Przesłanie z Monachium. Rubio dostał dobre noty za styl, ale to za mało. Europa pamięta wrogie gesty i ma plan
Kto by się spodziewał, że jeden z najgłośniejszych aplauzów od szczelnie wypełnionej sali w hotelu Bayerischer Hof dostanie przedstawiciel administracji nazwanej kilka dni temu przez organizatorów monachijskiej konferencji bezpieczeństwa „burzycielami porządku”. A jednak – gdy Marco Rubio kończył przemówienie, oklaski były dłuższe i mocniejsze niż po kilku innych przemowach. Nie tylko dlatego, że był pierwszym mówcą sobotniego poranka, ale przede wszystkim z powodu tego, co mówił publiczności. Ta zaś od zeszłorocznego wystąpienia wiceprezydenta J.D. Vance′a miała uzasadnioną obawę o „wiadomość z Waszyngtonu”.
Rubio był jednak posłańcem przybywającym jakby z innej planety. Jeśli Vance przyleciał z Marsa, Rubio wyruszył z Wenus. Mówił innym językiem, przywoływał wspólne dziedzictwo, a nie obecne różnice, unikał ideologicznych generalizacji, nie używał obelg. Amerykę nazwał „dzieckiem Europy”, co do tej pory nie zdarzyło się żadnemu przedstawicielowi administracji Donalda Trumpa.
Czytaj także: Słoń w składzie z bezpieczeństwem. Coś pękło. Czy w Monachium Europa znów zderzy się czołowo z USA?
Wzmocnienie nuklearne
Ale przede wszystkim mówił o szansach wynikających z porozumienia i partnerstwa USA z Europą, która nabiera sił, odpowiedzialności i decyzyjności. Ma to być nowe sojusznicze przymierze, coś na kształt NATO 3.0, o którym kilka dni wcześniej w Brukseli mówił podsekretarz wojny Elbridge Colby, też obecny w Monachium i też zbierający pozytywne „noty za styl”. Rubio oczywiście brał w obronę szefa, którego ostre słowa pod adresem Europy usprawiedliwiał troską o jej los.