Co z NATO po kłótni o Grenlandię? To się wymyka spod kontroli, a czarne scenariusze są w grze
Początek 2026 r. przyniósł najcięższe dla NATO tygodnie od kilku dekad. Ponowione, tym razem ostrzej i bardziej bezwzględnie, amerykańskie pretensje terytorialne wobec niby sąsiedniej, ale znajdującej się pod duńskim zwierzchnictwem największej wyspy świata, zesłały na europejsko-amerykańskie relacje bezpieczeństwa falę arktycznego mrozu. I dreszczy – w obawie, że będzie z tego konflikt zbrojny.
Można wciąż ufać znawcom trumpowskiego stylu negocjacji, że brutalne formułowanie żądań to w istocie zaproszenie do stołu rokowań, ale niewielu liderów w Europie wydaje się podzielać taki pogląd. Za to wielu poważnie obawia się o los sojuszu z Ameryką, o Danię, o to, co będzie się dziać, jeśli Trump nie odpuści.
Czytaj także: Trump zaostrza w sprawie Grenlandii, ma chrapkę na piasek, metale i ziemię
Walczyć o Grenlandię?
A ten odpuszczać nie zamierza – w zasadzie codziennie już ponawiając twarde żądania: „chcemy Grenlandii na własność”. Głównodowodzący NATO w Europie gen. Alexus Grynkewich mówi, że między członkami NATO trwają „konstruktywne dyskusje” i że „wspólnie pracują nad rozwiązaniem drażliwych kwestii”. Jednocześnie Wielka Brytania ma sondować sojuszników w sprawie wysłania na Grenlandię wojska, tak jak robi się to na zagrożonej przez Rosję wschodniej flance.
Niemcy – jeśli wierzyć prasowym doniesieniom – wymyśliły coś na kształt wojskowej misji obserwacyjnej w Arktyce na wzór tego, co NATO wdrożyło na Bałtyku w reakcji na powtarzające się rosyjskie ataki hybrydowe. Berlin zapewne liczy na to, że większa obecność w Arktyce przekona Trumpa, że NATO jest wciąż potrzebne, a Grenlandia może być skutecznie chroniona.