Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Wojna PiS z wiatrakami trwa dalej

Wiatrowa telenowela PiS trwa już ponad trzy lata i wciąż nie ma pewności, że to już koniec. Wiatrowa telenowela PiS trwa już ponad trzy lata i wciąż nie ma pewności, że to już koniec. ImageSource / PantherMedia
Posłowie partii Jarosława Kaczyńskiego zdecydowali w Sejmie, by minimalna odległość wiatraków od zabudowań mieszkalnych wynosiła nie 500, lecz 700 m. Spowolni to transformację energetyczną i podbije ceny energii.

Wiatrowa telenowela PiS trwa już ponad trzy lata i wciąż nie ma pewności, czy to, co obserwujemy, to finałowy odcinek. Przypomnijmy więc w skrócie ostatnie sezony. Partia Jarosława Kaczyńskiego szła do wyborów w 2015 r. z postulatem ograniczenia rozwoju farm wiatrowych, by chronić krajobraz i interesy rolników zaniepokojonych spadkiem cen nieruchomości. Cel był polityczny i związany z kalkulacjami wyborczymi PiS, z których wynikało, że postulaty antywiatrowe dają partii więcej głosów na wsi. Pośrednio chodziło również o ochronę elektrowni na węgiel – energia z wiatru jest uprzywilejowana i konwencjonalne bloki muszą jej ustępować.

Czytaj także: Awantura o 10H. Czemu nie wracamy do budowy wiatraków?

Ustawa antywiatrowa i reguła 10H

W połowie 2016 r. w życie weszła ustawa antywiatrowa, która wprowadziła sławną regułę 10H, zakazującą stawiania wiatraków przy zabudowaniach mieszkalnych i formach ochrony przyrody, jeśli odległość jest mniejsza niż dziesięciokrotność wysokości wiatraka. W praktyce 99,7 proc. powierzchni kraju zostało wyłączone z możliwości budowy farm wiatrowych, ale też modernizacji istniejących jednostek.

Budowa wiatraków wyhamowała radykalnie, ale nie stanęła. Co ciekawe, od momentu przejęcia władzy w Polsce przez PiS moc zainstalowana farm wiatrowych na lądzie wzrosła aż dwukrotnie – z 4,5 GW na koniec 2015 r. do 9,1 GW obecnie. Inwestorzy mogli bowiem realizować projekty, które uzyskały pozwolenie na budowę przed wejściem w życie reguły 10H. Obecnie pula tego rodzaju inwestycji jest na wykończeniu.

Czytaj także: Stan wojenny w energetyce. Ręczne sterowanie zamiast polityki klimatycznej

PiS zmienia zdanie dla pieniędzy z KPO

Podejście PiS do wiatraków zaczęło się zmieniać w obawie, że zatrzymanie ich rozwoju doprowadzi do wzrostu cen energii w hurcie, ale też pod naciskiem Brukseli, która przekonywała Warszawę, że bez wiatraków Polska nie wypełni unijnych celów klimatycznych. W lutym 2019 r. ówczesne ministerstwo energii po raz pierwszy zapowiedziało konieczność poluzowania zasad dot. budowy wiatraków, ale prace nad ustawą trwały aż ponad trzy i pół roku. Przyspieszenie nastąpiło w momencie, gdy stało się jasne, że bez zmiany przepisów dot. wiatraków Polska nie dostanie pieniędzy z KPO.

Ostatecznie 14 lipca rząd wysłał ustawę do Sejmu. Regulacja pozwala gminom odstąpić od reguły 10H i zmniejszyć odległość między budynkami mieszkalnymi i wiatrakiem do minimum 500 m. Jednak w Sejmie ustawa utknęła. Marszałkini Elżbieta Witek nie chciała nadać jej numeru druku, a przeciw jej procedowaniu ostro protestowała Solidarna Polska. PiS próbował rozmasować te obawy. W grudniu rząd przyjął autopoprawkę do ustawy, zgodnie z którą co najmniej 10 proc. mocy nowych farm wiatrowych będzie musiało zostać udostępnione mieszkańcom gminy, którzy będą mogli korzystać z nich jako prosumenci zbiorowi. Chodziło o podzielenie się zyskami z farm wiatrowych z lokalnymi społecznościami i osłabienie oporu najbardziej zajadłych antywiatrakowców.

Ostatni odcinek naszego serialu miał w Sejmie miejsce 26 stycznia, gdy komisje ds. energii i samorządu zdecydowały wydłużyć minimalną odległość wiatraków od zabudowań z wcześniej proponowanych 500 na 700 m. Poprawkę zgłosił poseł PiS Marek Suski, który mówił później, że to „pewnego rodzaju kompromis”. Zmiana była efektem negocjacji z przeciwnikami farm wiatrowych w PiS, skupionymi wokół marszałkini Sejmu Elżbiety Witek. Pomysł wydłużenia odległości do 700 m miał powstać późnym popołudniem 25 stycznia. Wcześniej głównym wątkiem wewnątrzpartyjnych rozmów były obowiązkowe referenda w gminach ws. budowy farm wiatrowych, ale pomysł ten ostatecznie nie przeszedł.

Bruksela do członków UE: Oszczędzajcie gaz, bo ogłosimy alarm

Każdy megawat mocy potrzebny

Co oznaczają zmiany? Zwiększenie minimalnej odległości farm wiatrowych od zabudowań na pewno ograniczy powierzchnię kraju możliwą do wykorzystania na budowę farm wiatrowych z 7 proc. przy 500 m do 3–4 proc. przy 700 m. W efekcie możliwość przyrostu nowych mocy w farmach znacząco wyhamuje. W perspektywie najbliższych trzech lat zamiast ok. 5 nowych GW w wiatrakach prawdopodobnie powstanie jedynie 1,5–2 GW. Czy to duża strata? Duża, bo po 2025 r. będziemy szybko wyłączać stare elektrownie na węgiel, nie tylko ze względu na ich zaawansowany wiek, ale również zmianę unijnych przepisów dotyczących ich wsparcia w ramach rynku mocy. Bez pomocy stare bloki nie poradzą sobie same na rynku. Dlatego każdy nowy megawat w polskim systemie energetycznym będzie na wagę złota.

Czy to już koniec naszego wiatrowego serialu? Trudno powiedzieć. Projekt ustawy trafi teraz na II czytanie w Sejmie, który zajmie się tym na posiedzeniu 7–9 lutego. Część opozycji już zapowiedziała złożenie poprawek przywracających 500 w miejsce 700 m i to samo zapewne nastąpi w Senacie. Figla może spłatać też prezydent. 21 stycznia w Polskim Radiu Paweł Sałek, doradca Andrzeja Dudy ds. klimatu, powiedział, że liberalizacja zasady 10H będzie stała w sprzeczności z programem PiS z 2015 i 2019 r.

Czytaj także: Prąd ma nas ocalić, uwolnić od ropy, węgla i gazu. Ale skąd go wziąć aż tyle?

Farmy wiatrowe nie pomogą na wszystko

W tej całej awanturze warto pamiętać, że wiatraki nie są remendium na wszystkie wyzwania transformacji energetycznej. Technologia ta jest kapryśna, zależna od pogody i potrzebuje bloków na gaz lub węgiel, które będą zabezpieczać jej pracę w czasie, gdy nie wieje. Co więcej, im więcej wiatraków, tym trudniej sterować systemem energetycznym, bo trzeba szybko podrywać konwencjonalne rezerwy, by nie dopuścić do blackoutu.

Kluczem do dobrej transformacji jest mądre dywersyfikowanie miksu energetycznego, a nie poleganie na jednej technologii lub paliwie. Polska, która wciąż jest najbardziej uzależnionym od węgla krajem w Unii, coś o tym wie. Dlatego trzeba wspierać rozwój tych technologii, które będą ograniczać naszą zależność od importu węglowodorów i obniżać ceny energii. Wiatraki dają taką możliwość.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Musicale na fali. Taki mało rozśpiewany z nas naród, a nie ma spektaklu bez piosenki

Nie należymy do narodów rozśpiewanych, ale w teatrze trudno dziś znaleźć spektakl bez choćby jednej piosenki. Przybywa też dobrych rodzimych musicali.

Aneta Kyzioł
18.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną