Polki na topie. Piękne zwycięstwo Mai w Wuhanie. Iga walczyła z kontuzją, nie poddała się do końca
Radość z tego wyniku mąci kontuzja Igi Świątek i tym samym chyba utrata szans na zakwalifikowanie się do WTA Finals w Indian Wells, gdzie wystąpi osiem najlepszych tenisistek sezonu.
Świątek nacierała, piłki wracały
Większość polskich kibiców przeżywała dzisiaj rozdwojenie jaźni. Z jednej strony wielka satysfakcja, że po raz pierwszy w historii Polki stanęły po przeciwnych stronach kortu na tak zaawansowanym etapie bardzo ważnego turnieju – „tysięcznika”. Z drugiej strony, jak tu kibicować, jeśli trzyma się kciuki za obie tenisistki? Jednego mogliśmy być pewni – zwycięstwa Polki.
Obie nasze reprezentantki wyszły na kort doskonale usposobione. Od początku potwierdzały opinie o sobie. Iga atakowała, próbowała agresywnymi uderzeniami zdobywać punkty, a Maja świetnie się broniła. I właśnie ta obrona przyniosła efekt w piątym gemie, w którym doszło do pierwszego przełamania serwisu Igi. Później były następne breaki z obu stron. W pewnym momencie było 5:3 dla Świątek i dwie piłki setowe, ale to nie wystarczyło.
Chwalińska nie odpuszczała żadnej wymiany i w efekcie po kolejnych kilkunastu minutach Maja przystępowała do serwowania przy prowadzeniu 6:5. Chwilę wcześniej doszło do bardzo niepokojących scen. Iga musiała skorzystać z pomocy fizjoterapeuty. Do gry wróciła z potężnym opatrunkiem na udzie lewej nogi. Przegrała tego gema i całego seta 5:7.
Zastanawialiśmy się, czy będzie dalszy ciąg tego meczu. Byłoby bardzo szkoda, żeby kontuzja nie pozwoliła na rozstrzygnięcie na korcie. Szkoda byłaby tym większa, że oglądanie obu Polek było dużą przyjemnością. Gra stała na wysokim, a czasami bardzo wysokim poziomie. Iga nacierała, ale piłki wracały na jej część kortu. Powtórzmy: Chwalińska broniła się wybornie. Pokazywała wszystkie swoje możliwości, łącznie z podbijaniem piłek prawą ręką, co jest nie byle jaką sztuką dla leworęcznej zawodniczki.
Chwalińska daje radę
Po przerwie między setami i wizycie w szatni gra została wznowiona, ale nie mieliśmy już tej samej przyjemności w kibicowaniu obu naszym świetnym tenisistkom. Świątek nie była sobą. Skracała wymiany, sięgała nawet po skróty, których na co dzień prawie nie próbuje. Na pewno dokuczała jej kontuzja. Ale czy chodziło tylko o niedomaganie fizyczne? Drugi set skończył się wynikiem 6:1 dla Chwalińskiej. Tym samym Maja wylądowała w wielkim w finale w Wuhanie. W niedzielnym meczu o tytuł zagra z Brytyjką Sonay Kartal, która dzisiaj uporała się z Jeleną Ostapenko.
Zarówno Iga Świątek, jak i Maja Chwalińska to sportsmenki po przejściach lub w ich trakcie. Co prawda Iga powtarza często, że to, co przeżywa ostatnio, to proces. Rozumiemy, że końcowym jego etapem ma być powrót na absolutny szczyt. A jednak nie da się ukryć zaskoczenia (delikatnie mówiąc) z powodu rozwoju wypadków w tym sezonie. Zresztą rok temu też były problemy, skoro mimo zwycięskiego Wimbledonu pożegnała się z Wimem Fissettem, którego zastąpił Francisco Roig.
Maja Chwalińska jeszcze niedawno martwiła się, że zaczyna się „starzeć” tenisowo, a wyników, jak nie było, tak nie ma. Dzisiaj po oszałamiającym finale na kortach Rolanda Garrosa i ostatnich występach jest w drugiej dziesiątce listy najlepszych. Czas po Paryżu był trudny. Z jednej strony wybuch popularności i wiele nowych możliwości, z drugiej pytanie o to, czy uda się utrzymać pozycję w czołówce. Kto żyw, zaczął przepowiadać dalszy ciąg tenisowych losów Chwalińskiej.
Przeważały prognozy, najoględniej mówiąc, ostrożne. Kolejne starty nie były udane, komentatorzy często nie brali jednak pod uwagę powodów tego stanu rzeczy, np. kontuzji. Na szczęście niezachwianą wiarę w możliwości Mai zachowali ludzie jej najbliżsi. Jaroslav Machovsky i Piotr Szczypka złościli się np. na powtarzanie, że Maja nie ma większych szans na kortach innych niż ziemne. I słusznie się irytowali, o czym świadczy półfinał w Singapurze (WTA 500) i oczywiście występy w Wuhanie. Dzisiaj nikt już nie zdziwi się, gdy Maja Chwalińska zamelduje się w pierwszej dziesiątce rankingu WTA.