Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Świat

Putin straszy atomową triadą. Ćwiczenia „Grom” w czasie wojny

Wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych RS-24 Jars w lutym pod Moskwą. Wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych RS-24 Jars w lutym pod Moskwą. Vladimir Smirnov / TASS / Forum
Najpierw seria telefonów, potem salwa rakiet. Rosja po raz pierwszy w czasie wojny z Ukrainą przetestowała jednocześnie wszystkie nośniki strategicznej broni jądrowej.

W ćwiczeniach „Grom” wzięły udział mobilne lądowe wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych RS-24 Jars, okręt podwodny „Tuła” – nosiciel odpalanych spod wody pocisków balistycznych Sinewa – oraz bombowce strategiczne Tu-95MS, które miały użyć pocisków manewrujących dalekiego zasięgu, symulujących te z głowicami nuklearnymi.

Czytaj też: Jak odstraszać agresywną Rosję?

Medialne manewry Putina

Odpalenie rakiet i starty bombowców zostały pokazane z niezwykłą starannością, kamery umieszczono bardzo blisko wyrzutni i w kabinach dowodzenia, a dziennikarze wojskowych mediów rosyjskich relacjonowali wydarzenia minuta po minucie. Ewidentnie Rosji bardzo zależało na tym, by „Grom” odbił się dużym echem i nikt nie miał wątpliwości, iż rosyjska triada nuklearna jest gotowa do użycia.

Pociski balistyczne wystrzelone z północnej Europy – poligonu Plesieck koło Archangielska i z Morza Barentsa – trafiły w cele na Kamczatce. Według komunikatu z Moskwy bombowce wystrzeliły pociski na poligon w republice Komi, gdzie rutynowo ćwiczą bombardowania nuklearne. Ale odpalenia rakiet lotniczych nie pokazano, co może wynikać z kurczących się zasobów tego rodzaju amunicji, zużywanej masowo do atakowania celów w Ukrainie. Nie ma jednak wątpliwości, że na wypadek wojny nuklearnej Rosja ma ich żelazny zapas.

„Bajewaja triewoga, rakietna ataka” – z ust dowódcy okrętu podwodnego padają słowa w pełni zrozumiałe nawet dla nieznających rosyjskiego. Żeby widzowie nie mieli wątpliwości, oficer wypowiadający te słowa nosi wielką plakietkę z napisem „kamandir”. Serii komend towarzyszy przestawianie pokręteł i wciskanie guzików, w tym ostatecznie takiego, do którego dostępu chroni odchylana klapka. Nie ma wątpliwości, że to właśnie „atomowy guzik”, powodujący odpalenie rakiety z charakterystycznego garbu na grzbiecie okrętu typu delta IV.

Czytaj też: Jak chronić ukraińskie niebo? Trudne zadanie dla NATO

Broń strategiczna i odwetowa

Zarówno nosiciel, jak i sam pocisk reprezentują poprzednią, ale wciąż w miarę nowoczesną generację rosyjskiego strategicznego arsenału podwodnego. Jednak na tle „cyfrowej” i estetycznej kabiny lądowego Jarsa wnętrze okrętu podwodnego wygląda jak z poprzedniej epoki. Również sekwencja odpalania pocisku z mobilnej wyrzutni na ośmioosiowym podwoziu robi większe wrażenie niż to, co dzieje się pod pokładem. Sygnały dźwiękowe przypominają gry komputerowe z lat 80. i przeplatają się z hasłowymi komendami. Znany z parad na pl. Czerwonym pojazd wyrzutnia odrzuca kopułę kontenera startowego i podnosi do pionu olbrzymią rurę z pociskiem w środku. „Wnimanje, pusk!” – pada, gdy oficer naciska czerwony guzik znajdujący się pod osłoną, i prawie 50-tonowa rakieta startuje.

Jars i Sinewa to pociski przenoszące po kilka niezależnie naprowadzanych głowic o sile rażenia kilkuset kiloton każda. To broń strategiczna i odwetowa – taki też był scenariusz ćwiczeń, w którym to Rosja odpowiadała na atak nuklearny nieoznaczonego przeciwnika. Ćwiczenia były zaplanowane i zaanonsowane zgodnie z międzynarodowymi regułami. Amerykanie już dzień wcześniej potwierdzili, że o nich wiedzą i nie widzą w nich nic alarmującego mimo zaognionej sytuacji.

Czytaj też: „Po Putinie nikt by nie płakał, jego otoczeniu też by ulżyło”

Sygnał dla Joe Bidena

Niemniej fakt przeprowadzenia ćwiczeń całej triady nuklearnej – pocisków jądrowych na wyrzutniach lądowych, okrętach podwodnych i samolotach – jest sam w sobie wydarzeniem znaczącym. Tym bardziej że następuje w czasie działań wojennych. A szczególnie gdy stanowi swoistą kropkę, a nawet wykrzyknik po wielu wypowiadanych przez rosyjskich przywódców groźbach i ostrzeżeniach o możliwości użycia broni jądrowej w konflikcie z Ukrainą.

Gdy uwaga świata koncentrowała się na systemach taktycznych, w ruch poszły rakiety strategiczne, a to wyznacza zupełnie inny poziom konfrontacji. Adresatem nuklearnego komunikatu Władimira Putina nie był Wołodymyr Zełenski, a Joe Biden. Użyta w ćwiczeniach „Grom” broń z powodów technicznych i ze względu na jej rolę w systemie odstraszania byłaby przeznaczona nie dla Ukrainy, a dla USA.

Ponieważ Rosji nikt nie zamierza atakować bronią jądrową ani w sposób konwencjonalny, poza działaniami wobec wojsk inwazyjnych w Ukrainie, obronne ćwiczenia nuklearne były w rzeczywistości sygnalizacją gotowości do ataku, i to skierowanego wobec strategicznego przeciwnika Rosji – Stanów Zjednoczonych. Podobny sygnał Putin wysłał w lutym, tuż przed rozpoczęciem inwazji. Jeśli wówczas miało to być ostrzeżenie przed pomaganiem Ukrainie, którą zamierzał zaatakować, to nie podziałało. Czy będzie mieć jakiekolwiek znaczenie teraz?

Czytaj też: Mit Putina padł. Rosja nerwowo maskuje katastrofę na Krymie

Szojgu dzwoni i ostrzega

Bezprecedensową, drugą w tym roku salwę rakiet poprzedziła przedziwna, pierwsza taka w tym roku seria rozmów telefonicznych. Minione kilka dni to okres najwyższej aktywności dyplomacji wojskowej Rosji od początku wojny. Minister obrony Siergiej Szojgu rozmawiał dwukrotnie – w piątek i niedzielę – z sekretarzem obrony USA Lloydem Austinem. W weekend dzwonił też do ministrów obrony Wielkiej Brytanii, Francji i Turcji. Wczoraj rozmawiał ze swymi odpowiednikami w Indiach i Chinach. Odbyła się również rozmowa najważniejszych wojskowych USA i Rosji: Marka Milleya i Walerija Gierasimowa.

Wedle oficjalnych komunikatów głównym przesłaniem płynącym z Moskwy była obawa, podejrzenie czy wręcz oskarżenie, że Ukraina przygotowuje zdradziecki zamach przy użyciu brudnej bomby, czyli detonację materiału radioaktywnego, powodującą skażenie. Zarzut ten został odrzucony we wspólnym oświadczeniu zachodnich ministrów obrony, ale telefony Szojgu nie ustały, tak jak domysły, co jest ich treścią poza kolejnym absurdalnym oskarżeniem wobec Kijowa.

Czytaj też: Ameryka uratowała Ukrainę. Bije Rosję, a nawet Chiny

Co mówi Pentagon

Nuklearne groźby Rosji były oczywistym tematem pytań dziennikarzy do rzecznika Pentagonu, a fakt, iż na jednej konferencji aż dziesięć razy deklarował on, że nie zauważono żadnych przygotowań do ataku, tylko podsycił podejrzliwość, że coś może być na rzeczy. Pentagon tłumaczył, że nawet z przeciwnikami warto utrzymywać tzw. kanały komunikacji, aby zapobiec eskalacji i zmniejszać ryzyko błędnej oceny sytuacji.

Te sformułowania narodziły się w czasie zimnej wojny, gdy po kryzysie kubańskim zakładano między Waszyngtonem a Moskwą tzw. gorącą linię. Wojskowi używają ich, gdy wzajemnie informują się o ćwiczeniach, by nie powstało błędne wrażenie przygotowań do wojny. Ale stare porzekadło z czasów konferencji Jerzego Urbana, że wierzyć wypada tylko informacjom zdementowanym, zaskakująco pasuje do obecnej sytuacji na linii Moskwa–Waszyngton–Kijów.

Niepokojąco na tym tle wyglądają zapewnienia Ukrainy, że nie wierzy w użycie przez Rosję broni jądrowej. Wszyscy pamiętają, że Kijów nie ufał amerykańskim raportom o nadchodzącej wojnie, choć tym razem nie ma, przynajmniej jawnych, amerykańskich raportów o nadchodzącej nuklearnej eskalacji. Może więc wszystko to jest kolejną eskalacją werbalną, następnym aktem dziwacznego przedstawienia, w którym broń jądrowa powieszona na ścianie jednak nie wystrzeli.

Czytaj też: Putin grozi bombą, lugola znika z aptek. Nie dajmy się zwariować

Co się dzieje w Moskwie?

Amerykanie chyba sami musieli być zdziwieni nagłymi telefonami z Moskwy, i to z resortu obrony, a nie od zawodowych dyplomatów Siergieja Ławrowa. Rozmówca nie był oczywisty, ale sytuacja w samej Moskwie też jest niejasna i może prowadzić do zamiany ról, a nawet podejmowania nieskoordynowanych działań.

Od dwóch tygodni słychać o tarciach między ministerstwem obrony i generałami ze sztabu a wpływowym „kucharzem Putina” i sponsorem prywatnej armii wagnerowców Jewgienijem Prigożynem. Ponoć miał on odwagę skrytykować nie tylko Szojgu, ale i samego Putina. Niewykluczone więc, że dyplomatyczna akcja ministra obrony była jakąś próbą ucieczki do przodu – wykazania inicjatywy, zastosowania fortelu lub wynegocjowania jakichś ustępstw. Na przykład powstrzymania ofensywy na południu czy ochrony rosyjskich wojsk coraz bardziej przypieranych do Dniepru pod Chersoniem.

Może nawet chodzi o coś więcej, szersze zawieszenie broni, jakiś rozejm, zamrożenie wojny. Oczywiście jest też opcja radykalna – Szojgu mógł chcieć wprost zagrozić uderzeniem nuklearnym na Ukrainę, a strategiczne ćwiczenia miały pokazać, że próba interwencji Waszyngtonu skończy się wojną światową.

Czytaj też: Czy gróźb Putina należy się bać?

Wywiady i narady

Amerykanie zachowali czujność i na razie nie dali pretekstu do podejrzeń, że prowadzą z Szojgu jakieś zakulisowe negocjacje. W końcu tyle razy obiecywali, że „nic o Ukrainie bez Ukrainy” i wszystko będą konsultować z sojusznikami. Dlatego po rozmowach z Moskwą sekretarz obrony dzwonił i do Kijowa, do ministra obrony Ołeksija Reznikowa, i do Brukseli, do sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga.

Coś musiało się przedostać niżej, do stolic, w tym krajów wschodniej flanki. Nie bez powodu w Warszawie odbyła się kolejna narada w BBN, pierwsza pod rządami nowego szefa biura Jacka Siewiery. Wątek nuklearny był obecny w wypowiedziach polskich polityków – mówił o nim wiceminister obrony Marcin Ociepa, a także premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie w „New York Timesie”.

Ale wywiady, oświadczenia i komunikaty rzecz jasna nie oddają – bo nie mogą oddawać – rzeczywistej treści rozmów i konsultacji. Domysły i hipotezy plus kontekst sytuacji wojennej to wszystko, czym dysponujemy. Może za dziesięć lat dowiemy się czegoś ze wspomnieniowych książek, a i tak wszystko zależeć będzie od tego, czym zakończy się rosyjsko-ukraińska wojna.

Czytaj też: Narodziny strachu przed atomową apokalipsą

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Mleko się rozlało? Tajemnice morderstwa w Białymstoku

Za kratami w Hajnówce od kilkunastu lat siedzi Jan Ptaszyński z Michnówki na Podlasiu. Są powody, by przypuszczać, że w jego sprawie nie wszystko jest jasne.

Arkadiusz Panasiuk
27.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną