SKOK do Senatu
Wielki SKOK
Przejął na własność część systemu SKOK. Kampania Grzegorza Biereckiego jest pod wieloma względami bezprecedensowa. Pierwszy raz w wyborach do parlamentu kandyduje urzędujący szef dużej instytucji finansowej. W tym przypadku największej w Polsce organizacji parabankowej – zrzeszającej ponad 2,2 mln członków, dysponującej 1852 placówkami w całym kraju i posiadającej (na koniec 2010 r.) 13 mld zł zgromadzonych depozytów. Jeszcze niedawno Bierecki ostro reagował na zarzut o upolitycznieniu SKOK. Dziś trudno nawet odróżnić, co jeszcze jest reklamą Kas, a co już materiałem wyborczym ich szefa. Wsparciem finansowym ze strony SKOK publicznie pochwalił się Tomasz Sakiewicz, szef „Gazety Polskiej” i „GP Codziennie”, czyli nowego, propisowskiego tabloidu (to ten, co pisał o zamachu bombowym w Smoleńsku). W ten sposób członkowie Kas nieświadomie zbiorowo wspierają PiS.
Wrześniowy numer bezpłatnej gazety SKOK Stefczyka otwiera wielkie zdjęcie Biereckiego z podpisem: „Mamy naszego kandydata w wyborach do Senatu RP”. I dalej: „Wielka rodzina SKOK ma szansę poprzeć twórcę polskiej instytucji finansowej”. Pracownicy Kasy rozdają pisemko podczas przedwyborczych spotkań Biereckiego na Podlasiu (kandyduje w Białej Podlaskiej). Bo chociaż SKOK Stefczyka jest ogólnopolski, akurat na Podlasiu prowadzi ostatnio szczególnie intensywną akcję marketingową. Lokalne media co kilka dni publikują zdjęcia Biereckiego, który w imieniu „Stefczyka” przekazuje dary i czeki kolejnym podlaskim szpitalom, przedszkolom, domom dziecka. Kasa Stefczyka została sponsorem drużyny piłkarskiej MKS Podlasie Biała Podlaska. Dwa tygodnie przed wyborami piłkarze po raz pierwszy wybiegli na boisko w barwach Kasy, dopingowani z trybuny przez Biereckiego. Stefczyk finansował nawet uroczystość 500-lecia nadania praw miejskich miejscowości Kodeń, bo – jak donosi portal internetowy Stefczyka – choć odebrano je jeszcze za cara, pamięć o tym wydarzeniu jest w Kodniu wciąż żywa.
Wieść, że Bierecki będzie reprezentował Prawo i Sprawiedliwość w wyborach do Senatu, poszła w świat 16 sierpnia o 18.44. „Sensacyjny kandydat PiS” – donosił na swym blogu europoseł Ryszard Czarnecki. Informację miał zapewne z pierwszej ręki – od jakiegoś czasu współpracuje z Biereckim, został nawet członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek należących do systemu SKOK.
17 sierpnia o sensacyjnej kandydaturze pisała już większość mediów. Tego dnia Grzegorz Bierecki wraz ze swoim bratem Jarosławem oraz z Adamem Jedlińskim, wieloletnim przyjacielem Lecha Kaczyńskiego, przejął majątek Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, na który przez 20 lat łożyły Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe. Własnością lub współwłasnością Biereckich i Jedlińskiego stały się m.in. spółki, do których należą siedziby Kas i związanych z nimi podmiotów; firmy windykacyjne, którym Kasy przekazują co roku do ściągnięcia setki milionów złotych długów swoich klientów, a nawet dwa znane biura podróży. W sumie przejęli majątek wart dziesiątki milionów złotych.
„Mnie, podobnie jak większości Polaków, chodzi także o wartości, o altruizm, o poświęcenie, dobro wspólne, kolektywny cel”. *
By ułatwić zrozumienie wydarzeń, które miały ostatnio miejsce w Kasach, musimy przypomnieć pokrótce historię Kas.
Pomysł na SKOK narodził się jesienią 1989 r. Grzegorz Bierecki, jako jeden z dyrektorów Komisji Krajowej Solidarności, znalazł się wówczas w składzie delegacji, która pojechała do USA, by szukać wsparcia dla związku. W Stanach spotkał się z przedstawicielami tzw. unii kredytowych. Przekonali go, że podobna organizacja powinna powstać w Polsce: gromadząca oszczędności swoich członków i udzielająca ze zgromadzonych pieniędzy niskooprocentowanych pożyczek, działająca non profit (coś jak zakładowe kasy zapomogowo-pożyczkowe). Pomysł spodobał się także władzom Solidarności. Ówczesny wiceprzewodniczący związku Lech Kaczyński powołał grupę roboczą, która we współpracy z World Council of Credit Unions (WOCCU – Światową Radą Związków Kredytowych) dostosowała amerykański model unii kredytowych do polskich warunków – tworząc zarys systemu SKOK. W 1990 r. WOCCU powołała Fundację na rzecz Polskich Związków Kredytowych, która miała m.in. szkolić pracowników SKOK oraz udzielać powstającym Kasom pomocy prawnej, organizacyjnej i finansowej. W jej zarządzie zasiedli Grzegorz i Jarosław Biereccy oraz Adam Jedliński. Przewodniczącym rady FPZK został Lech Kaczyński.
Pierwsze Kasy zaczęły powstawać w 1992 r. – najczęściej w oparciu o zakładowe struktury Solidarności i parafie. Za namową Biereckiego kilka z nich utworzyło wówczas spółdzielnię Kas – Krajową SKOK. Miała ona dbać o bezpieczeństwo powierzonych Kasom pieniędzy. Jej prezesem został Grzegorz Bierecki, a przewodniczącym rady nadzorczej – Adam Jedliński.
Początkowo przynależność do Krajówki była dobrowolna i wiele Kas nie uznało jej zwierzchnictwa. W 1995 r. dzięki poparciu Solidarności Biereckiemu i jego współpracownikom udało się przeforsować w Sejmie ustawę o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, która powierzała Krajowej SKOK nadzór nad wszystkimi Kasami i nakazywała zrzeszenie się w niej. Projekt ustawy wyszedł spod ręki Adama Jedlińskiego. Posłowie poparli go w przekonaniu, że to szeregowe SKOK będą wytyczać kierunki działania Krajówki – zgodnie z ustawą jej członkami miały być bowiem wyłącznie Kasy. Okazało się jednak, że większość udziałów w Krajowej SKOK, a co za tym idzie większość głosów na jej walnym zgromadzeniu, ma Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych. Kilka Kas wystąpiło wówczas do sądu o rozstrzygnięcie, czy FPZK może być członkiem Krajówki. Sąd przychylił się jednak do przedstawionych przez Krajową SKOK opinii prawnych Lecha Kaczyńskiego i Marka Głuchowskiego (ówczesnego wspólnika Adama Jedlińskiego w kancelarii prawnej), że skoro Fundacja była członkiem Krajówki przed wejściem w życie ustawy o SKOK, to nie można pozbawić jej praw nabytych.
W efekcie Grzegorz Bierecki, wraz z wąską grupą współpracowników, zyskał niemal absolutną władzę nad Kasami (z funkcji prezesa Krajówki mogło odwołać go tylko walne zgromadzenie, w którym większość miała zarządzana przez niego Fundacja).
„Budując SKOK nieraz widziałem w oczach nieznanych mi osób entuzjazm i wiarę, że oto wspólnym wysiłkiem tworzymy coś ważnego. Nie dla siebie, lecz dla innych”.
Władze Krajowej SKOK narzuciły szeregowym Kasom obowiązek współpracy z FPZK. Pracownicy Kas i kandydaci na członków ich władz musieli uczestniczyć w organizowanych przez Fundację płatnych szkoleniach i zdawać, oddzielnie płatne, egzaminy. Co dwa lata mieli potwierdzać swoje kwalifikacje – co wiązało się z kolejnymi kursami i egzaminami.
Kasy miały także korzystać odpłatnie z programów komputerowych opracowanych przez spółkę, której udziałowcem była Fundacja; a kampanie reklamowe i promocyjne prowadzić za pośrednictwem innej utworzonej przez nią spółki. Narzucono im również wspólne logo, za używanie którego płaciły Fundacji. Jak obliczyliśmy, tylko w latach 2004–10 Fundacja zarobiła na nim 4,1 mln zł. W tym samym okresie Kasy zapłaciły jej za szkolenia 2,6 mln zł, a spółki-córki wypłaciły jej 10 mln zł dywidendy od swoich zysków. Najwięcej – bo ponad 26 mln zł –
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

