Barclays i inne bankowe przekręty

Szampan się skończył
W londyńskim City wybuchł największy skandal bankowy od upadku Lehman Brothers. Prezes Barclays podał się do dymisji, koledzy martwią się o posady. Czy politycy zapanują wreszcie nad bankierami?
Bob Diamond po przesłuchaniu w parlamencie.
Matthew Lloyd/Getty Images/Flash Press Media

Bob Diamond po przesłuchaniu w parlamencie.

Prezes Jamie Dimon musiał zeznawać przed Kongresem, ale ocalił posadę.
Yuri Gripas/Reuters/Forum

Prezes Jamie Dimon musiał zeznawać przed Kongresem, ale ocalił posadę.

Chłopie, jestem twoim dłużnikiem. Wpadnij kiedyś po pracy, to otworzę butelkę Bollingera” – pisał trader jednego z londyńskich banków do kolegi w Barclays. Bollinger to marka drogiego szampana, trader to osoba handlująca instrumentami finansowymi, a Barclays to drugi bank w Wielkiej Brytanii. O co chodzi? Jeden bankier dziękuje drugiemu za to, że wpłynął na stawkę LIBOR. Chodzi o pół punktu bazowego, ale od tej drobnej różnicy zależy wielki zysk z zakładu postawionego przez tradera. Nawet bankierzy wiedzą, że to oszustwo. „Jesteśmy z definicji nieuczciwi, ryzykujemy utratę reputacji na rynku i u nadzorców” – skarżył się w 2008 r. inny pracownik banku. Prorocze słowa.

Pod koniec czerwca nadzory finansowe w Ameryce i Wielkiej Brytanii wlepiły Barclays rekordową karę – 290 mln funtów, równowartość 1,5 mld zł. Powód: manipulacje stawkami LIBOR i EURIBOR, jednymi z najważniejszych wskaźników na rynkach finansowych. Bank zapłacił, by zamknąć śledztwo, ale lawiny gniewu już nie zatrzymał. W ubiegły wtorek porwała prezesa Boba Diamonda, a sam Barclays walczy z opinią najbardziej zepsutego banku na Wyspach. Oszustwa to jedno – kto wie, czy nie gorsze są cytaty z maili bankierów, zawarte w raporcie brytyjskiego nadzoru. Obnażają mentalność książąt pieniądza w londyńskim City – chciwość, pychę i poczucie bezkarności.

Brytyjczycy są wściekli, a politycy zioną oburzeniem. Od tygodnia bankierów chłoszczą na przemian premier, lider opozycji i szef banku centralnego. Ale sprawa nie dotyczy tylko Wielkiej Brytanii. Londyn to największe centrum finansowe na świecie, działają tam wszystkie liczące się banki, a w manipulacje stawkami LIBOR zamieszanych jest co najmniej 20 instytucji, w tym banki, które w 2008 r. zostały ocalone przez państwo.

Barclays to tylko pierwszy, który poszedł na ugodę – nadzory w Europie, Azji i Ameryce prowadzą kilka podobnych dochodzeń, prześwietlają m.in. Deutsche Bank, RBS, JPMorgan i UBS. Jeśli podejrzenia się potwierdzą, będzie to największy skandal w historii bankowości, zmowa kartelowa na niespotykaną skalę.

Jak ugryźć 380 bln

By zrozumieć skandal, trzeba cofnąć się do 2008 r. Bankructwo Lehmana poprzedziła kilkumiesięczna susza na rynku międzybankowym – czołowe banki wiedziały, że ktoś siedzi na toksycznych aktywach, ale nie wiedziały jeszcze kto, w związku z czym nie chciały sobie pożyczać. W normalnych czasach, gdy na rynku panuje zaufanie, banki robią to na okrągło – jedne mają nadwyżki kapitału, które muszą gdzieś ulokować, inne mogą mieć chwilowe niedobory, które trzeba wyrównać. Banki pożyczają sobie najczęściej na jeden dzień, a procent, na jaki to robią, ilustrują tzw. międzybankowe stawki referencyjne. Najważniejsze na świecie są te ustalane w Londynie, London Interbank Offered Rate, w skrócie LIBOR.

Każdego ranka kilkanaście banków kwotuje, czyli podaje procent, na jaki sądzą, że byłyby w stanie pożyczyć od innych na dany okres, w określonej walucie. Na podstawie tych zgłoszeń powstaje codziennie 150 różnych stawek LIBOR – dla 15 okresów w każdej z 10 czołowych walut, m.in. w dolarze, funcie i franku (stawki dla euro określa EURIBOR, a dla złotówki – WIBOR). W teorii LIBOR ma odzwierciedlać koszt pieniądza na rynku międzybankowym, ale w praktyce mało kto wierzy dziś w jego wskazania. Dlaczego? Bo gdy we wrześniu 2008 r. zbankrutował Lehman, stawki najpierw gwałtownie wzrosły, a miesiąc później zaczęły szybko spadać. A nie powinny, gdyż susza na rynku międzybankowym wcale nie minęła.

Banki ewidentnie manipulowały stawkami LIBOR, najpierw ze strachu, później z chciwości. Ze strachu, bo tuż po Lehmanie inwestorzy szukali wszelkich oznak kłopotów z płynnością i sprawdzali również kwotowania do LIBOR. Bank, który zgłaszał wyższą stawkę, narażał się na podejrzenie, że musi pożyczać na wyższy procent niż inni, czyli ma kłopoty finansowe. „Przełożony kazał mi dać niżej, niż było wczoraj – żeby pokazać, że nie wdepnęliśmy w gówno” – pisał jeden z pracowników Barclays, cytowany w raporcie. Banki zaczęły się licytować na coraz niższe stawki, więc LIBOR musiał zejść w dół. Gdyby chodziło tylko o zapewnienie stabilności, nadzory pewnie puściłyby im to płazem. Ale niektóre banki postanowiły też zarobić.

LIBOR to nie tylko miernik zaufania między bankami – to także wskaźnik, od którego zależy wycena instrumentów wartych na papierze 380 bln dol. Na stawkach LIBOR dla franka opiera się np. oprocentowanie kredytów hipotecznych w tej walucie, także w Polsce (patrz ramka). Dla wielkich banków ważniejsze są jednak instrumenty pochodne, którymi obracają traderzy w działach inwestycyjnych – m.in. kontrakty na wysokość stóp procentowych i stawek LIBOR. Brytyjski nadzór zebrał dowody na to, że Barclays już od 2005 r. zgłaszał stawki sprzyjające jego własnym pozycjom inwestycyjnym. Ale jeden Barclays nie mógł przesuwać całego wskaźnika – stąd podejrzenie, że w ustawianiu LIBOR uczestniczyły inne banki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną