Rozmowa z prof. Bogdanem Wojciszke

Kto przeczyta, nie zbłądzi
O tym, czy przysłowia i maksymy pomagają żyć i osiągnąć szczęście.
Krzysztof Mystkowski/KFP

Fragment obrazu Pietera Bruegela (starszego) 'Dwanaście Przysłów Flamandzkich'.
Art Media/BEW

Fragment obrazu Pietera Bruegela (starszego) "Dwanaście Przysłów Flamandzkich".

Joanna Cieśla: – Po co ludzie tworzą i przekazują sobie przysłowia i sentencje?

Bogdan Wojciszke: – Żeby świat wydawał się miejscem bardziej zrozumiałym, zwłaszcza zaś skutki i przyczyny różnych zdarzeń. Zrozumienie jest też sposobem przystosowania się do zmian, szczególnie zmian na gorsze. Ludzie są tak skonstruowani, że gdy zaczynają coś rozumieć, to emocje wokół tego stygną.

To znaczy, że więcej maksym dotyczy rzeczy przykrych?

Raczej tak. Nieprzyjemne zdarzenia rodzą w ludziach większą refleksję, trudniej sobie z nimi poradzić.

Czy nauka potwierdza potoczne mądrości?

Zależy które. Te mądrości często przeczą sobie nawzajem. Z jednej strony mówimy: „od przybytku głowa nie boli”, a z drugiej: „co za dużo, to niezdrowo”. Zresztą niewiele z tych maksym próbuje powiedzieć jakąś prawdę o człowieku. Częściej są nakazami moralnymi albo pragmatycznymi poradami: „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”, „dwa razy daje, kto szybko daje”.

Czasem chodzi też chyba po prostu o to, by podnieść się na duchu, jak przez powiedzenie „głupim szczęście sprzyja”.

Z badań nad związkiem między szczęściem a inteligencją (nie ma dobrej miary mądrości, ale można uznać, że inteligencja to pewne jej przybliżenie) wynika, że zależność istnieje, choć jest słaba: im człowiek bardziej inteligentny, tym szczęśliwszy. Ale też nie każdy inteligentny musi być szczęśliwy. Wygląda na to, że różne wersje powiedzeń o związku głupoty ze szczęściem, tworzonych z upodobaniem przez starożytnych myślicieli, ale też przez dużo młodszych francuskich intelektualistów, to racjonalizacje. Gdy nie jesteśmy w stanie czegoś osiągnąć, w tym wypadku szczęścia, lepiej sobie powiedzieć, że to nic niewarte, na przykład dlatego, że jest domeną głupców.

Maksymy mają też chyba ułatwić myślenie. Czemu innemu mogą służyć powiedzenia ugruntowujące stereotypy, na przykład „kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa”?

Nie tyle ułatwić, co zastąpić myślenie, które jest bolesnym procesem. Jak mawiał Thomas Edison: „Nie ma fortelu, do którego ludzie się nie uciekną, by tylko nie myśleć”. Nie chodzi o to, że jesteśmy umysłowo leniwi, ale przestymulowani, działa na nas zbyt wiele bodźców. Ciągle musimy dokonywać niezliczonych wyborów, choć już tego nie zauważamy. Racjonalny wybór nawet jednej z 20 herbat w kawiarni oznaczałby konieczność porównania każdej z każdą pod każdym względem – to nie do zrobienia. Musimy się zdawać na jakieś proste wskaźniki, podpowiedzi, krążące opinie.

Gdy jednak opinie bywają wzajemnie sprzeczne, trudno na ich podstawie coś przewidzieć.

Dlatego te mądrości pomagają raczej zrozumieć przyczyny wydarzeń, niż przewidzieć ich skutki. Gdy nie wyjdzie nam jakiś projekt realizowany w kilka osób, możemy sobie powiedzieć: „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, ale zanim zabierzemy się do pracy, nie wiemy, czy nie posłuchać raczej zachęty do współpracy: „co dwie głowy, to nie jedna”. Stopień ogólności tych powiedzeń jest taki, że wszystko można zrozumieć i wytłumaczyć, ale po fakcie.

Ludowe mądrości traktujemy jako podpórki, gdy brakuje nam naukowej wiedzy o ludzkiej naturze?

Nie jestem pewien, czy w codziennych kontaktach z ludźmi doprecyzowanie wszystkiego tak jak w nauce byłoby potrzebne. Choć może powinniśmy częściej uczyć się na własnych doświadczeniach. Bo ludzie czerpią przekonania od innych, zwłaszcza o świecie społecznym. Czy Niemcy są pracowici, a Rosjanie dużo piją? Sami nie jesteśmy w stanie sprawdzić. Jak ktoś mówi, że zna wielu Niemców, to zna może pięciu. Albo kluczowa u nas sprawa z zaufaniem społecznym – jeśli 90 proc. Polaków mówi, że ludziom nie można ufać, to też opierają się na opinii innych. Zachowania, które widzimy na co dzień, są na ogół dobre. Ludzie kasują bilety, powiedzą, gdzie jest jakaś ulica. Nie jest tak, że zła zupełnie nie ma, ale większość z nas doświadcza go mało. Gdybyśmy się uczyli przez doświadczenia, skupiali na tym, co sami sprawdziliśmy, a nie na tym, co inni powtarzają, nasz ogląd rzeczywistości bardziej odpowiadałby prawdzie.

Powiedzenia, które w świetle zdrowego rozsądku okazują się nieprawdziwe, teoretycznie nie powinny przetrwać.

Jest jakaś straszliwa siła inercji niektórych przekonań. Zawołanie „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” było uzasadnione w czasach rozbiorów, bo chroniło substancję narodową. Teraz żaden Niemiec nie chce w nic pluć, a od czasu do czasu ten cytat z „Roty” wciąż jeszcze trąca jakąś czułą strunę. Ale tempo życia jest niesłychanie szybkie i wiele związków frazeologicznych się starzeje, wkrótce nikt nie będzie wiedział, o co w nich chodzi. Mówi się, że statek poszedł na żyletki, a od lat nigdzie już nie można dostać żyletek.

Nośnikami myśli czy idei bywają przedmioty i pojęcia. Kiedy nośniki wychodzą z użycia, idee, niestety, muszą pójść ich śladem. Wychodząc w przyszłość można przewidywać, że poważny kłopot będzie też miała wkrótce religia chrześcijańska z jej obiektami magicznymi i symboliką sprzed 2 tys. lat. Jeszcze 100 lat temu ludzie świetnie ją rozumieli, bo żyli w gruncie rzeczy w dość podobnym otoczeniu jak 2 tys. lat wcześniej. A dziś, kto tak naprawdę wie, o co chodzi z łowieniem ludzi jak ryb w sieci? Prawdopodobnie wkrótce pojawią się nowe kulty, których nośnikiem będzie komputer i jakiś szalejący program.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną