Marcin Rotkiewicz
10 lipca 2012

Nie ma jednej przyczyny tragedii w Smoleńsku

Brzoza przegrywa

Rozmowa z prof. Pawłem Artymowiczem, fizykiem i pilotem badającym przyczyny katastrofy smoleńskiej

Marcin Rotkiewicz: – Dlaczego pan, astrofizyk badający planety poza Układem Słonecznym, zajął się katastrofą smoleńską?
Prof. Paweł Artymowicz: – Jako Polak i pilot byłem bardzo dotknięty tą tragedią. Ogromnie mnie zainteresowało, jaką rolę odegrała w niej technika, a jaką ludzie. Ponadto zajmuję się zawodowo modelowaniem ruchu ciał w gazach i powietrzu, czyli aerodynamiką. Uznałem zatem, że mogę coś wnieść do tej sprawy.

I zaczął pan od ostrej krytyki symulacji komputerowej autorstwa prof. Wiesława Biniendy, głównego eksperta zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza.
Nie mogłem przejść obojętnie obok sensacyjnych wniosków sformułowanych na podstawie niepoprawnie zrobionej symulacji, jaką przedstawił prof. Binienda. Pokazałem ją moim kolegom inżynierom na Uniwersytecie w Toronto, pracującym m.in. nad projektami nowej generacji skrzydeł dla firmy Bombardier, znanego producenta samolotów. Mieli zastrzeżenia podobne do moich: brak sprawdzenia i kalibracji metody w testach laboratoryjnych, niedokładna, nieodpowiednia siatka numeryczna.

Jakie są pańskie główne zarzuty wobec symulacji prof. Biniendy?
Problem pojawia się już na etapie dostępu do pełnych danych wejściowych użytych w symulacji. Prof. Binienda nie chce ich ujawnić, co jest pogwałceniem podstawowych standardów w nauce. Bez dostępu do tych danych inni badacze nie mają szans powtórzyć symulacji, czyli sprawdzić poprawność uzyskanych wyników.

Prof. Binienda skupił się na stworzeniu modelu zderzenia skrzydła z brzozą i użył do tego znanego specjalistom programu komputerowego LS DYNA. M.in. zastosował dostępne w nim pewne konieczne triki obliczeniowe, które spowodowały, że elementy skończone (obliczeniowe) reprezentujące brzozę po silnej deformacji spowodowanej przez skrzydło znikają, dzięki czemu przechodzi ono przez drzewo jak przez masło. Komputerowa brzoza zostaje ścięta równo, jakby ostrym nożem, co w normalnych warunkach jest niemożliwe – z drzewa wystają przecież prawie metrowej długości drzazgi. Prof. Binienda nie sięgnął też do wyników eksperymentów prowadzonych przez NASA w latach 60., w trakcie których zderzano samoloty z drewnianymi słupami linii telefonicznej, słabszymi niż smoleńska brzoza. I zawsze słupy odcinały fragmenty skrzydeł, które potrafiły przelecieć 134 m, więcej niż owe 110 m pod Smoleńskiem.

Wyniki symulacji prof. Biniendy (np. to, że urwana końcówka skrzydła nie mogła polecieć dalej niż 12 m) nie zgadzają się z wieloma śladami katastrofy. Wyciągnął on jednak z tego dość ekstrawagancki wniosek, iż to nie z jego symulacją jest coś nie tak, ale z rzeczywistością.

Czy próbował pan bezpośrednio dyskutować z prof. Biniendą?
Rozmowa na temat katastrofy smoleńskiej powinna toczyć się w sferze publicznej. Zwróciłem się do prof. Biniendy w internetowym salonie publicystów salon24.pl z całym szeregiem pytań, ale mimo początkowych obietnic ani ja, ani inne osoby nie uzyskały na nie odpowiedzi.

Inni naukowcy zgadzają się z pańską krytyką prof. Biniendy?
Tak, znam takich wielu. Np. na problem „znikającej brzozy” podczas zderzenia ze skrzydłem zwrócił też uwagę dr inż. Grzegorz Szuladziński z Australii, z którym skontaktowałem się osobiście.

Ten, który twierdzi, że na pokładzie Tu-154 doszło do eksplozji ładunków wybuchowych?
Tak. Rozmawiałem z nim w październiku 2011 r. i nawet opublikowałem w Internecie, m.in. na portalu Studio Opinii, autoryzowany wywiad. W jego trakcie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach dotyczących katastrofy. Dlatego najnowsze hipotezy o zamachu bombowym autorstwa dr. Szuladzińskiego zaskoczyły mnie, zwłaszcza że sam mówił, iż żaden światły człowiek nie będzie występował z szokującymi tezami zamachu tylko dlatego, że istnieją jakieś wątłe poszlaki lub jakieś drobne niezgodności w danych. Mam wrażenie, że Szuladziński teraz sam temu zaprzecza.

Co pan sądzi o jego stwierdzeniu, że tak duża liczba fragmentów i odłamków, na które rozpadł się Tu-154, wskazuje jednoznacznie na wybuch?
Jest niesłuszne. Duraluminium, z którego wykonane były skrzydła samolotu, powyżej pewnej krytycznej prędkości zderzenia ma zmniejszoną udarność [czyli odporność materiału na obciążenie dynamiczne – red.] i rozpada się na drobne kawałki. A ta krytyczna prędkość była w przypadku prezydenckiego Tu-154 przekroczona co najmniej półtorakrotnie. Ponadto rejestratory nie odnotowały zmiany ciśnienia na pokładzie maszyny, co musiałoby nastąpić po wybuchu bomby. W ogóle dr Szuladziński powinien sprawdzić zgodność swojej hipotezy zamachu bombowego z zasadami fizyki, i to tej podstawowej. Jego obliczenia gwałcą bowiem m.in. zasadę zachowania pędu. Chodzi o możliwość zastopowania i odrzucenia w tył przez kilkukilogramową bombę części skrzydła, względnie całego tyłu samolotu. Wybuch postulowanych przez Szuladzińskiego ładunków jest za słaby od 100 do 5 tys. razy.

Dlaczego specjaliści tacy jak prof. Bienienda łamią podstawowe standardy nauki. Czy tak silnie motywuje ich polityczny spór?
Nic nie wiem o ich poglądach politycznych. Na pewno potrafimy sami siebie oszukiwać i podążać za teoriami, w które silnie wierzymy, nawet jeśli ewidentnie przeczą im fakty.

Ktoś może jednak zarzucić, że ogranicza się pan wyłącznie do krytyki i wytykania błędów.
Otóż nie. Wykonałem np. oszacowania inżynieryjne, co jest mocniejsze: brzoza czy skrzydło, korzystając z wyników prac niezależnych badaczy katastrofy – specjalistów, którzy udali się do Smoleńska, by samodzielnie przeanalizować miejsce tragedii, m.in. pomierzyć tę nieszczęsną brzozę. I wyszło z nich, że skrzydło w zderzeniu z brzozą przegrywa.

Ale przede wszystkim przeprowadziłem symulację pięciu ostatnich sekund lotu za pomocą innych narzędzi niż prof. Binienda – napisanych przeze mnie programów komputerowych. Udało mi się dzięki temu stworzyć dynamiczny fizyczny model samolotu po utracie końcówki skrzydła w następstwie zderzenia z brzozą i prześledzić bardzo dokładnie tor jego lotu. W tym słynną „półbeczkę smoleńską”, czyli przewrócenie się maszyny do góry kołami. I co najważniejsze: zbadać, jak się ma wynik mojej symulacji do śladów na ziemi i zapisów w rejestratorach zanalizowanych przez komisje państwowe rosyjską i polską. Dzięki temu odpowiedziałem m.in. pozytywnie na pytanie, czy samolot o tej masie (80 ton) i wielkości może odwrócić się na grzbiet w ciągu zaledwie 5 sekund. Moja symulacja potwierdziła, że dokładnie tak się stało.

A jak wypadło zestawienie pańskiej symulacji ze śladami katastrofy?
Okazało się, że z moją symulacją zgodził się rzeczywisty czas lotu samolotu, położenie obiektów napotykanych przez Tu-154 oraz ich wysokość, a także kąt uderzenia w drzewa, kurs samolotu i odchylenie od właściwej ścieżki lotu.

Pokazał pan innym fachowcom wyniki swojej pracy?
Zaprezentowałem je niedawno na konferencji w Kazimierzu Dolnym, na której co dwa lata spotykają się specjaliści ze wszystkich najważniejszych polskich ośrodków inżynierii lotniczej. Analizowane są tam m.in. wypadki lotnicze, a przyjeżdżają do Kazimierza ludzie naprawdę świetnie znający się na konstrukcji samolotów, zachowaniu

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną