Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Generał Surowikin. Nowy dowódca Rosjan zwiastuje kampanię terroru

Siergiej Surowikin, nowy dowódca rosyjskich wojsk w Ukrainie Siergiej Surowikin, nowy dowódca rosyjskich wojsk w Ukrainie Mikhail Metzel / TASS / Forum
Siergiej Surowikin handlował bronią, siedział dwa razy w więzieniu, uczestniczył w zamachu stanu, doprowadził do samobójstwa podwładnego oficera. Sporo nawet jak na rosyjskiego generała.

Rosyjska inwazja na Ukrainę od początku szła źle, a odwrót wojsk spod Kijowa w kwietniu był momentem zwrotnym. Do Ukraińców i ich zachodnich sojuszników dotarło, jak fatalnie została przygotowana owa „operacja specjalna”. Z kilku kierunków nieskoordynowane rosyjskie „fronty” próbowały na własną rękę przebijać się przez nierozpoznany teren. Dowódcy ścigali się o to, który szybciej zamelduje o sukcesach. Oddziały spadochroniarzy puszczano przodem bez wsparcia śmigłowców, czołgi jechały bez ubezpieczenia piechoty, a samoloty uderzały na ślepo, bez rozpoznania. Kto pamięta słynną kilkudziesięciokilometrową kolumnę logistyczną ciągnącą się od granicy białoruskiej ku Kijowowi i wybijaną systematycznie przez ukraińskie zespoły z javelinami i dronami?

Za ten początkowy chaos, który zaważył na obrazie rosyjskiej armii, odpowiadał m.in. brak jednego dowódcy operacji. Władimir Putin, zdawszy sobie sprawę z błędu, w kwietniu wyznaczył na to stanowisko gen. Aleksandra Dwornikowa. Media nazywały go „rzeźnikiem z Syrii”. Koordynował kampanię lotniczą przeciwko cywilom w zbuntowanym Aleppo. Przypisywano mu przynajmniej autorstwo, jeśli nie sprawstwo zduszenia okrutnymi metodami zarzewi rebelii syryjskiej.

Dwornikowowi misja ukraińska jednak słabiej się powiodła i pięć miesięcy i dwóch kolejnych dowódców operacji później Putin wyznaczył innego „Syryjczyka” na dowódcę swoich wojsk w Ukrainie.

Czytaj też: Czy Putin i inni mogą odpowiedzieć kiedyś za zbrodnie?

Surowikin. „Surowy, ale sprawiedliwy”

Tym razem został nim Siergiej Surowikin, który również zdobywał doświadczenie w czasie rosyjskiej interwencji ratującej Baszszara Asada. Różni się od Dwornikowa, który zdawał się całkiem normalnym oficerem i robił, co mu kazano. Surowikin handlował bronią, siedział dwa razy w więzieniu, uczestniczył w zamachu stanu, doprowadził do samobójstwa podwładnego oficera. Sporo nawet jak na rosyjskiego generała.

Surowikin spędził kilka miesięcy w niewoli po tzw. puczu Janajewa w sierpniu 1991 r., kiedy dowodzony przez niego batalion zastrzelił trzech protestujących moskwiczan. Okazało się, że zabici nieszczęśnicy sami byli sobie winni, ponieważ „obrzucili wóz bojowy kamieniami i oślepili kierowcę plandeką”, przez co ich przejechał. Tyle przynajmniej mówiły akta Surowikina po śledztwie, w którym bronili go koledzy, a Jelcyn uznał, że wojskowy jedynie wykonywał rozkazy. Prezydent darował mu więzienie i awansował na majora.

Za to później, już jako dowódca dywizji, Surowikin zasłynął prześladowaniem podwładnego „za oddanie niewłaściwego głosu w wyborach do Dumy” w 2004 r. Chodzi o niejakiego płk. Andrieja Sztakała, który krytyki szefa nie wytrzymał i na jego oczach strzelił sobie w skroń. Śledztwo i w tym przypadku nie wykazało winy Surowikina, a prasa w Jekaterynburgu donosiła, że 36-letni wówczas generał to człowiek surowy, ale sprawiedliwy.

Przy powyższych incydentach już zupełnie błahe wydają się oskarżenia, jakie przeciwko Surowikinowi kierowano w czasach szkoły oficerskiej. Miał sprzedać służbowy pistolet koledze. Aresztowanemu na krótko kadetowi upiekło się, bo według meldunku śledczych sądził, że kolega chce sobie strzelać sportowo.

Czytaj też: Car jest sam. „Po Putinie nikt by nie płakał, jego otoczeniu też by ulżyło”

Dowódca na krytyczny czas wojny

Kariera Surowikina wydała się cenna w oczach innego częstego klienta więzień rosyjskich, czyli Jewgienija Prigożina, oligarchy i szefa paramilitarnej grupy najemniczej Wagner. Przesiedział dziewięć lat. I pochwalił Surowikina jako idealnego kandydata na dowódcę po odejściu nieudolnego gen. Aleksandra Lapina, który doprowadził do klęski wojsk uciekających przed Ukraińcami spod Charkowa. Prigożin, którego pozycja silnorękiego rośnie wraz z liczbą zwerbowanych najemników, nie wahał się zaatakować nawet szefa MON Siergieja Szojgu. Putin poświęcił więc Lapina, uratował Szojgu i dał stanowisko Surowikinowi, który będzie rewitalizował więdnącą kampanię w Ukrainie. Prigożin na Telegramie dodał, że „gdyby w 1991 r. Surowikin miał w swoim czołgu trochę więcej amunicji, Rosja byłaby dziś dziesięciokrotnie silniejszym krajem”.

Dowódcą „operacji specjalnej” został w krytycznym, upokarzającym dla Putina momencie. Coś bowiem wybuchło z wielką siłą 8 października na moście Krymskim, łączącym okupowany półwysep z Rosją właściwą. Wybuchło tak skutecznie, że jedna nitka się zawaliła, a druga, kolejowa, przez co najmniej tydzień będzie wyłączona z ruchu. Tydzień, którego Rosjanie nie mają, by zaopatrywać właściwie swoje wojska wokół Chersonia. Most i Krym w ogóle z logistycznego punktu widzenia są nieodzowne dla ich obrony. Putin otwierał go jako ukoronowanie aneksji półwyspu w 2014 r. Osobiście kierował ciężarówką prowadzącą testy obciążeniowe.

Gen. Surowikinowi w pierwszych dniach dowodzenia przyszło zatem pomszczenie klęski i złagodzenie upokorzenia Putina, któremu ktoś rozwalił jego piękny most. Pomścił tak, jak robił to w Syrii, czyli zbombardował ukraińskie miasta, zabił 20 cywilów i wyłączył z sieci ukraińskie elektrociepłownie.

Surowikin w swojej barwnej, choć ponurej karierze żołnierza wojsk lądowych może poszczycić się również dowodzeniem siłami powietrznymi. Zwiastuje to, że ten nieco zapomniany w wojnie w Ukrainie rodzaj sił zbrojnych nabierze większego znaczenia. Rosjanie nie używali lotnictwa po części z obawy przed bronią przeciwlotniczą, a po części dlatego, że niezbyt sprawnie koordynowali lotnictwo z piechotą. Co innego przecież bombardować cywilów w Syrii, a co innego prowadzić operację połączonymi siłami przeciwko dysponującym coraz większą ilości broni Ukraińcom.

Podkast: Putin straszy Zachód. Będzie eskalacja?

Nadciąga „Armagedon”, „rzeźnik z Kijowa”

Użycie przez Surowikina na polecenie Putina rakiet przeciw cywilnym elektrowniom można tłumaczyć również jako ostrzeżenie Zachodu przed dalszym wsparciem Ukrainy. Kijów walczy amerykańską i europejską bronią z jedną ręką związaną za plecami – nie może atakować terytorium Rosji właściwej nowoczesną artylerią i wyrzutniami HIMARS. Joe Biden uznałby to za eskalację, która wiązałaby Amerykę bezpośrednio ze śmiercią Rosjan z powodu użycia jej broni. To rozsądne w sumie stanowisko, pozwalające przynajmniej na chwilę odsunąć groźbę wojny rosyjsko-amerykańskiej z jej wszystkimi, również nuklearnymi konsekwencjami. Jednak powoduje znaczącą dysproporcję, kiedy Ukraina nie może uderzać we wrogie zgrupowania przygotowujące się do napaści na nią. Putin tak brutalną kampanią powietrzną zdaje się przestrzegać przed zmianą tej postawy.

Kampania pokazuje też, że Rosja posiada wciąż zasoby amunicji i rakiet, by prowadzić swoją bezkarną kampanię powietrzną. Od pewnego czasu eksperci przewidywali, że zapasy rosyjskich rakiet są na wyczerpaniu. Rosja pokazała, że może wystrzelić prawie sto iskanderów i kalibrów, wartych według wyliczeń „Forbesa” ok. 400 mln dol., nawet w tak mało znaczące cele jak kładka widokowa w Kijowie. Wojskowo było to bez sensu, w dodatku zbrodnicze, choć może utuliło nerwy Putina. Czas pokaże, czy była to jednorazowa akcja, czy początek kampanii terroru, jakiej świat nie widział od czasu Syrii. Zdaje się, że na razie ani Ukraińcy, ani Zachód się nie wystraszył. Niemcy i Amerykanie zapowiadają szybkie dostarczenie zestawów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych, które pomogą zwalczać kolejne rosyjskie naloty.

Według rosyjskiej prasy koledzy nazywają Surowikina „generałem Armagedon” za bezwzględną i ponoć dobrze zorganizowaną kampanię w Syrii. Niebawem, jeśli będzie kontynuował zabijanie ukraińskich cywilów, dostanie nowy tytuł, godny swoich nieudolnych poprzedników. „Rzeźnik z Kijowa” pasowałby w sam raz. Być może zaprowadzi Surowikina już pod trzeci sąd w jego życiu: Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze?

Czytaj też: Nie histeryzować! Jak propaganda tłumaczy porażki armii Rosji

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną