Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Krążą pod szpitalem i straszą martwymi płodami. „Ja mam grubą skórę, ale pacjentki?”

Fundacja Pro Prawo do Życia Fundacja Pro Prawo do Życia Marcin Kucewicz / Agencja Wyborcza.pl
Od Pomorza po Tatry. Przyjmowałam pacjentki z podlaskiego, Rzeszowa, Szczecina, Pomorza, Olsztyna – zewsząd. Przyjeżdżają i dziwią się, że są u nas traktowane normalnie – mówi dr Gizela Jagielska, wicedyrektor szpitala w Oleśnicy na Dolnym Śląsku, ginekolożka.

AGATA SZCZERBIAK: Przy wjeździe do Oleśnicy stanął antyaborcyjny billboard Fundacji Pro-Prawo do Życia z napisem: „Czy aborcja to nowy sposób leczenia chorób psychicznych? W PZS w Oleśnicy od roku 2021 wykonano 23 aborcje ze wskazań psychiatrycznych”. Jest jeszcze furgonetka antyaborcyjna krążąca wokół szpitala, w którym pani pracuje.
GIZELA JAGIELSKA: Jeszcze do niedawna były też manifestacje przed wejściem do szpitala – parę osób, z transparentem, odmawiało różaniec. Były demonstracje przed prywatnym gabinetem moim i mojego męża. Na banerach: „ile już pan dzieci zabił, panie Jagielski?”, ale mój mąż wygrał z nimi w sądzie i już nie przychodzą. Ostatnio opublikowali na YouTubie film o tym, jak w szpitalu w Oleśnicy zabija się dzieci z powodów psychiatrycznych.

Mówią w nim, że w Oleśnicy po wyroku TK Julii Przyłębskiej sprzed dwóch lat wykonuje się w kraju najwięcej legalnych aborcji.
Jest to możliwe. Oni mają prawo do informacji publicznej i korzystają z niego coraz częściej. Kiedyś było tak, że występowali o nią co roku, potem co pół roku, teraz już wydaje mi się, że co trzy miesiące. Co chwila podpisuję dokumenty z odpowiedzią dla nich.

To wszystko jest do zniesienia w codziennej pracy?
Ja jestem osobą z grubą skórą, na mnie to bezpośrednio nie wpływa. Jestem lekarzem, czyli kimś, kto używa w pracy wiedzy medycznej, najnowszych badań i wytycznych. Nie zajmuję się oceną moralną czyichś decyzji. Te ich demonstracje i pisma do nas, powiem szczerze, mało mnie obchodzą. Oczywiście, to jest nie w porządku, ale głównie wobec kobiet, które się u nas zjawiają. To dla nich na pewno bardziej obciążające niż dla mnie.

Pamięta pani ten moment, kiedy fundacja zaczęła się pojawiać pod szpitalem?
To było kilka lat temu. Kiedyś organizowali wśród szpitali coroczny konkurs na Heroda roku (Herod Wielki kojarzy się głównie z rzezią niewiniątek w Betlejem, a jego syn Herod Antypas ze ścięciem Jana Chrzciciela – red.). Uwzględniali w nim naszego ówczesnego dyrektora. Ale to było mocno przed wyrokiem Trybunału.

A co z pani kolegami, innymi lekarzami? Im to wystawanie przed szpitalem nie przeszkadza?
My na szczęście tworzymy taki zespół, który podpisuje się pod tym, co powiedziałam pani przed chwilą. Nie naszą rolą jest ocenianie, naszą rolą jest świadczenie usług medycznych zgodnie z obecną wiedzą i przesłankami prawnymi. Jesteśmy w tym zgodni. Mieszkańcy Oleśnicy oraz pacjentki szpitala, dla których obecność tych banerów i furgonetki jest uciążliwa, wiele razy samodzielnie składali doniesienia na policję ze względu na plakaty i ich wpływ na dzieci. Skrzykiwali się na Facebooku, ale nigdy nie przyniosło to żadnego skutku – oprócz tego, co zrobił mój mąż, z profesjonalnym biurem i prawnikiem.

„Trzy razy kontrolowała nas policja. Powiedzieli, że zostanie na nas skierowany wniosek o ukaranie do sądu”. I jeszcze: „Widzieliśmy, jak pracownik szpitala wybiega z placówki i nagrywa nasze jazdy, kiedy indziej samochód jechał za nami przez kilkadziesiąt minut niemal zderzak w zderzak, innym razem kierowca wyjechał ze szpitalnego parkingu i trąbił na nas na trasie od szpitala do ul. Wojska Polskiego”. Tak wyglądają potyczki z aktywistami?
To, co starostwo i burmistrz mogli zrobić z tą sprawą, zrobili. Przez pewien czas pod szpitalem stała furgonetka, ale zmieniono uporządkowanie ruchu, żeby nie można było tam zaparkować. Podobnie w Warszawie straż miejska ustawiła na ulicy specjalne zapory, aby zablokować parkowanie furgonetki w ruchliwym miejscu w pobliżu urzędu miasta. Natomiast z jeżdżącym banerem niewiele można zrobić.

Przyjeżdżają pacjentki z innych miejsc w Polsce?
One przyjeżdżają z całej Polski. Od Pomorza po Tatry. Przyjmowałam pacjentki z podlaskiego, Rzeszowa, Szczecina, Pomorza, Olsztyna – one są po prostu zewsząd.

Czy w związku z tym więcej niż zazwyczaj par oczu patrzy pani na ręce? Może była jakaś rozmowa z dyrektorem, który sugerował, by aborcji było mniej?
Nie czuję takiej presji, bo mam szczęście pracować z dyrektorem, który wykazuje podobną postawę. Tzn. kieruje się aktualną wiedzą medyczną, stanem prawnym i nie ocenia kobiet. Poza tym jest mi na pewno łatwiej, bo jestem zastępcą dyrektora ds. medycznych. Nikt na mnie nie naciska, ale jest mi przykro, że te kobiety muszą z Podlasia czy Szczecina przyjeżdżać aż tutaj.

Z zaświadczeniem psychiatrycznym w dłoni?
Przede wszystkim. Chociaż czasami są wskazania innego typu. Na przykład zdarzyła się pacjentka, która z powodów kardiologicznych miała 50 proc. szans na zgon, jeżeli kontynuowałaby ciążę.

Co się właściwie dzieje, kiedy w szpitalu pojawia się pacjentka w ciąży ze wskazaniem psychiatrycznym do aborcji? Zbiera się konsylium?
Taka osoba musi mieć skierowanie do szpitala, bo to nie jest procedura nagła. Rozwiązaliśmy to tak, że przyjmujemy te pacjentki na oddział, ale tylko w dwa konkretne dni, żeby móc zapewnić im osobne sale na oddziale ginekologii, aby nie były hospitalizowane przede wszystkim tam, gdzie leżą pacjentki z innymi schorzeniami, zagrażającym poronieniem czy po porodzie. Jeżeli pacjentka przyjeżdża nie w ten dzień, w który przyjmujemy, to prosimy, żeby przyjechała w innym, jak najbliższym terminie, czyli za kilka dni, a nie tygodni.

Czyli nie ma konsylium?
Jest dwójka specjalistów ginekologów, najczęściej ja z moją zastępczynią, i tyle, niczego innego nie potrzebujemy.

Nie wymaga pani dodatkowego zaświadczenia psychiatrycznego? Takie są informacje z innych miejsc.
Nie, bo nie ma takiej potrzeby. Nie jest nigdzie określone, że tych konsultacji ma być pięć, dziesięć, piętnaście. Ustawa mówi jasno: „w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ciężarnej”. Innych warunków tu nie ma.

Często w naszym szpitalu zjawiają się pacjentki, które odsyłano z innych miejsc. Trafiają do nas późno, bo przeciągano diagnostykę, więc często przyjeżdżają bardzo załamane. I to nie jest taki zwykły smutek jak po rozpoznaniu problemów u płodu, tylko poważny kryzys. One wiedzą, że my tu nie będziemy robili sztucznego problemu. Owszem, zdarza mi się odesłać pacjentkę, bo ma nieprawidłowe zaświadczenie, nie jest w nim jasno napisane, że istnieje zagrożenie zdrowia i życia, ale wtedy tłumaczę, jak to powinno być ewentualnie napisane, jeśli takie wskazania istnieją.

One są często zaskoczone, że zostały potraktowane normalnie, bo doniesienia o tym, jak jest w szpitalach strasznie, a także zła prasa lekarzy, ostatnio nawet nasilona, psuje atmosferę między ginekologami a pacjentkami.

To są późne ciąże?
W ustawie nie jest wymieniona taka granica. Mam prawo przerwać każdą ciążę, jeśli jest zagrożone życie lub zdrowie matki.

Pacjentka zjawia się z zaświadczeniem psychiatrycznym, bo zagrożone jest jej zdrowie psychiczne, a płód jest ciężko uszkodzony. O jakich wadach tak naprawdę mówimy?
To są najczęściej zespoły wad, np. ciężkie wady układu nerwowego, jak bezmózgowie, ciężkie wady przedniej ściany klatki piersiowej, np. przepuklina od wyrostka mieczykowatego aż do samego spojenia. To nie jest tak, jak ludzie sobie wyobrażają, że kobieta przychodzi do lekarza przerwać ciążę, bo płód ma krzywą stópkę. Idzie do psychiatry, a on jej z powodu stópki wypisuje zaświadczenie. To są kobiety, które naprawdę doświadczają kryzysu psychicznego, bo żadna z nich nie chciała wcale tej ciąży kończyć. Nikt nie planuje mieć chorego dziecka, i to najczęściej chorego do takiego stopnia, że nie jesteśmy w stanie mu pomóc po porodzie.

Zdarzają się też pacjentki z trisomią 21, czyli z zespołem Downa, ale człowiek obarczony trisomią 21 nie jest równy innemu człowiekowi z trisomią 21. Są takie dzieci czy młodzi dorośli, którzy rozwijają się poza normą intelektualną czy fizyczną, ale nie mają innych schorzeń, a są tacy, którzy wymagają po urodzeniu szeregu operacji, intensywnego leczenia i szczególnej opieki. I my nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jak będzie się rozwijać dziecko z trisomią, co pozostawia kobietę w dużej niepewności i nie wszystkie z nich są gotowe ten ciężar unieść.

Zdarzają się pacjentki, które mówią, że zostały wcześniej źle poinformowane przez swoich lekarzy?
Może nie źle, ale zbyt późno. Zdarzają się osoby, które przyjeżdżają późno, bo były odsyłane z konsylium do konsylium. Jakby był strach przed ostatecznym powiedzeniem, że „rokowania są złe”. Wynika on zapewne z tego, że po takim zdaniu kobieta zazwyczaj pyta: „co teraz?”.

Czy pani w dwóch ostatnich latach odmówiła komuś aborcji?
Ze świadczeniem psychiatrycznym prawidłowo skonstruowanym nigdy mi się nie zdarzyło. Kiedyś zjawiła się pacjentka w czwartej ciąży, ok. 30. tygodnia, po trzech cesarkach, która chciała zakończyć ciążę ze względu na żylaki i chorobę żylno-zakrzepową. To jest stan, który leczymy, i on w tamtym momencie nie zagrażał życiu lub zdrowiu.

Zdarzyło mi się też konsultować pacjentkę po odpłynięciu wód płodowych bez ryzyka zakażenia septycznego, też z wysoką ciążą. Nie przyjęliśmy jej do terminacji, uważaliśmy, że nie było wskazań, w tym psychiatrycznych. Zaleciliśmy kontrolę, ale nigdy się u nas na niej nie zjawiła.

W jaki sposób chciałaby pani, żeby prawo regulujące w Polsce aborcję się zmieniło?
Mam odpowiedzieć jako kobieta czy jako lekarka?

W obu przypadkach.
Jako kobieta chciałabym, żeby decyzja o przerwaniu ciąży należała do kobiet. Żeby od ich woli zależał dostęp do aborcji, zarówno tej farmakologicznej, jak i chirurgicznej na późniejszych etapach, do czasu osiągnięcia przez dziecko możliwości życia pozamacicznego, czyli do 20–23. tygodnia ciąży. W kwestii aborcji ze względu na wady płodu popieram rozwiązania takie jak w Hiszpanii czy Izraelu; niektóre wady układu nerwowego, ciężkie i powodujące duże upośledzenie, rozpoznajemy dopiero w trzecim trymestrze, więc terminacja – oczywiście po diagnozie i konsylium – powinna być możliwa do końca ciąży.

Natomiast jako lekarz życzyłabym sobie, żeby aborcja została częściowo wyłączona spod jurysdykcji szpitali – aborcja farmakologiczna naprawdę bezpiecznie może się odbyć poza placówkami. W wielu krajach działają kliniki i specjalne centra, które udzielają tych świadczeń. Chciałabym, aby również w Polsce powstały placówki o takim przeznaczeniu, odciążyłoby to infrastrukturę szpitalną. Jeśli kobieta nie musi być objęta specjalistyczną opieką, np. ze względu na choroby przewlekłe czy w przypadkach, gdy nie znamy przyczyny występowania wad u płodu i chcemy poszerzyć diagnostykę, to takie aborcje (i farmakologiczne, i chirurgiczne) spokojnie mogą być wykonywane właśnie w takich centrach medycznych, poza szpitalem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną