Kredyty w euro: stop y procentowe w górę

Tak źle i tak niedobrze
Europejski Bank Centralny podniósł stopy procentowe. To pomoże Niemcom, a zaszkodzi pogrążonemu w kryzysie południu kontynentu i… zadłużonym w euro Polakom.

O ile bank centralny w Szwajcarii okazał się łaskawy w połowie czerwca dla zadłużonych we franku, to jego europejski odpowiednik dziś nie miał litości. Podstawowa stopa w strefie euro wzrosła do poziomu 1,5 proc. A to oznacza też wyższe raty dla osób, które zaciągnęły kredyty właśnie we wspólnym europejskim pieniądzu. Jest w ich Polsce zdecydowanie mniej niż zadłużonych we franku, ale po kryzysie to właśnie euro stało się najpopularniejszą obcą walutą dla nowych pożyczek. W pewnym momencie udzielano w nim nawet jedną czwartą wszystkich kredytów. Wysiłki Rady Polityki Pieniężnej i rządu w walce z pożyczkami innymi niż złotowe przyniosły co prawda pewien efekt, ale kredyty w euro ma w swojej ofercie większość banków. I otrzymać je można dziś znacznie łatwiej niż te we franku.

Co dalej? Europejski Bank Centralny znajduje się w niebywale trudnej sytuacji. Bo z jednej strony stopy powinien podwyższać już dawno i znacznie szybciej, aby walczyć z inflacją, zdecydowanie przekraczającą cel ustalony we Frankfurcie. Poza tym, zwłaszcza niemiecka gospodarka - rosnąca w imponującym, najszybszym od zjednoczenia tempie - potrzebuje wyższych stóp, żeby się nie przegrzać. Razem z nią z dzisiejszej decyzji EBC cieszyć się powinny mniejsze kraje, silnie powiązane z Niemcami i również będące w dobrej kondycji (jak Austria czy Holandia, a pośrednio też Szwecja, pozostająca poza strefą euro).

Ale równocześnie jakiekolwiek podwyżki stóp to hiobowa wieść dla południa kontynentu, ratowanego dzięki programom pomocowym i drastycznym cięciom przed bankructwem. Dla Grecji, Portugalii, ale też pozostających w stagnacji Hiszpanii i Włoch, ważny jest jak najtańszy pieniądz. Bo jeśli koszty kredytów pójdą w górę, jeszcze trudniej będzie tym krajom doprowadzić do tak potrzebnego ożywienia gospodarczego. Europejski Bank Centralny zatem, biorąc pod uwagę interesy południa oraz Irlandii, bardzo ostrożnie i powoli podnosi stopy. Ale musi to wreszcie zacząć robić, aby nie doprowadzić do kolejnego kryzysu – tym razem w bogatej północy. Bo to byłby już ostateczny koniec wspólnej waluty.

Dla przeciwników euro takie różnice w rozwoju od początku były głównym argumentem przeciwko tworzeniu unii walutowej. Dziś wielu z nich z nieukrywaną satysfakcją przypomina obawy wyrażane kilkanaście lat temu i wieszczy rozpad strefy euro albo wyjście z niej krajów słabszych. Jednak zanim takie strategiczne decyzje trzeba będzie podjąć, Europa musi najpierw ugasić pożar, jakim jest kryzys zadłużeniowy. Dla polskich kredytobiorców, którzy wybrali euro, paradoksalnie te problemy są dobrą wiadomością. Bo dzięki nim ani stopy we Frankfurcie nie będą podnoszone zbyt szybko, ani euro nie umocni się gwałtownie jak frank.

Wspólną walutę trudno bowiem nazwać dziś bezpieczną przystanią w niepewnych czasach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną