Czy dzisiejsi 30-latkowie w ogóle dostaną emerytury?

Trzy razy NIE
Reforma, wydłużająca wiek emerytalny, jest sierotą. Właściwie nikt jej nie chce. Związkowcy żądają w tej sprawie referendum, którego wynik nietrudno byłoby przewidzieć. Drugie „nie” dorzucą pracodawcy. Kolejne – politycy; są przeciw albo się boją.
W 2008 r. średni wiek kończenia aktywności zawodowej pań wynosił 56,2, obecnie – 59 lat.
maurus/PantherMedia

W 2008 r. średni wiek kończenia aktywności zawodowej pań wynosił 56,2, obecnie – 59 lat.

Jeśli nic się nie zmieni, to w 2060 r. jeden pracujący będzie musiał utrzymać aż dwóch emerytów.
Paul Taylor/Corbis

Jeśli nic się nie zmieni, to w 2060 r. jeden pracujący będzie musiał utrzymać aż dwóch emerytów.

Już dziś ZUS, KRUS i inne systemy emerytalne wypłacają rocznie o 80 mld zł więcej świadczeń, niż otrzymują składek!
Andrew Bret Wallis/Getty Images/Flash Press Media

Już dziś ZUS, KRUS i inne systemy emerytalne wypłacają rocznie o 80 mld zł więcej świadczeń, niż otrzymują składek!

Każda z grup interesów kieruje się jakąś własną racjonalnością. Interes państwa wyrażają demografowie, ekonomiści, krajowi i zagraniczni eksperci. Namawiają do reform, ostrzegając rząd przed groźbą załamania całego systemu emerytalnego. Ich perspektywa jest szczególna: nie muszą rozważać dzisiejszych problemów, które dla innych grup są najważniejsze. Koncentrują się na tych, które dopiero wystąpią za 10, 20 czy więcej lat. Czy te racjonalności można jakoś ze sobą pogodzić? To trudne, może nawet niemożliwe. Bez tego jednak żadnej reformy przeprowadzić się nie da. Chyba, że na siłę.

Nie chcą się rodzić

Kogo dzisiaj przerazi perspektywa 2060 r., skoro nawet końca świata, mającego nadejść za 10 miesięcy, mało kto się boi? Dla demografów 2060 r. jest cezurą, bo jeśli teraz nic nie zrobimy, to potem na jedna osobę w wieku produkcyjnym przypadać będzie jedna w poprodukcyjnym. Nie znaczy to jednak, że jeden pracujący będzie musiał zarobić na jednego emeryta, to by jeszcze nie było najgorsze. Trzeba jednak pamiętać o tak zwanej stopie zatrudnienia, czyli – ile spośród osób mogących pracować rzeczywiście pracuje. Obecnie niewiele ponad połowa. Jeśli więc nic się nie zmieni, to w 2060 r. jeden pracujący będzie musiał utrzymać aż dwóch emerytów. O jego własnej rodzinie nie wspominając. A to już trudno sobie wyobrazić.

Problem w tym, że dla osób, które wydłużenia wieku emerytalnego boją się dziś najbardziej, perspektywa 2060 r. jest kompletnie bez znaczenia.

Więc demografowie i ekonomiści przybliżają perspektywę: do 2030 r. zabraknie nam ponad dwóch milionów dzieci. Obecnie w wieku do 24 lat jest 11,8 mln osób, za te kilkanaście lat będzie ich zaledwie 8,6 mln. Nie chcą się rodzić. To będzie miało skutki dla rynku pracy: więcej ludzi będzie z niego schodzić, niż poszukiwać pierwszej pracy. A zatem: mniej niż obecnie ludzi zdolnych do pracy będzie musiało utrzymać o 3,5 mln więcej seniorów. Grono osób, które przekroczą 65 lat, wzrośnie bowiem z obecnych 5 mln do 8,5 mln. Bez dłuższej aktywności zawodowej polski system zabezpieczeń społecznych – w tej formie, jaką znamy – pęknie jak mydlana bańka. Już dziś ZUS, KRUS i inne systemy emerytalne wypłacają rocznie o 80 mld zł więcej świadczeń, niż otrzymują składek!

Jest to zresztą zmartwienie całej starzejącej się Europy. Niemcy, którzy wydłużanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67 roku życia rozpoczęli od stycznia 2012 r., rozmawiali o tym od połowy lat 90. Główne niemieckie partie, czyli CDU/CSU i SPD, na podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat zgodziły się już w umowie koalicyjnej w 2005 r. Stosowna ustawa została uchwalona dwa lata później. Czy Niemcy są w gorszej sytuacji demograficznej niż my? Wręcz odwrotnie, to nasze społeczeństwo starzeje się szybciej. Mamy też najgorszy w UE wskaźnik zatrudnienia: pracuje zaledwie 59,3 proc. osób w wieku produkcyjnym. Średnia w UE wynosi 64,2, w Niemczech 71 proc. W Szwecji, gdzie bezrobocie jest niewielkie – ponad 70 proc. Tam też osoby starsze są najdłużej aktywne zawodowo.

Na wyzwanie demograficzne starają się odpowiedzieć także inne kraje UE. Holandia, Dania i Hiszpania ujednoliciły wiek przechodzenia na emeryturę dla kobiet i mężczyzn. Teraz podnoszą go do 67 lat. Wielka Brytania zapowiada podniesienie wieku dla kobiet do 65 lat, stąd obecne protesty. Odstaje tylko Francja, która wydłuża aktywność zawodową najwolniej, z 60 do 62 lat dla obu płci. Francja jednak, w przeciwieństwie do Polski, ma jeden z najwyższych wskaźników przyrostu naturalnego. Na niestarych francuskich emerytów jeszcze będzie miał kto pracować.

Głodowe emerytury

Racjami państwa (i przyszłością systemu emerytalnego), według CBOS, nie przejmuje się aż 77 proc. obywateli. Są przeciwni wydłużaniu wieku emerytalnego, mimo że tempo, jakie zapowiedział premier, miałoby być dość wolne. Każdego roku pracowalibyśmy tylko o trzy miesiące dłużej. W 2030 r. już do 67 lat. Demografowie, a zwłaszcza ekonomiści, nie rozumieją tego uporu i oporu: przecież tylko dłuższa praca gwarantuje nam nieco lepszą emeryturę. Im później się na nią zdecydujemy, tym wyraźniej będzie ona wyższa. Z dwóch powodów. Pierwszy – zaoszczędzimy więcej. Drugi – suma oszczędności dzielona będzie przez mniejszą liczbę miesięcy, jakie – statystycznie – zostaną nam do końca życia. Dłuższą pracą najbardziej zainteresowane powinny być właśnie kobiety. Ich świadczenia będą bowiem głodowe. Jeśli nic się nie zmieni, połowa pań nie zaoszczędzi nawet na emeryturę minimalną.

To wszystko prawda, ale ludzie też mają swoje racje. Najbardziej niechętne zapowiadanym zmianom są osoby najgorzej wykształcone, mające najdłuższe przerwy w zatrudnieniu. Takie, które reforma emerytalna z 1999 r. uderzyła po kieszeni najbardziej. W starym systemie dostałyby dużo więcej, niż do niego włożyły. Najgorzej zarabiającym gwarantował on nawet 90-proc. stopę zastąpienia, czyli emerytura była niewiele niższa od uzyskiwanych zarobków. To dlatego stała się ona dobrem aż tak pożądanym. Rodzinna racjonalność nakazywała jak najszybciej zakończyć pracę i zająć się wnukami, bo rodzinny budżet na tym nie tracił.

Nie do wszystkich dociera, że sytuacja zmieniła się gruntownie. Pracę kończy dopiero trzeci rocznik „zreformowanych emerytek”. Kolejne, być może, nie przyjęły jeszcze do wiadomości, że ich stopa zastąpienia wyniesie zaledwie 30 proc. Utrzymać z tego się nie da.

Jeszcze kilka lat temu wiele gorzej wykształconych kobiet kalkulowało, że zakończą pracę w wieku 55 lat i załapią się na wcześniejszą emeryturę. Nie zdążyły. Cofnięcie przywilejów spowodowało, że faktyczny wiek przechodzenia kobiet na emeryturę w ciągu zaledwie trzech ostatnich lat wydłużył się aż o trzy lata. W 2008 r. średni wiek kończenia aktywności zawodowej pań wynosił 56,2, obecnie – 59 lat. Nie ma racjonalnego argumentu, dlaczego słynny już agent Tomek (symbolizujący patologię naszego systemu emerytalnego) cieszy się pełnią praw nabytych i zostaje emerytem w wieku 34 lat, zaś kasjerka w hipermarkecie, przekonana jeszcze przed pięcioma laty, że uzyska prawo do wcześniejszej emerytury, została tego prawa pozbawiona. Wydłużono jej wiek emerytalny o pięć lat, a teraz dowiaduje się, że to jeszcze nie koniec. Najgorzej wykształcone kobiety nie wiedzą, czego bardziej mają się bać. Czy tego, że zdrowie nie pozwoli im dłużej ciężko pracować fizycznie, czy też tego, że stracą nielubianą pracę, zanim zyskają uprawnienia do emerytury.

Jedni nie chcą dłużej pracować, bo nie wyliczyli, że mogą mieć głodową emeryturę, inni – bo właśnie umieją liczyć. Wiedzą, że jeśli nawet nie zaoszczędzą na minimalną emeryturę, to państwo będzie musiało im dołożyć. Pracując dłużej, wypracowaliby sobie to minimum sami. Nie godząc się na wydłużenie wieku, dostaną tę różnicę od państwa. Kalkulacja jest prawidłowa.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną