Rynek

Od słonych paluszków do słonych hoteli

Hotelowa gigantomania Tadeusza Gołębiewskiego

Hotel Gołębiewski w Mikołajkach Hotel Gołębiewski w Mikołajkach Lech Zielaskowski/Reporter / EAST NEWS
Właściciel największej polskiej sieci hoteli Tadeusz Gołębiewski do tej pory był witany przez władze lokalne z entuzjazmem i nadzieją. Teraz ściąga też kłopoty i podejrzenia. Jego gigantomania ma powody, ale i cenę.
Tadeusz GołębiewskiPiotr Waniorek/Forbes/Forum Tadeusz Gołębiewski
Hotel Gołębiewski w KarpaczuMieczysław Michalak/Agencja Gazeta Hotel Gołębiewski w Karpaczu

Artykuł w wersji audio

Kiedy nad nadmorskim Pobierowem, w Zachodniopomorskiem, pojawia się helikopter, miejscowi mówią, że leci Bocian albo Gołąb. Bocian to właściciel firmy pożyczkowej, która ma tu domki, Gołąb to oczywiście Gołębiewski, który dogląda budowy największego hotelu w kraju. Ma już obiekty w Mikołajkach, Białymstoku, Wiśle i Karpaczu, teraz buduje kolejny, właśnie nad morzem. A dokładnie na trzydziestohektarowej działce, na której kiedyś znajdowała się wyrzutnia rakietowa. – Gołębiewski kupił ją od gminy Rewal za 50,5 mln zł, gmina od Agencji Mienia Wojskowego kilka lat wcześniej za 7 mln – zapewnia obecny wójt Rewala Konstanty Oświęcimski.

Mistrz samowolki

Sam Gołębiewski mieszka pod Wołominem, uznał więc, że helikopterem poruszać się po kraju będzie szybciej niż luksusowym maybachem. Z licencji pilota, którą posiada, jednak już nie korzysta, oddaje stery profesjonaliście, w końcu ma już 76 lat. Byli współpracownicy mówią o nim, że nikomu nie ufa, wszystkiego musi dopilnować sam. Co jednak jest coraz trudniejsze.

Każdy jego następny hotel jest większy od poprzedniego, ten w Pobierowie będzie miał 1100 pokoi, pomieści 3 tys. gości. Ponad trzy razy więcej, niż Pobierowo ma mieszkańców. Gigant. Z lotu ptaka widać, jak spory kawał lasu trzeba było wyciąć pod jego budowę, przytłacza okoliczny krajobraz. Wyrasta ze swoimi dziewięcioma piętrami wysoko ponad las, kolejne dwie kondygnacje mają być pod ziemią. Z garażem i całorocznym sztucznym lodowiskiem. Oraz 140-metrowym basenem zewnętrznym. Przeciwko budowie giganta protestują ekolodzy, o brzydocie mówią architekci. Gołębiewski się nie przejmuje, architektom jego hotele nigdy się nie podobały.

Wójt Konstanty Oświęcimski upiera się, że dla gminy to dobry interes. Wylicza nowe miejsca pracy i spodziewane podatki. Przy 3 tys. gości z samej opłaty klimatycznej uzbiera się rocznie ze 2 mln zł, kolejne kilka z podatku od nieruchomości. Działkę po wyrzutni sprzedał Gołębiewskiemu wprawdzie jego poprzednik, ale obecny wójt przyznaje, że gmina od początku szukała dla niej dużego inwestora, dokładnie takiego jak Gołębiewski. Hotel jest zgodny z planem zagospodarowania przestrzennego, który, można by powiedzieć, wręcz pod niego uszyli.

Ostatnio atmosfera w Rewalu nieco się jednak zagęściła. Były wójt Robert Skraburski, któremu prokuratura zarzuca wyrządzenie gminie szkody wielkich rozmiarów, został przez Gołębiewskiego zatrudniony jako szef hotelu w budowie. W to, że powodem są biznesowe kompetencje byłego wójta, wielu wątpi, skoro zadłużył gminę w parabankach. Wychodzą na jaw niekorzystne dla gminy zapisy w umowie, np. to, że drogę do hotelu sfinansować ma ona, a nie prywatny inwestor. To gmina również musi zapłacić nadleśnictwu za wycinkę drzew pod budowę.

Hotel ma przyjąć pierwszych gości już w przyszłym roku, we wszystkich swoich obiektach Tadeusz Gołębiewski będzie miał wtedy ponad 3300 pokoi. Zaczynają jednak pojawiać się kłopoty. – Biznesmen wywiercił na działce kilka studni głębinowych i zdaniem Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie od miesięcy czerpie ze źródła jurajską wodę nielegalnie – uważa Mirosław Kwiatkowski, dziennikarz „Kuriera Szczecińskiego”. Wniosek o wydanie pozwolenia na pobór wody złożono 24 kwietnia i jeszcze nie został rozpatrzony. Mieszkańcy pobliskiego Łukęcina oraz Dziwnówka boją się, że jak hotel ruszy, dla nich może wody zabraknąć. Wcześniej inwestor zapewniał, że hotel zostanie podłączony do ujęcia w Golczewie. Może się też pojawić problem z odprowadzaniem ścieków. Tadeusz Gołębiewski znany jest z tego, że często zmienia plany, własne i gmin, w których buduje swoje hotele. Nie po raz pierwszy pada słowo „samowolka”.

Nie ufa nikomu

Kiedy szuka się w sieci informacji o biznesie Gołębiewskiego, natychmiast pojawiają się reklamy „koszyka polskiego”, a w nim słodycze firmy TAGO z miejscowości Ciemne pod Wołominem. To jego pierwszy biznes, założony jeszcze za Gomułki, w 1966 r., w przydomowym budynku gospodarczym za pożyczone od rodziny pieniądze. Tadeusz był wtedy studentem SGPiS (obecnie SGH) i doskonale wiedział, że na państwowym pracować nie będzie. Produkował wafle do lodów, które rowerem dostarczał do okolicznych lodziarni. Potrzebna była tylko mąka i woda, sam przysposobił stare formy. Królem słonych paluszków został okrzyknięty już za Gierka, chwalił się potem, że piec do ich wypieku też zbudował własnoręcznie. Słonym paluszkom transformacja nie zaszkodziła, TAGO ciągle je produkuje, ale już z dopiskiem „bio”. Gołębiewski dostrzega nowe trendy. Na początku 1990 r. TAGO miało już prawie 400 pracowników.

Wtedy Gołębiewski postanowił, że zostanie hotelarzem. Opowiada mediom, że na budowę obiektu w Mikołajkach sprzedał całe zebrane przez lata komuny złoto i dolary. Tyle że wtedy mocno straciły na wartości. Nie od razu Mikołajki zbudowano; w pierwotnych planach hotel był o wiele mniejszy. Z czasem dochodziły kolejne segmenty, przez 10 lat. Podobny patent Gołębiewski wykorzystuje w następnych hotelach, dobudowując kolejne piętra. Obecnie Hotel Gołębiewski w Mikołajkach ma już prawie 700 pokoi i apartamentów. W Wiśle, którego budowa ruszyła w 1999 r. – 600 pokoi. Najmniejszy, w Białymstoku, został kupiony od Orbisu przed ukończeniem. Biznesmenowi zależało na nim, liczył na gości z Białorusi i Rosji. Zablokowanie przez obecny rząd ruchu przygranicznego nieco uderzyło go po kieszeni – mówi konkurent z Białegostoku.

Gołębiewski słusznie przewidywał, że w kraju szybko przybywać będzie klientów biznesowych. Wyczuł nadchodzącą koniunkturę. W jego hotelach jest dużo sal konferencyjnych, kinowych i bankietowych, których mniejsi konkurenci nie oferują. Cała infrastruktura potrzebna na firmowe imprezy, także aquaparki. Szkolenia i konferencje wielkich firm właściwie odbywać się mogą tylko w jego sieci.

Hotele Gołębiewski ściągają też indywidualnych turystów. Podobają się tym, którzy już spędzali wakacje w Egipcie czy Tunezji i oczekują takich atrakcji, żeby nie musieć opuszczać terenu przez tydzień. Podoba im się też all inclusive, które Gołębiewski zaproponował w Polsce jako pierwszy. A jednocześnie nikt tu od nich nie oczekuje, że przed wejściem do restauracji nałożą coś na plażowy strój. U Gołębiewskiego mogą się czuć swobodnie.

Klientka, która bywa w jego hotelach na imprezach firmowych, dostrzega jednak, że właściciel z czasem podnosi standard. – Kiedyś w łazienkach nie było kabin prysznicowych, tylko plastikowe zasłonki, teraz już są – zauważa. Teraz to obiekty czterogwiazdkowe.

Hotelowy interes Gołębiewskiego jest jednak specyficzny. O przychodach swoich firm właściciel woli milczeć, szacuje się je na 500 mln zł rocznie. Nie ujawnia zysków, które pożera spłata kredytów. Zniknął z rankingów najbogatszych Polaków. Nie wchodzi w spółki, nawet z rodziną. Dzieci i żona mają własne firmy, choć też pracują dla hoteli. Gołębiewski nie ulega też pokusie budowy hoteli nad Morzem Czarnym ani w Chorwacji, nie słucha tych, którzy zgłaszają się z podobnymi propozycjami. – Nikomu nie ufa, żeby zjeść śniadanie w jego sieci, nie wystarczy podać numer pokoju, trzeba mieć kartę. Żeby wejść na basen, trzeba wrzucić żeton, skorzystanie z każdej atrakcji jest skrupulatnie odnotowywane – zauważa bywalczyni.

Karpacz idzie w górę

Przed kilkoma laty, gdy inwestorzy zagraniczni polowali w Polsce na dobre firmy do przejęcia, Tadeusz Gołębiewski deklarował chęć sprzedaży TAGO. Do tej pory ciastka zarabiały na nowe hotele, z czasem okazało się to dużo za mało, na każdy kolejny trzeba było brać kredyt, każdy następny kosztował więcej od poprzedniego. Według jego wyliczeń kredyt na budowę hotelu spłaca się długo, 20 i więcej lat. Im większy jest hotel, tym szybciej – i to jest prawdziwe źródło gigantomanii Gołębiewskiego. Hotel w Karpaczu, otwarty w 2010 r., kosztował ponad 350 mln zł, w Pobierowie ma kosztować 500 mln. Hoteli przybywa, długi rosną.

Francuska firma, która wydawała się mieć apetyt na ciastka Gołębiewskiego, za 400 mln zł kupiła jednak jego konkurenta. Marek Przeździak, szef Polbisco, które zrzesza producentów słodyczy, uważa, że inwestorzy już nie polują na polskie firmy, trudno więc będzie sprzedać TAGO za cenę satysfakcjonującą Gołębiewskiego. Brak gotówki będzie mu doskwierać coraz bardziej.

Ryszard Konwerski, szef Polskiego Klubu Biznesu, którego członkiem jest Gołębiewski, zapewnia, że to samotnik wizjoner, nigdy niezwiązany z żadnym ugrupowaniem politycznym. Żadna partia nie dawała mu zarobić, a on się u nich o to nie starał. Wystarczają mu relacje z politykami lokalnymi. Taki np. burmistrz Karpacza do wybudowania hotelu namawiał go 11 lat. Protestujących właścicieli pensjonatów uspokajano, że do Centrum Konferencyjno-Szkoleniowego przyjedzie wielki biznes, który potem wróci pod Śnieżkę z rodzinami, do nich. Niezupełnie się sprawdza, ale hotel Gołębiewskiego na obłożenie nie narzeka. Gości przybywa.

Do lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego Gołębiewski od początku miał stosunek dość nonszalancki. Obiekt w Białymstoku przebudował bez stosownych pozwoleń, samowolą budowlaną interesuje się prokuratura. Kłopoty z urzędnikami nadzoru i ekologami ma również w Wiśle. Otworzył tam hotel mimo braku niezbędnych zezwoleń. Wspominał później: „Ciągali mnie za to po sądach (sprawy umorzono), ale nie miałem wyjścia, bo inaczej wszystkie moje firmy by upadły, były pod zastaw kredytu”.

Ponieważ wszędzie się udawało, w Karpaczu poszedł na całość. Zamiast 630 pokoi buduje 880, dwa piętra więcej. Obiekt jest dużo większy niż w planach. Tym razem prócz ekologów protestował też konserwator zabytków. Uważał, że hotelowy gigant narusza walory krajobrazowe Karpacza. Popierał go Bogdan Zdrojewski, ówczesny minister kultury, ale władze miasta stanęły po stronie właściciela hotelu. Dla nich ważniejsze jest, że dzięki hotelowi do Karpacza ściągają goście także poza sezonem. Daje impuls gospodarczy miastu i regionowi. Gołębiewski do lutego 2012 r. miał jednak rozebrać dwa ostatnie piętra. Znów się wyślizgnął, przeszklił dach i nazwał go świetlikiem.

Zagrożone imperium

Łeba po sezonie, czyli przez większą część roku, jest pusta. Więc biedna. Tylko Gołębiewski mógł to zmienić. Hotel w Łebie miał być jeszcze większy od obiektu w Karpaczu. Samorząd lokalny liczył, że rocznie do gminnej kasy wpłynie 6–7 mln zł więcej. Przeszkodą był plan zagospodarowania przestrzennego pozwalający na zabudowę nie wyższą niż 12 m, a hotel zaplanowano dwa razy wyższy. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gdańsku nie wykluczyła kompromisu; warunek – musiałby być jednak niższy. Wiadomość, że Tadeusz Gołębiewski rezygnuje z przeciągających się negocjacji i kupuje działkę w Pobierowie, spadła na Łebę jak grom z jasnego nieba.

W Pobierowie hotel będzie jeszcze większy i jeszcze wyższy. Na pięć gwiazdek. Największy w Polsce, 150 m od plaży. Na stronie gminy Rewal pojawiła się informacja: „Coś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się jedynie marzeniem, stało się faktem”. Dziś wójt Oświęcimski z Rewala też nie zmienia zdania, dodatkowe pieniądze dla zadłużonej gminy wydają się argumentem ważniejszym niż ostrzeżenia ekologów, „którym bardziej zależy na ptaszkach niż na ludziach”. I architektów, którzy woleliby, by pięknych polskich plaż nie zabudowywać brzydkimi gigantycznymi hotelami.

Byli współpracownicy Tadeusza Gołębiewskiego twierdzą, że zaczyna być zmęczony, czasem nawet przysypia w trakcie rozmowy. Ciągle jednak nie mówi o sukcesji, jeszcze niedawno uważał, że syn do niej nie dojrzał; a na pewno nie dojrzał jeszcze ojciec. Ciągle cieszy się opinią przedsiębiorcy, który solidnie spłaca kredyty, a jego hotelowy biznes kręci się dobrze. Ale czasy się zmieniły. To już nie lata 90.; wyborcy, a więc i politycy, robią się coraz bardziej wrażliwi w sprawach ochrony środowiska i krajobrazu. A ewentualne problemy z terminowym otwarciem hotelu w Pobierowie mogą zachwiać całym imperium Gołębiewskiego.

Polityka 30.2019 (3220) z dnia 23.07.2019; Rynek; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Od słonych paluszków do słonych hoteli"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Niespotykanie niewidoczny człowiek. Minister Kościński

Tadeusz Kościński przyjął tekę ministra finansów, ale się nie cieszy. Nominacji nie zawdzięcza swoim kompetencjom, ale temu, że już w 2015 r. znalazł się w drużynie Morawieckiego. Teraz musi znaleźć pieniądze na wydatki projektowane na Nowogrodzkiej.

Joanna Solska
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną