Czym Sopot może się wyróżnić w Trójmieście?

Grand Sopot
Sopot, wciśnięty pomiędzy dwóch znacznie większych sąsiadów, od lat broni się przed ich dominacją.
Perła kurortu, czyli historyczny Grand Hotel (dziś Sofitel Grand Sopot), 2013 r.
Krzysztof Mystkowski/KFP

Perła kurortu, czyli historyczny Grand Hotel (dziś Sofitel Grand Sopot), 2013 r.

Uzdrowisko Sopot, widok od strony mola, 1913 r. (Fot. EAST NEWS)
Uzdrowisko Sopot, widok od strony mola, 1913 r./EAST NEWS

Uzdrowisko Sopot, widok od strony mola, 1913 r. (Fot. EAST NEWS)

Poniższy tekst ukazał się w cyklu „Portrety Miast” w POLITYCE w 2014 r.

W powojennej rzeczywistości, początkowo trochę skazany na funkcję sypialnianego zaplecza wielkiej morskiej aglomeracji, z nieco staroświecką elegancją i etykietką przedwojennego Weltbadu, Sopot funkcjonował na pograniczu epok i światów. Nowi polityczni decydenci rozważali nawet przyłączenie Sopotu do Gdańska jako kolejnej dzielnicy, bowiem przedwojenny kurort, który otrzymał prawa miejskie z rąk cesarza Wilhelma II, był przez nich postrzegany jako miasto wybitnie „pasożytnicze, nieprodukujące żadnych dóbr materialnych i posiadające samowystarczalność koniunkturalną”. „Dziennik Bałtycki” donosił nawet wtedy z przerażeniem, iż „Sopot jest gniazdem szabrowników, siedzibą niebieskich ptaków, punktem wypadowym spekulantów”.

Elitarny kurort

Miasteczko jak z baśni Andersena, cudownie ocalałe z pożogi wojennej ze swoimi XIX-wiecznymi kamieniczkami i nadmorskimi willami, z secesyjną ornamentyką, witrażami, wieżyczkami i drewnianymi werandami („uzdrowisko jak dla karcianych królów”, napisał jeden z nowych przybyszy, którzy zaludnili poniemieckie mieszkania, pisarz Jerzy Afanasjew), znalazło się w ten sposób niespodziewanie na pierwszej linii frontu ideologicznego. Nic więc dziwnego, iż było to miejsce w pewnym sensie niechciane, z podejrzanym kosmopolitycznym dziedzictwem, wstydliwie skrywanym epizodem przynależności do Freie Stadt Danzig – bagaż, z którym nowa władza nie do końca wiedziała, co zrobić. Gdańsk przecież „powrócił do Macierzy”, Gdynia – od początku Niepodległej Rzeczpospolitej była symbolem nowoczesności i morskiej potęgi, zaś Sopot (czy Sopoty – bo takiej nazwy też w latach 40. zamiennie używano) w socjalistycznej rzeczywistości był ciałem obcym. Stąd gorączkowe, przesycone ideologicznymi hasłami, akcje „usuwania śladów niemczyzny” oraz zapewnienia, że miasto „w przyszłości gościć będzie nie tylko możnych tego świata, jak to było za niemieckich czasów, ale ludzi ciężkiej i ofiarnej pracy, jak tego wymaga linia rozwojowa Nowej Polski”.

Kurort musiał utracić zatem swoją przedwojenną elitarność, choć właśnie dzięki niej stał się też ulubionym miejscem wypoczynku partyjnych towarzyszy: Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza, Edwarda Osóbki-Morawskiego, Michała Roli-Żymierskiego czy wszechmocnego ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza. Wykorzystywali oni z upodobaniem nadmorskie siedziby dawnych mieszkańców Monte Carlo Północy, odseparowując się jednak szczelnie od „ludu pracującego miast i wsi” wysokim płotem i wojskowymi posterunkami oraz odgradzając fragment sopockiej plaży wyłącznie do własnej dyspozycji. I może właśnie to zamiłowanie nowych prominentów do letnich wczasów w ekskluzywnym miejscu zaowocowało nie tylko ocaleniem – dzięki osobistej interwencji Bieruta – sopockiego mola pod koniec lat 40. (kiedy to, po jesiennych sztormach, rozebrano np. drewniane mola w Jelitkowie i Brzeźnie), ale i zmianą podejścia do miasta, które postanowiono lansować jako „letnią nadmorską stolicę Polski”.

Jednak Sopot w swojej najnowszej historii najwięcej ma do zawdzięczenia powojennym mieszkańcom, którzy – w większości utraciwszy gdzieś na Kresach bezpowrotnie swoje małe ojczyzny – tu odnaleźli przystań. To właśnie oni oswoili to miasto, odciskając na jego ulicach swoje piętno. Przybysze ze Lwowa, Wilna, Warszawy i wielu innych miejsc stworzyli barwną mozaikę kulturową i społeczną, gromadnie zasiedlając bogate mieszczańskie kamienice i nasycając na nowo to miasto kolorami, dźwiękami, smakami i zapachami z różnych stron, tworząc z niego swoisty tygiel, gdzie ucierały się powojenna „sopockość” i lokalny patriotyzm. To oni też – elita naukowa, artystyczna i intelektualna – zakładali tu nowe teatry, orkiestry, gazety, zaludniali kawiarnie i narzucali rytm codziennemu życiu.

Sopot pełen kultury

„Szkoła sopocka” nadawała ton całemu polskiemu malarstwu, Bim-Bom (tak samo gdański, co sopocki) – wytyczał nowe ścieżki teatralne, Roman Polański nakazał swoim aktorom wynosić szafę prosto z morza i błądzić po sopockich ulicach, Zbigniew Herbert rozpoczynał poetyckie próby w rodzinnym mieszkaniu przy ul. Bieruta (och, ten chichot historii), jazzowy wiatr od morza przywiał do – jeszcze niezadaszonej – Opery Leśnej młodziutkiego Krzysztofa Komedę-Trzcińskiego, a polski big-beat rodził się na pierwszej w Polsce, legendarnej dziś, scenie rock’n’rollowej w nadmorskim Non-Stopie, gdzie ujawniły się talenty Wojtka Kordy, Czesława Niemena, Krzysztofa Klenczona czy Seweryna Krajewskiego.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj