Świat

Nieważne, kto zaczął. Ważne, co premier Izraela z tym robi

Bajt Hanun na północ od Strefy Gazy. Zniszczenia po paru dniach wojny Hamasu z Izraelem Bajt Hanun na północ od Strefy Gazy. Zniszczenia po paru dniach wojny Hamasu z Izraelem Mahmoud Khattab / Zuma Press / Forum
Nie sugeruję, że trzecia Intifada czai się za rogiem, ale mam nieodparte wrażenie, że rzeczywistość jednej i drugiej strony ponownie się rozjeżdża. Beniamin Netanjahu dużo zaryzykował.

Trzy miesiące po goszczeniu na pierwszych stronach światowych gazet – z powodu wyjątkowo sprawnej kampanii szczepień przeciw covid-19 – Izrael ponownie na nich zagościł. Tym razem niestety z innych powodów.

Minionej nocy, z czwartku na piątek, Izrael i Hamas ogłosiły „wzajemne i jednoczesne” zawieszenie broni. Kończy to, przynajmniej na krótki okres, kolejną zupełnie bezsensowną wojnę na linii Izrael–Hamas, która jednak przy okazji miała załatwić kilka doraźnych spraw politycznych i strategicznych po obu stronach barykady.

Netanjahu w składzie porcelany

Jestem jedną z tych osób w Izraelu, które główną odpowiedzialnością za obecną wojnę – czwartą już (nie licząc drobniejszych operacji od fizycznego wycofania izraelskiego wojska i osadników ze Strefy Gazy w 2005 r.) – obarczają premiera Beniamina Netanjahu, jego polityczny i niestety także osobisty interes. I nie ma tutaj znaczenia, że wojnę rozpoczął Hamas i że tliła się od kilku tygodni na obszarze Jerozolimy. Można było jej uniknąć, a przynajmniej próbować jej uniknąć. A to jest właśnie to, czego Netanjahu nie robił. Jego zwinność w zarządzaniu tym odcinkiem izraelskiej polityki w ostatni tygodniach można porównać do przysłowiowego słonia w składzie porcelany. A przecież jest wybitnie doświadczonym i inteligentnym politykiem.

Nie będę przytaczał wszystkich przyczyn zaognienia sytuacji we Wschodniej Jerozolimie (zakładając, że czytelnicy mieli okazję zapoznać się z nimi już wcześniej) bezpośrednio poprzedzającej konflikt zbrojny z Hamasem, ale ich efekty – czyli starcia palestyńskich mieszkańców miasta z policją izraelską – były do przewidzenia nawet dla przeciętnego obserwatora lokalnej sceny społeczno-politycznej.

Zatem niby nic nowego, ale... Niby-rutynowe postawienie barierek policyjnych przy Bramie Damasceńskiej (głównej bramie we wschodniej części miasta) w ramadan zabolało lokalnych muzułmanów nie tylko w sferze symbolicznej. Rodziło więc protesty na Starym Mieście i Wzgórzu Świątynnym (Al-Aksa), tłumione ponoć w sposób standardowy, ale jednak brutalniejszy niż zazwyczaj. Politycy z otoczenia premiera i niektóre media wskazały winnego – to szef policji Kobi Shabtai. Trudno jednak uwierzyć, że działał sam, bez jakiegokolwiek „wsparcia z góry”, szczególnie gdy na Jerozolimę patrzył nie tylko cały Izrael, ale także spora część świata.

Czytaj też: Starcie Izraela z Hamasem. Co mogą USA Bidena?

Hamas i Bibi. Krwawa polityka

A wszystko to działo się w czasie, gdy Netanjahu nie tylko już wiedział, że nie zdoła stworzyć kolejnej koalicji po ostatnich wyborach parlamentarnych, ale kiedy jego mandat do tworzenia tejże koalicji wygasał ustawowym terminem i został przekazany przez prezydenta Ja′irowi Lapidowi, liderowi największej opozycyjnej partii Yesh Atid. Lapid w dość krótkim czasie zdołał przeprowadzić rozmowy ze wszystkimi formacjami tworzącymi tzw. blok anty-Netanjahu, starając się zbudować szeroki lewicowo-centrowo-prawicowy rząd, który zakończyłby 12-letnie premierostwo Netanjahu. Opozycyjna umowa koalicyjna miała zostać podpisana 10 maja późnym wieczorem. „Zbieg okoliczności” chciał, że w ten właśnie dzień na pomoc Netanjahu ruszył Hamas, wystrzeliwując rakiety na Jerozolimę, co musiało spotkać się z odwetem i wejściem w stan wojny (niezależnie od tego, kto zasiada w fotelu premiera). Taki obrót spraw automatycznie zablokował możliwość ustanowienia nowego opozycyjnego rządu.

Daleki jestem od teorii spiskowych, zatem nie twierdzę – jak niektórzy w Izraelu – że Bibi (taki Netanjahu ma przydomek w Izraelu) i Hamas mają bezpośrednią linię telefoniczną. Niemniej po raz kolejny okazało się, że chcąc nie chcąc Bibi potrzebuje Hamasu, a Hamas potrzebuje Bibiego. Po kilku latach względnego spokoju wojna przypomniała Izraelczykom, jak bardzo tutejsza polityka potrafi być dramatyczna i krwawa.

Czytaj też: Wieczny konflikt izraelsko-palestyński. Pora zmienić strategię

Rząd palestyńskich dusz

Skoro Netanjahu odgrzał i wykorzystał „stary, dobrze znany konflikt”, by ocalić stanowisko i, przynajmniej chwilowo, względnie zabezpieczyć się przed wymiarem sprawiedliwości w toczącym się przeciw niemu procesie korupcyjnym, to co odgrzanie konfliktu dało Hamasowi?

Przede wszystkim rząd palestyńskich dusz. Liderzy Hamasu nie ukrywają od dłuższego czasu, że ich ambicje polityczne sięgają daleko poza Strefę Gazy, obejmują Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu, a może nawet z rozległej diaspory. Odwołanie wyborów przez Fatah (palestyński ruch polityczny wywodzący się od Jasira Arafata), rządzący enklawami na Zachodnim Brzegu, było pierwszym świetnym pretekstem do konfrontacji, a zamieszki na Wzgórzu Świątynnym – wręcz wymarzonym. Dzięki temu Hamas spozycjonował się jako „jedyny słuszny” wojownik sprawy palestyńskiej i obrońca świętych miejsc islamu.

Czy zaiste nim jest? To kwestia na osobny artykuł. Nie zapominajmy jednak, że Palestyńczycy w Gazie cierpią przez Hamas nie mniej niż przez izraelską blokadę enklawy trwającą od 2014 r. Hamas trwoni miliony dolarów przekazywane Strefie Gazy głównie przez Katar – ironia losu, że transfery trwają dzięki zgodzie Netanjahu. Zamiast wydawać te pieniądze na polepszenie warunków życia Palestyńczyków w Gazie, Hamas przeznacza je na budowę wyrafinowanej infrastruktury terrorystycznej i ekskluzywnych domów dla swoich liderów w morzu biedy zwykłych ludzi. I tak Hamas, i Netanjahu tkwią w żelaznym uścisku, a cierpią na tym cywile po obu stronach.

Czytaj też: Izraelska tarcza kontra miecze Hamasu

Zastępcza wojna z Iranem

Sprowadzanie obecnego konfliktu zbrojnego wyłącznie do sporu Hamas vs. Izrael/Netanjahu byłoby uproszczeniem. Cała ta misterna i beznadziejna konstrukcja nie byłaby możliwa, gdyby nie inni aktorzy, mniej lub bardziej widoczni na linii frontu lub w jej kuluarach.

Konflikt ten to przecież także jedna z zastępczych wojen Iranu i Izraela (inna toczy się przez ostatnie miesiące na Morzu Czerwonym, gdzie co jakiś czas izraelskie i irańskie statki handlowe są uszkadzane przez „nieznanych sprawców”). A sama kwestia istnienia Hamasu jest solą w oku wielu państw arabskich, w tym także nowych przyjaciół Izraela – Emiratów Arabskich – które zwyczajnie obawiają się wzmocnienia islamskich radykałów na Bliskim Wschodzie.

Nie wspominając już o Egipcie, który w Hamasie widzi odnogę Bractwa Muzułmańskiego, z którym ledwo co sam się uporał. Jednocześnie Egiptowi należy się szacunek za dość skuteczne w ostatnich dniach działania na rzecz zawieszenia broni, podobnie jak USA. Biden, po kilku dniach milczenia lub dość wstrzemięźliwych komentarzy, musiał ostatecznie powiedzieć „stop”, ale to Egipt wykonał gros dyplomatycznej pracy między Hamasem a Izraelem.

Czytaj też: Czy Iran zwróci się ku atomowi, a Izrael zaatakuje?

Wyhamował proces pokojowy

Wracając do Netanjahu. Na urzędującym już dwunasty rok premierze Izraela ciąży odpowiedzialność (oczywiście po stronie izraelskiej) za całość zarządzania kwestią konfliktu izraelsko-palestyńskiego w tym czasie. Tzw. proces pokojowy, który toczył się formalnie od czasu podpisania porozumień z Oslo w 1993 r., w ostatnich 12 latach właściwie zupełnie wyhamował. Wcześniej toczył się z niemałymi problemami, różnymi prędkościami, ale to Netanjahu jest pierwszym premierem kraju, za którego rządów ten proces praktycznie wyhamował.

Gdy Izraelczycy jak mantrę słyszeli, „że po tamtej stronie nie ma z kim rozmawiać”, premier skutecznie stosował zasadę „dziel i rządź”. Robił niemało, aby osłabić Autonomię Palestyńską (szczególnie za rządów Donalda Trumpa) na Zachodnim Brzegu, ale jednocześnie nie mógł pozwolić na jej zupełny upadek. W Strefie Gazy z kolei wyhodował wspomnianą symbiozę z Hamasem. Ostatecznie skutecznie przyczynił się do skłócenia palestyńskich liderów. Dzięki temu największy problem Izraela, czyli nierozwiązany konflikt izraelsko-palestyński, został zmarginalizowany w dyskursie społecznym i medialnym.

Czytaj też: Wyją syreny, lecą rakiety. To jest też wojna na słowa i obrazy

Obecny temat arabski

Czy znaczy to, że temat arabski jest w ogóle nieobecny w wewnętrznej polityce Izraela? Wręcz odwrotnie, jest obecny i to mocno – i to dzięki Netanjahu. Premier uczynił z niego jedno z głównych narzędzi wewnętrznych rozgrywek politycznych. Wprawdzie bardzo dobrze wykształcony i wyjątkowo obyty w świecie, Netanjahu chodzi w podobnie skrojonym garniturze, którego fason ciągnie się od południowych wybrzeży Morza Bałtyckiego poprzez Węgry i Turcję aż po Izrael. Wszak jeszcze kilka lat temu Netanjahu „oskarżał” izraelskich Arabów o zbyt wysoką frekwencję w wyborach parlamentarnych, z kolei w minionej kampanii bratał się islamską partią arabską Ra’am i zapewniał o powyborczej ścisłej współpracy w Knesecie (izraelskim parlamencie).

Tutaj na chwilę odejdę od głównej narracji, aby nieco uporządkować nazewnictwo dotyczące Palestyńczyków, zauważyłem bowiem, że w toczącej się w polskich mediach dyskusji terminy są używane zamiennie i ktoś, kto jest mało zorientowany w temacie, może się pogubić. Jako Palestyńczyków określa się zazwyczaj osoby mieszkające na terytoriach okupowanych (czyli w Zachodnim Brzegu i Wschodniej Jerozolimie) oraz w Strefie Gazy – nie posiadają one obywatelstwa izraelskiego. Natomiast Arabowie izraelscy to osoby, które mieszkają w tzw. właściwym Izraelu, czyli z granic z 1967 r. (lub, jak się to inaczej określa, w granicach tzw. Zielonej Linii; dawnej granicy izraelsko-jordańskiej) – oni mają obywatelstwo i mniej więcej takie sama prawa i obowiązki jak żydowscy obywatele.

