Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Kolejny poród w karetce. Rodzenie na Podkarpaciu to dziś ekstremalne wyzwanie

Zjawisko zamykania oddziałów położniczych w Polsce nabiera tempa. Zjawisko zamykania oddziałów położniczych w Polsce nabiera tempa. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl
Zamknięte porodówki zawsze można otworzyć. Zrujnowane zaufanie potencjalnych matek do państwa i systemu odbudowuje się znacznie trudniej.

Nowa Polka przyszła na świat w Żołyni. W karetce pogotowia. Oficjalnie odtrąbiono sukces: matka i dziecko są zdrowe. „To był horror, nie poród. Gdy dowiedzieliśmy się, że w Leżajsku już nie przyjmują, ruszyliśmy do Łańcuta. Skurcze były co minutę. Mała urodziła się na wysokości lasu, w pełnym pędzie karetki. Bałam się tylko jednego: co jeśli wystąpią komplikacje, a my jesteśmy w polu?” – napisała na lokalnym forum internetowym matka noworodka.

Żołynia ma specyficzny powód do świętowania. Po raz pierwszy od ponad pół wieku w akt urodzenia noworodka wpisana zostanie nazwa tej miejscowości. Dzieci w tej podkarpackiej wsi rodziły się do połowy lat 70., a potem już zwykle w Leżajsku.

Ale mieszkanki Podkarpacia mówią raczej o ogromnym stresie. Na przykład likwidacja innego podkarpackiego oddziału, w Lesku, sprawiła, że z południowych krańców województwa na najbliższą porodówkę w Sanoku jest nawet 90 km. Zimą i w warunkach górskich rodzenie na Podkarpaciu to wyzwanie ekstremalnie ryzykowne.

Czytaj też: Znikające porodówki. Całodobowe dyżury położnych kupią tylko czas. To dopiero początek kryzysu

Porodówki do zamknięcia

Zjawisko zamykania oddziałów położniczych w Polsce nabiera tempa. Od lipca 2025 r. zamknięto lub zawieszono działalność co najmniej 39 oddziałów położniczo-neonatologicznych (z czego 25 na stałe, a 14 czasowo). Tylko w styczniu 2026 r.

Reklama