Iga Świątek kończy sezon. To nie był dobry rok. Ale nikt nie odbierze jej tytułów i ciągle wielkich możliwości
Iga Świątek wycofała się z gry w chińskim Ningbo i potwierdziła, że kończy sezon na tym etapie. Teoretycznie możliwa jest jeszcze kwalifikacja do WTA Finals w Indian Wells, ale tu nic już nie zależy od Polki, poza tym nie ma najwyraźniej takich planów.
Symboliczna porażka w Wuhanie
W ostatnich tygodniach Świątek niechętnie mówiła o swoich szansach, ale wiadomo, że bardzo jej zależało na rozgrywkach ośmiu najlepszych tenisistek sezonu. Ewentualny sukces w Stanach potwierdziłby skuteczność pracy z Francisco Roigem i byłby mocnym impulsem do pracy przed występami w 2027 r. Po porażce w Wuhanie z Mają Chwalińską nie ma już sensu liczyć punktów.
Miejsce Igi zależy teraz od zdrowia Karoliny Muchovej i formy Marty Kostiuk w najbliższych występach. Jeśli Czeszka nie będzie czuła się na siłach (czego jej nie życzymy), a Ukrainka nie podbije Ningbo i może Tokio, to bilet do Kalifornii dostałaby Polka. Tylko czy warto czekać na taki wstęp kuchennymi drzwiami?
Półfinałowa porażka w Wuhanie z Mają Chwalińską miała symboliczne znaczenie. Nie dlatego, że było to przekazanie tytułu liderki polskiego tenisa w ręce zwyciężczyni, bo tak nie było. I całkiem możliwe, że nie będzie. W tym pojedynku Świątek pokazała nie pierwszy raz w tym roku, jak wielkie ma możliwości, ale także to, że coraz rzadziej umie sobie poradzić na korcie w momentach dla niej trudnych. Oczywiście swoje dołożyła kontuzja uda. Można jednak podejrzewać, że nie byłaby decydująca, gdyby wydarzenia na korcie inaczej się potoczyły.
Skromny dorobek Igi Świątek
Iga Świątek rozpoczynała sezon jako druga w światowym zestawieniu, kończy na dziewiątym miejscu. Po zamieszaniu związanym z oskarżeniem o doping Raszynianka w telewizyjnym wywiadzie powiedziała, że jest pewna powrotu, prędzej czy później, na swoje, czyli pierwsze miejsce, jeśli będzie ciężko pracowała. Wygląda na to, że aktualna jest opcja „później”.
Z mistrzyni, która najczęściej docierała w zawodach do finałowych dni, w ubiegłym roku stała się bardziej uczestniczką półfinałów, a w tym roku przeważały ćwierćfinały z odchyleniami na minus, ale także na plus. Największy plus to oczywiście sierpniowe zwycięstwo w Toronto. Jedyne w całym sezonie. W turniejach wielkoszlemowych największe osiągnięcie to jedna czwarta finału w Australii. Dla sześciokrotnej mistrzyni w najważniejszych imprezach roku to dorobek skromny.
Jeszcze przed sezonem na kortach ziemnych – czy, jak kto woli, na mączce – ekipa Igi Świątek zmieniła skład. Po porażce w Miami z Magdą Linette nastąpiło pożegnanie z Belgiem Wimem Fissettem. Gołym okiem było widać, że przestał być autorytetem w jej boksie. Z własnej winy? Bardzo trudno orzec, bo przecież nikt mu nie może zarzucić braku fachowości. Odszedł, bo wygląda na to, że trener jest jedynym elementem tej układanki, który można wymienić.
Pierwsze tygodnie z Francisco Roigem, znanym ze współpracy z Rafą Nadalem, były sielanką. Uśmiechy i wzajemne komplementy. Było wszystko oprócz wyników, choć tu jeszcze raz trzeba przypomnieć triumf w kanadyjskim „tysięczniku” i zaraz po nim półfinał w Cincinnati. Wydaje się, że Roig prawidłowo diagnozował problemy swojej zawodniczki. Stara się sprawić, by jej gra była trochę bezpieczniejsza. Widzi też, że kłopoty często nie biorą się z braku umiejętności tenisowych. Na razie skutek jego działań jest umiarkowany.
Ciągle wielkie możliwości
Ciekawe, jak wpłynie na Igę Świątek pojawienie się tuż obok w rankingu Mai Chwalińskiej. Jako nastolatki głośno mówiły o wspólnym podbijaniu tenisowego świata. Dzisiaj obie są w ścisłej czołówce. Takiego duetu nigdy mieliśmy.
Jeśli można mówić o problemach Igi Świątek, bo z takimi borykała się prawie przez cały 2026 r., to ciągle trzeba przypominać, że nikt nie odbierze jej tytułów, po które sięgnęła. I ciągle wielkich możliwości w kolejnych latach. Iga Świątek ma przecież dopiero 25 lat.
I jeszcze jedno. Mniejsze czy większe kryzysy dopadają wszystkich albo prawie wszystkich. Do niedawna wydawało się, że jeszcze przez długi czas żadna rywalka nie będzie w stanie przerwać wspaniałej passy Aryny Sabalenki. Tymczasem Białorusinka nie zwyciężyła w żadnym z ostatnich dziesięciu turniejów, w których uczestniczyła.