Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Turecki hub gazowy im. Władimira Putina. Dlaczego to się kupy nie trzyma?

Recep Erdoğan i Władimir Putin. Zdjęcie z Soczi z 2019 r. Recep Erdoğan i Władimir Putin. Zdjęcie z Soczi z 2019 r. Kremlin.ru / mat. pr.
Turcja, popadająca w coraz większy kryzys gospodarczy, chętnie skorzystałaby na handlu gazem. Jednak eksperci gazowi, i to nawet rosyjscy, nie kryją, że pomysł jest księżycowy, a jego realizacja mało realna. Ze stu powodów.

Prezydent Rosji Władimir Putin i szef Gazpromu Aleksiej Miller przedstawili pomysł utworzenia w Turcji największego hubu gazowego dla Europy. Wywołali tym totalne zdumienie. Zaskoczenia nie kryli nawet sami Turcy. Choć prezydent Recep Erdoğan, który wciąż widzi się w roli głównego rozjemcy w wojnie rosyjsko-ukraińskiej, od razu pomysłowi przyklasnął, to minister energetyki Turcji Fatih Donmez stwierdził, że nic o tym nie wie. Ale od razu zastrzegł, że taki projekt jest „możliwy do zrealizowania”.

Turcja popadająca w coraz większy kryzys gospodarczy chętnie skorzystałaby na handlu gazem. Jednak eksperci gazowi, i to nawet rosyjscy, nie kryją, że pomysł jest księżycowy, a jego realizacja mało realna. Ze stu powodów.

Czytaj także: Gaz do dechy. Czy da się zatrzymać te astronomiczne podwyżki?

Gazprom jest zdany na Europę

Skąd jednak taki pomysł? Jak to możliwe, że Putin straszy Europę atomową zagładą, a potem zaczyna się martwić, jak sobie poradzimy bez jego błękitnego paliwa? Zacznijmy od tego, że Rosja ma dziś problem z gazem. Nie bardzo ma co z nim robić, zwłaszcza z tym wydobywanym w zachodniej Syberii. Nie tylko z powodu radykalnej redukcji importu gazu przez rynki UE, ale także fizycznego zniszczenia części głównych szlaków zaopatrzeniowych biegnących po dnie Bałtyku. Dziś rosyjski gaz do Europy płynie jeszcze przez Ukrainę (40 mld m sześc. – w co aż trudno uwierzyć) i południowym szlakiem TurkStream po dnie Morza Czarnego do Turcji (16 mld m sześc.). Ale te szlaki nie zapewniają możliwości eksportu takich ilości gazu, jakie są wydobywane. Według ostrożnych rachunków Rosja ma dziś nadwyżkę ok. 50 mld m sześc. do zagospodarowania. Przecież w ubiegłym roku do UE trafiło 140 mld m sześc. Teorie, że Rosjanie sprzedadzą ten gaz Chinom lub Indiom, okazały się wyssane z palca. Nie da się. Półwysep Jamalski od Chin dzielą tysiące kilometrów i góry Ałtaj, więc odwrócenie gazociągów nie jest możliwe. Na razie Chiny kupują niewielkie ilości gazociągiem Siła Syberii 1 (z południowej Syberii), mówi się o kolejnych nitkach, ale to pieśń przyszłości.

Gazprom jest zdany na Europę, ale Europa ma coraz mniejszą ochotę być zdana na Gazprom. Już nie tylko ze względu na sympatię czy antypatię, jakie poszczególne kraje mogą żywić do Rosji, ale zwyczajnie znikomej przewidywalności i wiarygodności kontrahenta. Nikt nie ma zamiaru być ofiarą szantażu i rozgrywek typu „zakręcimy wam kurek” albo rynkowych manipulacji, jakie prowadził Gazprom w ubiegłym roku. Tymczasem Putin wierzy, że w Turcji stworzy gazowy hub podobny do tego, z jakiego Gazprom korzystał w Baumgarten w Austrii. Hub gazowy to rodzaj paliwowej hurtowni, do której różni dostawcy dostarczają towar, a odbiorcy go oczywiście tamże kupują. Konieczna jest dobra infrastruktura gazociągowa, duże podziemne magazyny gazu i dobre regulacje prawne gwarantujące swobodny handel, a potem odbiór kupionego paliwa. Baumgarten jest hubem fizycznym, niekiedy jednak cały system gazowy kraju może pełnić funkcję hubu. Wówczas jest to hub wirtualny, taki jak np. National Balancing Point (NBP) w Wielkiej Brytanii. Rosjanie z Turkami chcieliby stworzyć hub fizyczny w Rumelii w pobliżu granicy Turcji z Grecją i Bułgarią, by być jak najbliżej europejskiego rynku.

Czytaj też: Podmorskie kable – do czego służą i dlaczego interesują Rosjan

Dlaczego to wszystko kupy się nie trzyma?

Po pierwsze: trzeba byłoby ten gaz do Turcji dostarczyć. Ułożenie kolejnych nitek TurkStream po dnie Morza Czarnego nie będzie proste, bo trzeba byłoby wynająć fachowców, a europejskie i amerykańskie firmy potrafiące układać podwodne gazociągi nie podejmą się dziś takiego zadania ze względu na sankcje. Rosjanie nie mają takiej technologii. Układali wprawdzie sami ostatni fragment Nord Stream 2, ale zajęło im to masę czasu, mimo że Bałtyk jest morzem płytkim. Tymczasem Morze Czarne jest dużo głębsze, co stawia też znacznie większe wyzwania.

Po drugie: kto kupi rosyjski gaz, jeśli Europa będzie kontynuowała kurs uniezależnienia się od tego źródła? Dlatego pomysł zakłada, że to Turcy będą teraz handlować rosyjskim gazem, mieszając go z własnym, a może także z tym z Azerbejdżanu, który płynie gazociągiem Transadriatyckim. Panuje przekonanie, że powstała w ten sposób turecka mieszanka stanie się dla Europy strawna. W efekcie i Rosjanie zarobią, i Turcy, którzy jako naród handlowy naliczą sobie stosowną marżę. Gaz popłynie na Bałkany i do Włoch.

Rosjanom zależy, żeby jakoś odzyskać kontakt z rynkiem niemieckim, na który najbardziej liczą. Jeśli Bałtyk zawiódł, to uda się jakoś przebić od południa. I tak wrócimy do business as usual. Wygląda jednak na to, że Putin coraz bardziej odkleja się od rzeczywistości.

Czytaj także: Drogo i ubogo: tak źle dawno nie było. PiS czaruje: „Kryzys? Jaki kryzys?”

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną