Marcin Kołodziejczyk
15 grudnia 2011

Lubelska Atlantyda pod Gwiazdą Dawida

Atlantyda spod chodnika

W listopadzie na klatce schodowej bloku Pietrasiewicza leży przeznaczona dla niego bomba. Żeby się bał. Żeby ze strachu przestał poszukiwać w Lublinie żydowskiego miasta.

Atlantyda.

Tamto miasto widać z okien Bramy Grodzkiej, w której Tomasz Pietrasiewicz pracuje. Widać, jeśli się chce zobaczyć – bo naocznie stwierdza się tylko obecność wielkiego parkingu i wątłego parku pod zamkiem, a patrząc dalej na północ – wielopasmowej alei Tysiąclecia i dworca autobusowego. Miasto rozciąga się więc pod chodnikiem – pełne handlowego rejwachu, pokrzykiwań węglarzy, sklepów z cynamonem, zapachu cebuli i czulentu, szyldów reklamujących nieistniejące od 70 lat firmy.

Brama Grodzka, zwana żydowską, z której okna Pietrasiewicz patrzy, jest przejściem między światem gojowskim a żydowskim. Ale w 1942 r. dzielnica żydowska – trzecia część Lublina – nagle znika w całości. Ludzie są mordowani w hitlerowskich obozach, ich domy wylatują w powietrze. Dzielnica przeistacza się w pusty plac zalany betonem. Niewiarygodne, jak szybko wyciera się z pamięci.

Atlantyda, mówi Pietrasiewicz. Widzi miasto pod spodem, głośno o nim mówi i szuka jego śladów – dlatego dostaje bombę.

Pietrasiewicz.

56 lat, z wykształcenia fizyk. W życiu także reżyser, techniczny sceny, aktor. Od 1998 r. jest dyrektorem Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN. Po Lublinie chodzi, nie jeździ – uważa, że chodząc lepiej włącza się w tętno miasta. Bramę Grodzką, dawniej zwaną żydowską, podniósł z ruin i podłączył do światłowodów w czasach, kiedy ludziom Internet mylił się jeszcze z eternitem. Dzisiaj wielkie, zbierane latami przez pracowników Bramy zasoby archiwum miasta żydowskiego idą światłowodem w świat za darmo. Można nawet spacerować po umarłej dzielnicy, odbudowanej w wirtualu dom po domu. Nowoczesna instytucja kultury, mówi Tomasz Pietrasiewicz o Bramie. Animator, mówi o sobie.

Pani NN.

W 1997 r. przychodzi do Teatru NN w lubelskiej Bramie Grodzkiej, przedstawia się: To ja jestem NN. Chodzi po jednym z pomieszczeń i gestykuluje: Tu stało moje łóżko, tam była kuchnia. W 1942 r. pani NN ma trzy lata, błąka się z grupką sierot po Lwowie, jest wśród dzieci także jej starszy brat. Pojawia się nieznajoma kobieta, lituje się nad panią NN, wiezie ją do Lublina, do mieszkania w Bramie Grodzkiej. Pani NN nie zna rodziców, mówi, że cofając się w pamięci dochodzi zawsze do czarnej kurtyny. W jej wspomnieniu pozostaje natomiast twarz brata na lwowskim peronie. Brat macha na pożegnanie. Oraz to, że w Lublinie ktoś donosi Niemcom o małej Żydówce ukrywanej w Bramie. Stąd pani NN domyśla się, że może być Żydówką.

Dąbrowski.

50 lat, aktor, przyjaciel Pietrasiewicza i jego zastępca w Ośrodku Brama Grodzka Teatr NN. Przebiega wzdłuż ściany z czarnymi skrzyneczkami, włącza prąd, otwiera skrzyneczki – z każdej dobiegają głosy w formacie MP3. Świadkowie opowiadają o żydowskim mieście w Lublinie. Subiektywne skrawki rzeczywistości, do której kiedyś wchodziło się przez Bramę Grodzką, opowieści zebrane przez wolontariuszy Bramy. Witold Dąbrowski oprowadza po tej Atlantydzie, wchodzi w rolę żydowskiego bajduły, trochę filozofa, trochę handlarza, trochę krawca. Wieczorem w bramowym Teatrze NN gra w monodramie według Izaaka Singera i Martina Bubera.

Żytomirski.

6 lat, od września powinien chodzić do szkoły. Henio Żytomirski mieszka z mamą i tatą przy ul. Szewskiej 3. Szmuel, tata Henia, robi mu mnóstwo zdjęć. Henio siedzi u kogoś na rękach, Henio w koszulce polo i krótkich spodniach stoi na schodach Banku Gospodarstwa Krajowego w Lublinie. Albo też żegna wujka Leona udającego się do Palestyny w 1937 r. Na Facebooku Henio Żytomirski ma najwyższą liczbę przyjaciół – 500 osób. Piszą o nim współczesne gazety na całym świecie. Profil na Facebooku prowadzą wolontariusze Bramy Grodzkiej. Bo Henio nie żyje od 69 lat – znika wraz z żydowską dzielnicą, prawdopodobnie na Majdanku. Mama Sara i tata Szmuel też.

 

 

Światłowód.

Ok. 1600 wejść na nasze strony internetowe dziennie, mówi Pietrasiewicz. Ale światłowodem płyną także informacje zwrotne innego rodzaju – dyrektor mówi, że tych akurat nie czyta.

Z internetowego forum pod blogiem Edwina Bendyka, dziennikarza POLITYKI: „Na jakiej podstawie twierdzi Pan, że tekturowe pudełko z dwoma drucikami na wierzchu położyli na oknie mieszkania Państwa Pietrasiewiczów ludzie, którym nie podoba się aktywność Pietrasiewicza w dziedzinie utrwalania pamięci o lubelskich Żydach?”.

Z forum „Kuriera Lubelskiego”: „Aj waj!!! pietrasiewicz na prezydenta judeopolonii. Aj waj! czas zapuścić pejsy”. Lub: „PO raus z Polski do Izraela (...) należy na taczkach z lubelszczyzny wywieźć nie tylko Pietraszkiewicza, ale i całą PO”.

Albo: „Żadnej pielęgnacji kultury żydowskiej w Lublinie! chcecie powtórki sytuacji sprzed wojny, kiedy 1/3 mieszkańców Lublina to było żydostwo? nie wolno powierzać tak ważnych spraw takim obłąkańcom jak pietrasiewicz (a w ogóle kim on jest?)”.

Dzieci.

Na początku lat 60. Tomek Pietrasiewicz gra z chłopakami w piłkę na polach obok dawnego hitlerowskiego obozu śmierci Majdanek. W pamięci pozostaje kurz, który wzbudzają gracze, ogłuszające cykanie świerszczy oraz druty kolczaste obozu. Na razie nic więcej. Pietrasiewicz jest najgorszym uczniem w klasie. Prawdę mówiąc, w piłkę też nie umie grać. Jest bity i nielubiany. Z upupienia wyrywa go nauczycielka polskiego – Tomek odkrywa bibliotekę garnizonową w jednostce ojca, oficera LWP. Potem także bibliotekę szkolną. Kiedyś do klasy przychodzi bibliotekarka i wyczytuje nazwisko Pietrasiewicza jako rekordzisty w czytelnictwie. Dzieciaki wyją ze śmiechu, bo taki oferma może i wypożycza książki, ale żeby czytał – to niemożliwe. To chyba największe upokorzenie w moim życiu, wspomina Pietrasiewicz. Natomiast nie ma śmiechu, kiedy Tomek zbiera lalusiów i kujonów ze szkoły i tworzy z nich drużynę piłkarską. Wygrywają oni w meczu z drużyną szkolnych czempionów.

Więc druty Majdanka zapamiętane z meczów. Potem historia chłopca z Kamionki pod Lublinem, opowiedziana przez nauczycielkę matematyki – nauczycielka jako dziewczynka widzi prowadzonego przez Niemców na rozstrzelanie żydowskiego chłopca. W ciągu kilku minut chłopiec ten siwieje ze strachu. Siwy chłopiec zapada w pamięć Tomkowi – wciąż idzie i siwieje w oczach gapiącego się tłumu.

Ale jeszcze bez żadnego kontekstu, mówi Pietrasiewicz.

Teatr.

Tomasz Pietrasiewicz pisze pracę magisterską na wydziale fizyki – temat: punkty osobliwe, czyli obszary komplikacji zjawisk. Kolega komplikuje wystarczająco, mówiąc Pietrasiewiczowi: Poznam cię z ludźmi z teatru, tylko sobie nie myśl – to alternatywny teatr, niezwykły. Idzie do teatru pierwszy raz w życiu, nic nie rozumie. Ale za to jacy wspaniali ludzie! Ci aktorzy, ci twórcy, wolni wewnątrz niewolniczego systemu. Ten system – zresztą też wcześniej jakoś przez Pietrasiewicza niewyczuwany – nagle staje się opresją, z której świadomością nie sposób żyć.

A najlepiej wykrzyczeć to właśnie w teatrze. Pietrasiewicz przystępuje

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną