okładka marcowego (2021 r.) wydania „Świata Nauki”.

Pierwsza połowa XIX w. to mozolne narodziny nowoczesności, której najważniejszym wówczas ośrodkiem była Wielka Brytania. To tam kolejne wynalazki związane z maszyną parową fundowały rewolucję przemysłową, a wraz z nią zjawisko nieznane wcześniej w historii ludzkości – wzrost gospodarczy. Stał się wyróżnikiem na trwałe opisującym nową gospodarkę epoki pary, węgla i żelaza, mimo że wskaźnik mierzący ów wzrost – produkt krajowy brutto (PKB) – został wprowadzony do obiegu sto lat później.

Kluczowym wymiarem rewolucji przemysłowej były innowacje technologiczne i prowadzące do nich wynalazki oraz odkrycia naukowe. Ciągle jeszcze obowiązywał prometejski model postępu – modelowym wynalazcą był dżentelmen dysponujący osobistym majątkiem umożliwiającym mu eksperymentowanie. Motywy tej inteligentnej rozrywki nie musiały być jednak wcale bezinteresowne, bo działał już system patentowy, a wartość postępu doceniało także państwo. Charles Babbage pracujący nad maszyną analityczną, pierwszym programowalnym komputerem zasilanym – zgodnie z duchem czasu – parą, otrzymał od rządu olbrzymią kwotę 17 tys. funtów. Współpracująca z nim genialna matematyczka Ada Lovelace, córka poety lorda Byrona, przeszła do historii jako autorka pierwszego programu komputerowego.

„Śmierć odległości”

Duch przedsiębiorczości i innowacyjności przekształcał także Stany Zjednoczone, co zainspirowało domorosłego wynalazcę Rufusa Portera do założenia pisma opisującego świat zmieniający się pod wpływem postępu technicznego. Porter, urodzony w 1792 r., należał do pokolenia, które przeżyło największy w dziejach skok cywilizacyjny, zwany przez historyków „śmiercią odległości”. Mimo burzliwych wydarzeń politycznych, jak rewolucje amerykańska i francuska pod koniec XVIII w., doświadczenie codziennego życia nie różniło się jeszcze zasadniczo od kondycji z początku stulecia. Tempo przemieszczania się ludzi, towarów i informacji ciągle wyznaczała stara technologia oparta na pracy mięśni zwierząt pociągowych i sile wiatru napędzającego statki.

W pierwszym numerze pisma, a raczej biuletynu o nazwie „Scientific American”, wydanym z datą 28 sierpnia 1845 r., można przeczytać o telegrafie Samuela Morse’a, który połączył Waszyngton z Baltimore, zapewniając praktycznie natychmiastową komunikację. Maszyny parowe obsługiwały już fabryki i kopalnie, a parowozy ciągnęły wielowagonowe pociągi z oszałamiającą prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Zaledwie 20 lat później pociągi rozpędzały się do 100 km na godzinę, a w 1866 r. kabel telegraficzny połączył Europę ze Stanami Zjednoczonymi. Przyglądający się tym zmianom Karol Marks i Fryderyk Engels stwierdzili w 1848 r., że za sprawą sił rodzącego się przemysłowego kapitalizmu „wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu”, i ostrzegali w swym „Manifeście komunistycznym” z 1848 r., że widmo komunizmu krąży nad światem.

Już tylko lektura tematów, jakimi zajmowały się pierwsze numery pisma „Scientific American”, uczy pokory i dystansu wobec przekonania, że to akurat my w trzeciej dekadzie XXI w. żyjemy w szczególnych czasach naznaczonych niezwykłym przyspieszeniem rozwoju nauki i techniki. Robert Gordon, amerykański ekonomista zajmujący się wpływem rozwoju technologii na gospodarkę, rozbija to złudzenie, zadając wpatrującym się w ekrany smartfonów czytelnikom pytanie, z czego by zrezygnowali, gdyby musieli wybierać: z Facebooka czy systemu wodociągowo-kanalizacyjnego, dzięki któremu mają dostęp do toalety nawet na najwyższym piętrze wielopiętrowych budynków? Szczęśliwie nie musimy wybierać, a najbardziej uzależnieni mogą korzystać z Facebooka nawet w toalecie. To wszystko dzięki efektowi kumulacji zmiany technologicznej, cywilizacyjnej i społecznej.

Rufus Porter wydawał „Scientific American” zaledwie dwa lata i zapewne nie wyobrażał sobie, że jego przedsięwzięcie przetrwa 176 lat, stając się ikoną wzorowej popularyzacji nauki i techniki na całym świecie. Równie trudno było sobie wyobrazić w latach 70. XX w., że amerykański magazyn zacznie się kiedykolwiek ukazywać po polsku. To wtedy jednak, w czasach głębokiego PRL, dziennikarz naukowy Andrzej Gorzym (w latach 2001–13 był szefem działu nauka w POLITYCE) zaczął umieszczać przedruki z „Scientific American” w magazynie „Problemy”. Przyznaje szczerze, że nikt nie myślał wówczas o umowach licencyjnych ani tantiemach, zresztą nie upominał się o nie amerykański wydawca.

Amerykański magazyn przeżywał wtedy okres świetności, od 1948 r. redagował go Gerard Piel, w świecie popularyzatorów nauki postać kultowa. Swą postawę naznaczył już na starcie, gdy obejmował pogrążony w kryzysie tytuł, a mimo to nie zawahał się pójść na starcie z władzami USA. Jednym z gorących tematów tamtych czasów był rozwój broni jądrowej i prace nad bombą wodorową oraz rozpoczynający się wyścig nuklearny ze Związkiem Radzieckim. Piel postanowił dostarczać swoim czytelnikom rzetelną informację na ten temat w najlepszy możliwy sposób – do pisania artykułów zapraszał naukowców zaangażowanych w owe tematy.

Pozycja Gerarda Piela

W sprawie badań jądrowych wypowiedział się najpierw fizyk Louis Ridenour, krytykując atmosferę tajności, która uniemożliwiała publiczną debatę. Kolejny materiał przygotował Hans Bethe. Przed publikacją podzielił się manuskryptem z kolegami. Tekst dotarł do Atomic Energy Commission, która zażądała wstrzymania publikacji. Wydrukowany częściowo nakład magazynu, zawierający także tekst Alberta Einsteina, trafił dosłownie do pieca, a sprawa trafiła na czołówkę „New York Timesa”. Piel z redakcyjnymi kolegami znaleźli się na celowniku FBI, a rozpętana przez senatora Josepha McCarthy’ego histeria dopatrująca się wszędzie komunistycznego spisku dotknęła także redaktorów „Scientific American”.

Podejrzenia i szykany, zamiast zaszkodzić, wzmocniły pozycję Piela i jego tytułu, dowodząc ich niezależności. Z kolei redakcyjna formuła, by artykuły pisali wybitni uczeni prezentujący swoje badania, zapewniła najwyższą jakość merytoryczną. Za rządów Piela, które trwały do 1986 r., w „Scientific American” ukazały się teksty ponad 150 noblistów, wśród nich byli Albert Einstein, Niels Bohr, Francis Crick. Pielowi udało się połączyć w jedno to, co najlepsze z dwóch równoległych światów: najwyższą naukową rzetelność publikacji z najwyższej próby popularyzacją.

Koniec PRL stworzył szansę na utworzenie polskiej wersji „Scientific American” – realne stało się marzenie Andrzeja Gorzyma, Joanny Zimakowskiej, Jana Rurańskiego, którzy właśnie przejęli od koncernu RSW tytuł „Wiedza i Życie” i rozkręcali wydawnictwo zajmujące się popularyzacją nauki. Zwłaszcza gdy rękojmię rzetelności polskim redaktorom i wydawcom dała Polska Akademia Nauk. W efekcie tych starań w lipcu 1991 r. ukazał się numer próbny „Świata Nauki”, a od jesieni tamtego roku magazyn ukazuje się już regularnie, mimo kilkukrotnych zmian wydawcy. Na łamach pisma kierowanego przez Andrzeja Gorzyma, a od 1993 r. przez Joannę Zimakowską (prowadziła tytuł do 2010 r.), a obecnie Elżbietę Wieteskę, ukazują się nie tylko przekłady materiałów z oryginalnego „Scientific American”, ale także teksty pisane przez najwybitniejszych polskich uczonych.

Artykuły archeologa Karola Myśliwca opisujące badania w Sakkarze zyskały międzynarodowe uznanie, przetłumaczyły je inne lokalne edycje „Scientific American”. W „Świecie Nauki” o odkrywaniu planet poza Układem Słonecznym pisał astronom Aleksander Wolszczan, prof. Michał Heller relacjonował swoje badania kosmologiczne. Na łamach tego magazynu prezentowałem z prof. Michałem Kleiberem, ówczesnym prezesem Polskiej Akademii Nauk, wyniki Narodowego Programu Foresight Polska 2020, jedyny po 1989 r. systematyczny projekt prognozowania rozwoju nauki techniki. Wyjątkową metodę redakcyjną „Scientific American” i jego polskiej edycji najlepiej oddaje hasło „Świata Nauki”: „Gdy inni opisują naukę – nasi autorzy ją tworzą”.

Czasy Facebooka i YouTuba

Wszystko jednak się zmienia. Rozwój informatyki i internetu, tak bacznie obserwowany przez magazyn – wszak pisali w nim tacy wizjonerzy, jak Alan Kay, zapowiadający w 1977 r. rewolucję komputerów osobistych, i Timothy Berners-Lee, współtwórca WWW – zrewolucjonizował sferę komunikacji społecznej. Zmienić się musiała także komunikacja naukowa. Czytelnicy zyskali dostęp do wielu źródeł informacji, pojawiły się też niepokojące zjawiska, jak wzrost popularności teorii spiskowych, dezinformacja, ale i pogorszenie standardów rzetelności w środowiskach naukowych. Wielu naukowców zorientowało się, że o swoich badaniach i odkryciach, nie zawsze sprawdzonych i dobrze udokumentowanych, może informować bez męczącego pośrednictwa profesjonalnych wydawców, wykorzystując blogi, Facebooka, YouTube.

Nie ma powrotu do epoki Gerarda Piela, co nie oznacza, że straciła na znaczeniu rzetelność i integralność merytoryczna publikacji. „Scientific American”, dziś należący do grupy wydawniczej Springer Nature (wydającej także wiodący globalny tygodnik naukowy „Nature”), utrzymuje niezmiennie standardy jakości, mimo ciągłej pogoni za zmieniającą się rzeczywistością. Nowością jest odkrycie, że nauka i naukowcy muszą się dziś bezpośrednio angażować w spór polityczny. Nie może być inaczej, gdy nawet w Stanach Zjednoczonych do władzy dochodzą ludzie tacy jak Donald Trump – otwarcie negujący naukową wiedzę i wynikające z niej konsekwencje.

Okazuje się, że naukowy obiektywizm nie wyklucza zaangażowania społecznego, wręcz przeciwnie – zobowiązuje do przeciwstawienia się siłom bigoterii i obskurantyzmu. Doskonałym przykładem artykuł socjologa Aldona Morrisa „Siła ruchów sprawiedliwości społecznej”, opublikowany w kwietniowym numerze „Świata Nauki”. Uczony opisuje w nim, jak pod wpływem ruchów na rzecz praw człowieka, od Martina Luthera Kinga po Black Lives Matter, rozwijała się teoria socjologiczna, zwrotnie zasilając uczestników ruchów wiedzą przydatną do lepszej organizacji protestów.

Morris puentuje swój tekst: „Wszędzie tam, gdzie istnieje niesprawiedliwość, trwają zmagania o jej pokonanie. Społeczeństwa będą coraz skuteczniej walczyły o wolność. Zadaniem naukowców jest nadążanie za tymi zmianami, opisywanie ich i analizowanie. Ale muszą oni zrobić coś więcej: jeszcze szybciej rozświetlać drogę ruchom społecznym przeciwstawiającym się opresji”.

I jak tu się nie zgodzić ze Stewartem Brandem, że tylko nauka jest źródłem newsów? Tym bardziej nie można się dziwić, że „Świat Nauki”, podobnie jak wcześniej „Wiedza i Życie”, wszedł w skład Wydawnictwa Polityka.

Polityka 18.2021 (3310) z dnia 26.04.2021; Nauka i cywilizacja; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Fascynujący świat nauki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Franciszek Pieczka: aktor spełniony

Zmarł Franciszek Pieczka, jeden z najbardziej szanowanych polskich aktorów. W plebiscycie POLITYKI uznano go za jednego z najwybitniejszych powojennych artystów.

Janusz Wróblewski
27.09.2022
Reklama