Oczywiście nie każdy Arab izraelski nie chce być określany etnicznie jako Palestyńczyk, ale odłóżmy te dywagacje na bok. Fakt faktem, że 70 proc. Arabów izraelskich urodziło się po 1948 r. i zapewne uważa Państwo Izrael za swoje własne – mimo całego skomplikowanego bagażu egzystencjalnego.

Czytaj też: Kto jest Żydem w Izraelu?

Młodzi Izraelczycy i fantomy przeszłości

Oprócz odsunięcia w cień zarówno tematu procesu pokojowego, jak i samego procesu, w czasie 12 lat swoich rządów Netanjahu udało się zbudować wielowymiarową bańkę dla żydowskich Izraelczyków, podpartą własnymi „narodowymi mediami”, zbrutalizowaniem działań policji (wobec własnych obywateli), próbami kooptacji polityków z arabskich partii, a to wszystko uzupełnione neoliberalną ekonomią. Dzięki tej ostatniej Izraela nie uderzył żaden głębszy kryzys ekonomiczny, ale też łupy tej polityki nie były sprawiedliwie dzielone, a wręcz utrwalały podziały – zarówno w sektorze żydowskim, jak i arabskim.

Dzięki polityce „zamiatania pod dywan” i we względnie spokojnym i bezpiecznym okresie dorosło pokolenie młodych żydowskich Izraelczyków, którzy nie mają pojęcia, co to jest np. wspomniana Zielona Linia i dla których problem konfliktu izraelsko- palestyńskiego stał się fantomem przeszłości. Dorosło także małe, ale dość hałaśliwe pokolenie żydowskiej młodzieży o poglądach skrajnie prawicowo-religijnych, a część z tych osób aktywnie uczestniczyła w ostatnich zamieszkach w wielu mieszanych arabsko-żydowskich miastach izraelskich.

Jednocześnie dorosło młode pokolenie izraelskich Arabów, którzy w większości chcą i czują się pełnoprawnymi obywatelami Izraela, choć niektórzy z nich nierzadko ciągle są traktowani jako obywatele drugiej kategorii i oczywiście mają prawo się czuć rozżaleni. Część z nich także aktywnie brała udział w ostatnich zamieszkach.

Z kolei na Zachodnim Brzegu dorosło całe pokolenie młodych Palestyńczyków, dla których checkpointy izraelskiej armii – wiele z nich ustawionych dodatkowo na okres przejściowy po porozumieniach z Oslo – stały się brutalną codziennością. I paradoksalnie mają oni mniej swobody ruchu niż ich rodzice czy dziadkowie.

Czytaj też: Prawa wygnańców

Izrael i Palestyna. Drogi się rozjeżdżają

Nie sugeruję, że trzecia Intifada czai się za rogiem, niemniej mam nieodparte wrażenie, że rzeczywistość jednej i drugiej strony ponownie się rozjeżdża.

Netanjahu zaryzykował bardzo wiele, aby uchronić swoje stanowisko. Z jednej strony odgrzał (nawet jeśli nie rozpoczął tej wojny) stary spór. Z drugiej, czego oczywiście nie planował, rozlał konflikt na społeczeństwo izraelskie, burząc jego mozolnie budowaną koegzystencję, podkopując zaufanie między izraelskimi Arabami i Żydami.

Na razie oba pożary zostały ugaszone, ale któryś z nich niestety ponownie zapłonie. Na takie czasy należy się przygotować, a lider powinien mieć jakąś konkretną wizję państwa, przede wszystkim powinien zaś uporządkować sprawy z najbliższym sąsiadem – Palestyńczykami. Bez tego trwała zmiana smutnej rzeczywistości nie będzie możliwa. Czy jeśli Netanjahu utrzyma władzę, będzie chociaż w stanie dostrzec potrzebę takiej zmiany?

Czytaj też: Czy Arab z Żydem się pojedna

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną