Nagła wolta Trumpa w Davos. Europa teraz wygrywa bitwę, ale on jeszcze może być górą
O takich sytuacjach mówi się, że są powrotem z dalekiej podróży lub krokiem wstecz znad skraju przepaści. Być może tak będzie zapamiętana tegoroczna konferencja w Davos, w czasie której – zupełnie nieoczekiwanie – kilka godzin po wygłoszeniu ultymatywnego przemówienia Donald Trump wycofał kilka najważniejszych gróźb pod adresem europejskich sprzymierzeńców Danii i zadeklarował przystąpienie do negocjacji na temat statusu Grenlandii, których punktem wyjścia mają być nieujawnione publicznie propozycje sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego.
Znawcy psychiki i obserwatorzy metody negocjacyjnej Trumpa nie mogą być zaskoczeni. Ten samozwańczy „sztukmistrz dealu” zwykł zaczynać wszelkie próby porozumienia od niebotycznych żądań, wykraczających poza jakiekolwiek akceptowalne dla partnerów parametry, by potem – dość szybko – siadać z nimi do stołu już przy znacznie obniżonej poprzeczce wymagań i zmniejszonych emocjach.
Dokładnie tak stało się tym razem. Donald Trump zaczął po Nowym Roku niebywałą szarżę na Europę pod sztandarem przejęcia Grenlandii, o którym jakoś wspominał już w swojej mowie inauguracyjnej rok temu, ale o którym później na wiele miesięcy zapomniał. Zajęty był przecież Panamą, Kanadą, Iranem, Gazą i ostatecznie Wenezuelą – a nieudanie Ukrainą i Rosją. Ale ostatnie „zwycięstwo” w Ameryce Środkowej miało go ośmielić do ponowienia ataku na północy w przekonaniu, że Europa zachowa się tak jak do tej pory: defensywnie, kunktatorsko, a nawet tchórzliwie.