Społeczeństwo

Dar diabła

Nie musimy bać się głodu. Mamy w odwodzie miliony ton chińskich kartofli.

Trudno sobie dziś wyobrazić kuchnię polską bez ziemniaków. Podobnie kuchnię niemiecką, rosyjską, czeską, a nawet belgijską, w której królują najlepsze w świecie frytki. A przecież parę wieków temu, gdy kartofle, dzięki hiszpańskim podbojom w Ameryce, dotarły do Europy, mieszkańcy naszego kontynentu bronili się, jak mogli, przed jedzeniem tych rosnących pod ziemią owoców szatana. Siłą i podstępem wprowadzano je we wszystkich niemal krajach Starego Kontynentu. A było to tak.

Hiszpanie, podbijając krainę Inków i Majów, często cierpieli głód. Ale dla złota gotowi byli nawet umrzeć. Długo nie mogli się przekonać do małych bulw, zwanych przez Inków patata, dziko rosnących na kukurydzianych polach. Jedne patata kwitły czerwono, inne miały kwiaty białe. Te pierwsze były dość gorzkie i nie zachęcały do jedzenia; te drugie – upieczone w żarze ogniska – tłumiły głód, a nawet dawały uczucie przyjemnego nasycenia.

Pod koniec XVI w. patata – jak i wiele innych produktów zza oceanu – trafiły do Hiszpanii. Nie wzbudziły jednak zachwytu ani na dworze królewskim, ani w domach szlachty, ani mieszczan. Pierwszy transport bulw kupiono więc za niewielkie pieniądze dla szpitala nędzarzy w Sewilli.

We Włoszech początkowo mylono je z truflami. Stąd nazwa „tartufel” (tak w archaicznym języku włoskim nazywano owe drogocenne grzyby). Niemcy zaś tę nazwę zniemczyli i tak powstała dzisiejsza nazwa „kartofel”. Również oni karmili kartoflami ubogich w przytułkach oraz osadzonych w więzieniach.

Francuzi także nie chcieli jeść kartofli. Uważano je za rośliny szkodliwe, wywołujące gorączkę. Anne-Robert Jacques de l’Aulne Turgot, minister finansów Ludwika XVI, twórca teorii wolnej konkurencji, rozdawał sadzonki kartofli włościanom i proboszczom. Później zaś, przejeżdżając przez obdarowane regiony, domagał się posiłków z nich zrobionych. Nie na wiele się to zdało.

Lepszy pomysł miał przyjaciel Turgota, aptekarz i agronom Antoine Augustin Parmentier. Pracował jako pomocnik aptekarza i w tej roli jako 20-latek znalazł się na froncie wojny siedmioletniej. Tak się nieszczęśliwie dla niego zdarzyło, że trafił do niewoli. Siedząc w niemieckim więzieniu, przeżył właśnie dzięki kartoflom. Po powrocie do Francji Parmentier stał się gorącym propagatorem tej egzotycznej rośliny. Gdy został aptekarzem w przytułku dla inwalidów wojennych w Paryżu, słynnym Hôtel des Invalides, postarał się, by podstawą wyżywienia pensjonariuszy stały się „jabłka ziemne”.

Ukoronowaniem działalności aptekarza było uczestnictwo w przyjęciu w Wersalu, na którym mógł wręczyć Ludwikowi XVI prezent. Parmentier przyniósł bukiet kwiatów ukochanej rośliny. Król, słysząc wcześniej o pasji farmaceuty, przyjął bukiet z podziękowaniem. Jeden kwiat przypiął do sukni królowej Marii Antoniny, a drugi umocował w swojej butonierce.

Na kolejnych balach w najlepszych paryskich domach ludzie, którzy chcieli uchodzić za elitę, pokazywali się z przypiętymi kwiatami kartofli. Nawet paryskie kokoty wplatały je we włosy bądź przypinały do staników.

Dzięki królewskiej protekcji Antoine Augustin Parmantier otrzymał spory kawał ziemi, obsadził go kartoflami i... pilnie strzegł, wzbudzając wielkie zaciekawienie chłopów. W nocy straży nie było, pojawiali się natomiast chętni do podkradania sadzonek, co sprawiało ukrytą radość właścicielowi hodowli. Tak kartofle trafiły na francuskie pola, a później stoły. Do Polski przybyły dzięki królowi Janowi III Sobieskiemu. Przywiózł je po wiedeńskiej wyprawie. Jabłka ziemne – tej nazwy używał Jędrzej Kitowicz w swej księdze „Opis obyczajów za panowania Augusta III” – dostał polski król od cesarza Leopolda I. Ten hodował kartofle w swych wiedeńskich ogrodach.

W Warszawie królewski ogrodnik Łuba zaczął uprawę kartofli na polach Nowolipek. Dostarczał je na królewski stół do Wilanowa i do kuchni magnackich. Jak wszędzie, tak i w Polsce, początkowo do kartofli podchodzono ze strachem. Powód był zawsze ten sam: rosły pod ziemią i diabeł mógł w tym maczać swój ogon.

Prawdziwą karierę w Polsce zrobiły kartofle, zwane tu ziemniakami, za panowania carycy Katarzyny II. Ta znawczyni słowiańskiej duszy powtórzyła chwyt Parmentiera. Obsadzone kartoflami pola nakazała pilnować uzbrojonym sołdatom. Tyle tylko, że nie mieli amunicji i otrzymali rozkaz, by przymykać oczy na kradzieże. Nocami chłopi wykopywali to, co w biały dzień sami sadzili na strzeżonych polach. Chęć oszwabienia monarchini doprowadziła do tego, że w przyszłości, w XX w., Polska została trzecią potęgą kartoflaną. Wyprzedzały nas wówczas dwa mocarstwa: Republika Federalna Niemiec i Stany Zjednoczone.

Dziś sytuacja znacznie się zmieniła. Największą potęgą kartoflaną stały się Chiny, produkujące ponad 72 mln ton ziemniaków. Następne mocarstwo – Rosja – już tylko 36 mln ton. Dalsze miejsca w rankingu są także zaskakujące: Indie – 26 mln ton, USA – 20 mln, Ukraina – 19 mln i wreszcie Polska – 9 mln, wyprzedzająca Niemcy zaledwie o 100 tys. ton rocznej produkcji.

Kartofle, jabłka ziemne, ziemniaki, których niegdyś bano się jak zarazy, uratowały niejedno ludzkie życie. W czasie II wojny światowej opublikowano w Polsce książeczkę polecającą 100 potraw z ziemniaków. Zdolne gospodynie i dziś mogą przygotowywać wielodaniowe uczty wyłącznie z kartofli.

Polityka 05.2011 (2792) z dnia 29.01.2011; Za stołem; s. 82
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

3 miesiące. Tyle mieli żyć więźniowie z pierwszego transportu do Auschwitz

Są młodzi i zdrowi, więc mają przed sobą ze 3 miesiące życia. Na wolność wyjdą przez komin krematorium. Taką przyszłość przepowiadano 728 pierwszym więźniom w Auschwitz.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2010
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną