Bartek Chaciński
13 grudnia 2011

Recenzja płyty: Amy Winehouse, "Lioness: Hidden Treasure"

Okruszki po Amy

Pośmiertna płyta Amy Winehouse nie jest tym wymarzonym „kolejnym albumem” wokalistki, na który jeszcze niedawno czekał świat.

Ale sygnalizuje aż trzy drogi, którymi mogła podążyć. Ambitną ścieżkę z przecięcia jazzu i czarnej muzyki w duecie z perkusistą ?uestlove’em z The Roots (utwór „Half Time”), muzykę reggae (świetny „Our Day Will Come”) albo przedłużenie stylistyki z płyty „Back to Black” pod producenckim okiem Marka Ronsona („Will You Still Love Me Tomorrow?”). Pokazuje też przy okazji, że Winehouse dość mało przez ostatnie lata nagrywała. Niezbyt długi (45 min) album trzeba było bowiem uzupełniać innymi wersjami piosenek już znanych („Valerie”, „Wake Up Alone”, duet „Body and Soul” z Tonym Bennettem). A także piosenek o jakości demo – jak dobrze podsumowujący jej twórczość „A Song for You” i młodzieńcze „The Girl from Ipanema” zaśpiewane przez 18-letnią Amy. Czy to są złe utwory? Oczywiście, że nie. Ale Amy Winehouse zasłużyła na więcej.

Amy Winehouse, Lioness: Hidden Treasure, Island

Polityka on Facebook
Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną