Zegarek cieśli Harrisona
W czasach satelitów i GPS nie zdajemy sobie sprawy, jakiego wysiłku umysłowego musiał dokonać człowiek, by znaleźć sposób na określanie swojego położenia, szczególnie na morzu.

Jonatan Brown zawisł na rei grotmasztu HMS „Associacion”. Jego zbrodnią było obliczenie pozycji okrętu, do czego, jako niski rangą, nie miał prawa. Kilka godzin wcześniej sam zgłosił się do admirała zaklinając go, by zmienił kurs, bo cała eskadra zmierza do katastrofy. Sir Clowdisley wolał jednak ufać doświadczonym nawigatorom i skazał zuchwałego marynarza na śmierć.

Był 22 października 1707 r. Pięć okrętów Marynarki Królewskiej, w gęstej mgle, szło nadal północnym kursem. Po wielomiesięcznej służbie na wodach Gibraltaru były już o krok od brytyjskiego wybrzeża i rzetelnie zasłużonego odpoczynku. W godzinach nocnych „Associacion” wszedł na skały u wybrzeży wysp Scilly i natychmiast zatonął. Za nim na dno poszły trzy kolejne jednostki z dwoma tysiącami ludzi na pokładach. Jednym z dwóch ocalałych z flagowego okrętu był sir Clowdisley. Wyrzuconego na brzeg nieprzytomnego admirała zasztyletowała miejscowa wieśniaczka skuszona szmaragdowym pierścieniem.

Choć opowieść o ostrzeżeniu przed katastrofą jest najpewniej tylko legendą, to sama tragedia była jak najbardziej realna. W kilka lat później brytyjski parlament wyznaczył wysoką nagrodę za opracowanie użytecznej metody pomiaru długości geograficznej. Pod drzwiami Board of Longitude (Komisji Długości Geograficznej) natychmiast ustawiła się kolejka wszelkiego autoramentu hochsztaplerów i fantastów gotowych zaoferować nie tylko niezawodną metodę usprawnienia nawigacji, ale i rozwiązanie wszelkich problemów ludzkości. Komisja miała zapewnione zajęcie na lata.

Czas astronomów

Od chwili, gdy człowiek odważył wypuścić się na otwarte wody oceanów, tracąc z oczu brzeg, określenie własnej pozycji stało się koniecznością. Najprościej można opisać ją za pomocą dwóch współrzędnych (pionowej i poziomej), podobnie jak w popularnej grze w statki. Znalezienie punktu na osi pionowej jest łatwe. Już starożytni wiedzieli, że wystarczy obserwować Gwiazdę Polarną. Im wyżej nad głową się pojawia, tym okręt jest bliższy bieguna (patrz ramka „Szerokość geograficzna”).

Z osią poziomą rzecz ma się inaczej. Ruch ziemi uniemożliwia znalezienie na firmamencie stałego punktu odniesienia. Przez stulecia żeglarze radzili sobie, zliczając przebyty dystans. Uwzględniając położenie wyjściowego portu i obrany kurs, można wskazać na mapie własną pozycję. Na papierze wszystko wydaje się proste. Droga to czas rejsu pomnożony przez prędkość. Tyle że tę ostatnią trzeba zmierzyć. Aż po wiek XX posługiwano się w tym celu logiem – wyrzucanym za burtę kawałkiem deski z przymocowaną liną (patrz ramka „Log”). Statek przemieszczając się względem tego chwilowego punktu odniesienia rozwijał linę. Jej długość podzielona przez czas pomiaru wyznaczała prędkość. Gnany podmuchami wiatru statek nie poruszał się jednak w tempie jednostajnym, prądy morskie zniekształcały pomiar, a sztormowa pogoda w ogóle go uniemożliwiała. Niedokładności, przy dłuższych rejsach, szły w setki mil. Okrzyk „Ziemia!” z bocianiego gniazda częściej niż radość budził wśród marynarzy trwogę.

Gwałtowny rozwój żeglugi dalekomorskiej u schyłku średniowiecza przyspieszył postęp technik nawigacyjnych. Na pokładach pojawiły się instrumenty do obserwacji nieba: astrolabium i krzyż św. Jakuba (patrz ramka „Instrumenty astronawigacyjne”). Merkator opracował siatkę kartograficzną, pozwalającą wykreślać kurs bez konieczności uwzględniania krzywizny ziemi. Powstawały coraz dokładniejsze mapy morskie i locje (opisy wód żeglownych oraz wybrzeża). Nadal jednak nie było pewnej metody określania długości. Statki rozbijały się o nagle wyłaniające się brzegi lub tygodniami błądziły w ich poszukiwaniu, podczas gdy szkorbut dziesiątkował załogi. Odkryte lądy szły w zapomnienie, bo nie dało się ich precyzyjnie nanieść na mapę.

Na początku XVI w. niemiecki astronom Johannes Werner dostrzegł, jak pożyteczny w żegludze mógłby być księżyc (patrz ramka „Długość i czas”). Jeśli zmierzyć czas, w którym nad głową obserwatora jego tarcza przesłoni wybraną gwiazdę, to można być pewnym, że inny obserwator, oddalony o 15 stopni długości geograficznej, zaobserwuje to samo zjawisko w odstępie godziny według czasu lokalnego. Ten zaś łatwo wyznaczyć, gdy słońce stoi w zenicie. Trzeba tylko opracować tablice astronomiczne, w których dla dowolnie wybranego miejsca, np. Norymbergi, zapisze się na kilka lat w przód czas, w jakim nasz satelita spotka na swej drodze kolejne gwiazdy. Żeglarz w najodleglejszym zakątku globu będzie mógł go odczytać z tablic i porównać z własnymi obserwacjami. Pozna w ten sposób różnicę czasu między swoją pozycją a Norymbergą. Obliczenie długości to już dziecinna igraszka – 4 minuty to jeden stopień. Pozostał mały problem. Aby przewidzieć trajektorię księżyca, trzeba rozumieć prawa, jakie nim rządzą. To na gruncie systemu geocentrycznego było dla astronomów nieosiągalne.

W sto lat później podobną metodę zaproponował Galileusz. Niebieskim czasomierzem miał być Jowisz. Wystarczało skierować lunetę w jeden punkt, zamiast zmagać się z wciąż nieprzewidywalną orbitą księżyca. Odpadało też katalogowanie gwiazd. Dostatecznie precyzyjnego atlasu nieba jeszcze nie było. Jowisza obiegały cztery satelity. Z dużą regularnością, tysiąc razy w ciągu roku, pojawiały się i nikły w jego cieniu. Cierpliwe obserwacje pozwoliły Galileuszowi opracować tablice z przewidywanym czasem zaćmień na kilka miesięcy. Dalsza procedura miała być taka sama jak u Wernera. Galileusz wiele zawdzięczał technice. Dzięki wynalezionej przez siebie lunecie mógł odkryć i obserwować niewidoczne gołym okiem księżyce. Ale technika była też największą przeszkodą we wdrożeniu jego metody. Przyjęła się dopiero po latach i tylko w kartografii lądowej. Na chybotliwym pokładzie statku precyzyjne pomiary były niewykonalne. Na lądzie można też było, bez obawy przed katastrofą, wstrzymać obserwacje, gdy Jowisza nie było na niebie lub zasłaniały go chmury.

O barierę techniczną rozbił się też obiecujący pomysł oparty na wykorzystaniu różnicy położenia biegunów: astronomicznego i magnetycznego. Deklinacja magnetyczna, czyli odchylenie wskazówki kompasu od kierunku północnego, zmienia się wraz z długością geograficzną (patrz ramka „Deklinacja magnetyczna”). Skatalogowanie jej wielkości pozwalałoby bezbłędnie określać pozycję statku. Zjawisko było znane od średniowiecza, ale na magnetyczną mapę globu trzeba było czekać aż do 1703 r. Jej użyteczność okazała się znikoma. W praktyce wszystkie kompasy miały własne indywidualne odchylenia, w dodatku zmienne w czasie. Ich niestabilność, nałożona na niestabilność ziemskiego magnetyzmu, wykluczała bezpieczną nawigację według tej metody.

Czas kuglarzy

Gdy zawodzi nauka, zawsze znajdą się rozwiązania niekonwencjonalne. U schyłku XVII w. dużym rozgłosem cieszył się specyfik zwany magicznym proszkiem. Pomagał na wszelkie dolegliwości. Nasączone jego roztworem opatrunki nawet po zdjęciu z rany mogły leczyć lub powodować cierpienia, i to na odległość. W czasach, gdy powszechnie wierzono we wpływ planet na stan pacjenta i moc monarszego dotyku leczącego skrofuły, nie budziło to zdziwienia. Zdaniem sir Kenelma Digbygo mogło też rozwiązać problem długości. Statek powinien zabierać rannego psa. Pozostający w porcie człowiek, wyposażony w zdjęty uprzednio z czworonoga bandaż, codziennie w południe zanurzałby go w roztworze magicznego proszku, powodując u zwierzęcia, na odległość, paroksyzm bólu. Jego wycie informowałoby kapitana o dokładnym czasie w porcie wyjścia. Śmierć psa stanowiłaby, oczywiście, dla żeglarzy równie wielkie niebezpieczeństwo jak jego wyzdrowienie.

Matematycy William Whiston i Humphrey Ditton zaproponowali rozmieszczenie na oceanach statków sygnalizacyjnych. Każdy o ustalonej porze strzelałby w niebo z działa. Przepływające w promieniu 100 mil jednostki, mierząc czas pomiędzy błyskiem i odgłosem eksplozji, określałyby swoją pozycję. W Anglii rozgorzała dyskusja. Jak trwale zakotwiczyć statki na otwartym oceanie? Jak zapewnić im bezpieczeństwo w przypadku wojny i ataku piratów? I kto miałby ponosić horrendalne koszty przedsięwzięcia?

Był to moment, gdy po katastrofie eskadry sir Clowdisleya nawet sceptycy przyznawali, że w sprawie długości trzeba wreszcie coś zrobić. Autorzy pomysłu byli zaś ludźmi ustosunkowanymi i wytrwałymi. Nakłonili wpływowe środowiska kupców i armatorów do podpisania petycji do rządu Jej Królewskiej Mości z żądaniem energicznych działań. Komisja parlamentarna zasięgnęła opinii ekspertów. Stojący u szczytu naukowej sławy sir Isaak Newton osobiście referował zagadnienie. Omówił problemy związane z praktycznym zastosowaniem wszystkich rokujących nadzieję metod. W większości bazowały na wykorzystaniu różnicy czasu pomiędzy punktem o znanych współrzędnych a okrętem. Nie mógł nie wspomnieć o najbardziej oczywistej idei, by czas portowy statek po prostu zabierał ze sobą.

Cóż bowiem łatwiejszego niż odczytać na nastawionym na początku rejsu zegarku aktualną godzinę w punkcie wyjścia? Musiałby to być jednak zegarek chodzący z punktualnością nie mniejszą niż kilka sekund na dobę. Taki, któremu nie szkodziłyby różnice wilgotności, kołysanie morza i nieregularność ziemskiego magnetyzmu, a skoki temperatury, powodujące rozszerzanie lub kurczenie się metalowych części i zmianę lepkości smaru, nie wpływałyby na wielkość tarcia w mechanizmie. Newton nie musiał tłumaczyć, jak daleko istniejącym czasomierzom do takiej precyzji. Kwadrans akademicki nie był wtedy jeszcze obyczajem dyktowanym uprzejmością, ale trzeźwą oceną sprawności zegarów.

Owocem prac była ustawa z 8 lipca 1714 r. Ustanawiała 20 tys. funtów nagrody za odkrycie praktycznej metody wyznaczania długości geograficznej z dokładnością do pół stopnia i 10 tys. przy precyzji jednostopniowej. Powoływała też komisję – wspomnianą już Board of Longitude – mającą oceniać i wspierać finansowo najbardziej obiecujące projekty.

Czas techników

Metoda zegarowa nie cieszyła się dobrą opinią. Od czasu, gdy sam Hristiaan Huygens poległ przy próbie konstrukcji morskiego czasomierza, w naukowych kręgach zapanowało przekonanie, że rozwiązania należy szukać raczej wśród gwiazd.

Nie zrażało to techników. Jeremy Tucker przedstawił zegar zamknięty w próżniowej bańce, zaopatrzony w zawieszenie kardanowe. Zminimalizował w ten sposób skutki zmian wilgotności i kołysania statku. Wobec wahań temperatury mógł jedynie zaproponować katalog spodziewanych odchyleń w pomiarze czasu. Należało stale obserwować termometr i na bieżąco, według wykazu, korygować wskazania chronometru – bo taką nazwę nadał on swojemu instrumentowi. Była to uciążliwa, ale w zasadzie wykonalna procedura. Nigdy jednak nie została poddana praktycznej weryfikacji. Mechanizm zegarowy urządzenia, choć znacznie doskonalszy od ówcześnie stosowanych, nie był wystarczająco dokładny, nawet w stabilnych warunkach lądowych. Z wynalazku Tuckera ostała się jedynie nazwa. Przyjęła się na określenie precyzyjnego morskiego czasomierza. Na wypełnienie jej treścią trzeba było poczekać na zdolniejszego konstruktora.

Taki zapukał do drzwi Królewskiego Obserwatorium Astronomicznego w Greenwich dopiero w szesnaście lat później. Był nim John Harrison, wiejski cieśla. Szef obserwatorium Edmond Halley, nie czując się kompetentny w sprawach technicznych, skierował go do George’a Grahama, znanego zegarmistrza i członka Królewskiego Towarzystwa Naukowego. Ten początkowo potraktował prowincjusza szorstko, ale gdy przyjrzał się projektom, nie potrafił oderwać się od rozmowy z przybyszem aż do późnego wieczora.

Harrison opuścił Londyn z nieoprocentowaną pożyczką, umożliwiającą rozpoczęcie pracy nad prototypem. W Barrow, gdzie mieszkał, próżno by szukać innego zegarmistrza i do dziś nie wiadomo, w jaki sposób nauczył się fachu. Niemniej 37-letni samouk mógł się już pochwalić poważnym dorobkiem. Na pierwszy rzut oka jego konstrukcje sprawiały wrażenie archaicznych. Mechanizmy niemal w całości wykonane zostały z drewna. Był to jednak wybór świadomy. Kurczliwość termiczna tego materiału jest minimalna, nie podlega on też korozji. Elementy normalnie wymagające smarowania Harrison zastępował własnego pomysłu konstrukcjami beztarciowymi lub wykonywał z gwajaku – tropikalnego samosmarującego się drewna. Dzięki temu jego zegary odznaczały się niespotykaną precyzją.

34-kilogramowa, najeżona mosiężnymi balansami maszyna, którą w 1736 r. zaprezentował na posiedzeniu Królewskiego Towarzystwa Naukowego, nam szybciej skojarzyłaby się z fantazjami Salvadora Dali niż jakimkolwiek przyrządem do mierzenia czasu. W rok później, pod patronatem Marynarki Królewskiej, chronometr wraz z konstruktorem odbył rejs do Lizbony. Sztormowa pogoda w drodze powrotnej przyprawiła Harrisona o morską chorobę, ale mechanizm działał bez zarzutu. Kapitan mógł według jego wskazań skorygować pozycję okrętu o ponad 60 mil, co odnotował w zaprzysiężonym sprawozdaniu. Błąd pomiaru nie przekraczał kilku sekund na dobę.

Dopiero teraz wynalazca zdecydował się stanąć przed Board of Longitude. Wydawało się, że wymagany przez ustawę test na trasie transatlantyckiej będzie jedynie formalnością. Jednak, ku powszechnemu zaskoczeniu, Harrison stwierdził, że chronometr nie jest wystarczająco dokładny i że gotów jest skonstruować lepszy. Czy obawiał się, że w czasie wielotygodniowego rejsu skumulowany błąd pomiaru okaże się za duży i przyjdzie mu się zadowolić tylko połową nagrody? Jeśli tak, to z pewnością nie chodziło o pieniądze, lecz ambicję, bo równocześnie zobowiązał się przekazać swe urządzenia na użytek publiczny. Rezygnował tym samym z potencjalnie o wiele większych dochodów z praw patentowych. W zamian otrzymywał oficjalną protekcję komisji i dotacje pozwalające na spokojne kontynuowanie pracy.

Drugi z chronometrów, znany jako H 2, zaprezentowany komisji w cztery lata później, w ogóle nie opuścił lądu. I tym razem wynalazca nie był usatysfakcjonowany i ponownie zaszył się w pracowni. Perfekcyjna natura pchała Harrisona do poszukiwania wciąż nowych rozwiązań, z których późniejsi zegarmistrze korzystali przez wieki. Bimetal – połączenie dwu elementów o różnej wrażliwości termicznej – pozwalający kompensować zmiany temperatury, jest w użyciu do dziś, podobnie jak łożysko kulkowe. Po upływie kilkunastu lat, zanim jeszcze H 3 został ukończony, wynalazca był już opętany nową pasją. H 4, któremu się teraz poświęcił, nie dawał gwarancji większej niezawodności. Za to miał być mniejszy. Ze średnicą ok. 13 cm przypominał współczesny budzik. Ceną za miniaturyzację była rezygnacja z mechanizmów beztarciowych i konieczność użycia tak kosztownych i trudnych w obróbce materiałów jak diament. Zegar wymagał też smarowania i regularnych przeglądów. Mimo to Harrison był z niego na tyle zadowolony, że zdecydował się na wycofanie H 3 z zaplanowanej już przez komisję oceanicznej próby. Miał ją odbyć jedynie zegarek, jak pieszczotliwie nazywał swe ostatnie dzieło.

W tym czasie John Harrison zdawał już sobie sprawę, że przybył mu niebezpieczny konkurent.

Czas intrygantów


Ćwierć tysiąclecia, jakie upłynęło od powstania księżycowej koncepcji Wernera, nie było dla nauki czasem straconym. Kopernik stworzył system heliocentryczny. Keppler opisał orbity planet jako elipsy. Newton ogłosił prawo powszechnej grawitacji, co pozwoliło przewidywać odchylenia toru ciał niebieskich spowodowane przyciąganiem pobliskich planet. Ruch księżyca stał się wreszcie obliczalny. Wynaleziony w 1731 r. zwierciadlany oktant Hadleya ułatwił prowadzenie precyzyjnych obserwacji na morzu. Nabierała też kształtów dokładna mapa nieba. Całe pokolenia astronomów zapełniały ją z roku na rok.

Systematycznością i precyzją dziesiątek tysięcy obserwacji na czoło wysunęło się Królewskie Obserwatorium w Greenwich, stając się koordynatorem wysiłków setek europejskich uczonych. W 1757 r. trafiła tam przesyłka od norymberskiego astronoma Tobiasa Meyera. Dla potrzeb kartografii lądowej posługiwał się m.in. metodą Wernera. Korzystając z postępu nauki i własnych obserwacji, zdołał opisać spodziewaną trajektorię księżyca. Stworzył tym samym lunary – tablice astronomiczne użyteczne także w żegludze.

James Bradley, po śmierci Halleya szef obserwatorium Greenwich, niezwłocznie przystąpił do weryfikacji obliczeń Meyera. Pojął, że jeśli tylko okażą się wystarczająco dokładne, metoda wyznaczania długości geograficznej znajdzie się w zasięgu ręki. Był członkiem Board of Longitude z urzędu. Cieszył się autorytetem wśród wchodzących w jej skład uczonych, podzielających zresztą jego niechęć do mechaników. Pozostali członkowie w kwestiach merytorycznych byli słabo zorientowani.

Harrison mógł więc mieć uzasadnione obawy, że ciągłe odkładanie terminu jego morskiej podróży nie jest dziełem przypadku. Gdy wreszcie po dwóch latach jego syn William zaokrętował się wraz z H 4 na HMS „Deptford”, w kierunku Wyspy św. Heleny pomknął okręt z najbliższym współpracownikiem Bradleya wielebnym Nevillem Maskeline’em. Oficjalnym celem wyprawy była obserwacja zaćmienia słońca, ale służyła też praktycznemu testowi lunarów. Z ich pomocą Maskeline sprawnie określał pozycję na morzu. W tym czasie William Harisson pomyślnie dotarł i powrócił z Jamajki. Po pięciu miesiącach błąd pomiaru H 4 nie przekroczył 2 minut. Pokonana została bariera połowy stopnia długości geograficznej.

Komisja powinna ogłosić Johna Harrisona zwycięzcą. Zamiast tego zaczęła mnożyć formalne przeszkody. Zakwestionowała dokładność pomiarów wykonywanych dla sprawdzenia pracy chronometru. Przeprowadzali je w Anglii i na Jamajce astronomowie wyznaczeni przez samą komisję. Po pół roku orzekła, że niezbędna będzie kolejna podróż pod ściślejszym nadzorem. Jednocześnie Maskeline promował metodę księżycową, choć daleko jej było do doskonałości. Obliczenie długości wymagało ok. czterech godzin. Kilkakrotne pomiary położenia ciał niebieskich, zawiłe rachunki uwzględniające m.in. zakrzywienie promieni świetlnych nad horyzontem, stwarzały nawigatorom wiele okazji do pomyłek. Jednak metoda księżycowa pozostała dla Board of Longitude priorytetem, nawet gdy zmarłego Bradleya na stanowisku zastąpił Nathaniel Bliss.

W 1764 r. H 4 wyruszył w kolejny rejs. Na Barbados William Harrison ze zdumieniem odkrył, że jednym z astronomów wyznaczonych do określenia miejscowego czasu jest nie kto inny jak wielebny Maskeline. Mimo wyraźnej złej woli komisja musiała jednak przyznać, że zegarek spełnia wszystkie kryteria. Okazało się, że swą precyzją trzykrotnie przekroczył ustawowe wymagania. Zdecydowano jednak wypłacić Harrisonowi tylko połowę nagrody, drugą rezerwując do czasu, aż sporządzi dwie kopie chronometru.

Gdy wkrótce potem pożegnał się z życiem Nathaniel Bliss i funkcję Królewskiego Astronoma objął Nevill Maskeline, dla Harrisona zaczął się czas naprawdę trudny. Został zmuszony do rozmontowania H 4 i szczegółowego objaśnienia zespołowi ekspertów jego tajemnic. Skonfiskowano mu też rysunki techniczne i wreszcie sam zegarek, do czasu, aż stworzy nakazane kopie. Wkrótce ten sam los spotkał jego wcześniejsze chronometry. Przekazane zostały do Greenwich, gdzie Maskeline miał je poddać dodatkowym badaniom. Wynalazca musiał teraz żałować, że przed trzydziestu laty przekazał swoje urządzenia na użytek publiczny.

Tymczasem jego prześladowca udoskonalał swą metodę. Obliczenia udało się zredukować do 30 minut. W 1766 r. rozpoczął publikację Almanachu Astronomicznego zawierającą ostatecznie zweryfikowane lunary. W wolnych chwilach poświęcał się testowaniu aresztowanych chronometrów. Nie przejął się, że H 4 został najpewniej uszkodzony w czasie przeprowadzki. Mógł to być także wynik niedbałości samego Maskeline’a, który wystawiał go na bezpośrednie działanie słońca. Trudno to dziś ocenić, bo skrupulatne protokoły, jakie sporządzał, podpisywali świadkowie, którzy nigdy nie ośmieliliby się kwestionować kompetencji Królewskiego Astronoma. Byli to pensjonariusze miejscowego przytułku dla starych marynarzy.

Znienawidzonemu H4 Maskeline przeznaczył pięć sześciotygodniowych prób mających symulować transatlantyckie podróże. Starannie notował błędy pomiaru. Na koniec wielkodusznie ogłosił, że choć chronometrowi daleko do wymaganej precyzji, to w czasie bezksiężycowych nocy może być pożytecznym urządzeniem pomocniczym dla użytkowników lunarów.

Czas rozstrzygnięć

W 1772 r., po pięciu latach pracy, Harrison ukończył pierwszą z wymaganych kopii. Miał 79 lat, czuł, że nie starczy mu sił i czasu na kolejną. Zdesperowany, zwrócił się z listem do króla, opisując szykany ze strony komisji. Jerzy III przyjął wkrótce Williama i zgodził się przetestować H 5 w swym prywatnym obserwatorium. Po jednym kluczu do kasetki, w której na trzy zamki zamknięto zegarek, otrzymali William Harrison, dyrektor królewskiego obserwatorium, i sam Jerzy III, który codziennie, w okresie dziewięciotygodniowej próby, osobiście uczestniczył w nakręcaniu H 5.

Okazało się, że dobowa dokładność zegarka nigdy nie spadała poniżej trzeciej części sekundy. Monarcha zwrócił się bezpośrednio do premiera z żądaniem sprawiedliwości. W kilka tygodni później John Harrison otrzymał 8500 funtów. Jego radość musiała być zaprawiona goryczą i to nie z powodu wysokości kwoty. Nie była to bowiem przewidziana przez ustawę nagroda, na którą, w swym mniemaniu, po wielekroć zasłużył, lecz dar parlamentu „w uznaniu zasług”.

Pocieszeniem mogło być jedynie, że chronometr zaczął święcić triumfy na morzu. Bo chociaż, ku uciesze Maskeline’a, zaostrzono wymagania wobec techników tak bardzo, że żaden z nich nie mógł już marzyć o nagrodzie, nie zwiększyło to szans metody księżycowej. Wymagała od żeglarzy olbrzymiej wiedzy i czasu. A tanie kopie instrumentu Harrisona produkowane na coraz większą skalę, choć niedorównujące jakością oryginałowi, sprawdzały się na pokładach statków. Po części było to mimowolną zasługą Maskeline’a, publikującego kolejne wydania Almanachu. Nawigator mógł raz na jakiś czas posłużyć się nim, by skorygować wskazania chronometru. W ten sposób to lunary stały się narzędziem pomocniczym. Z upływem dziesięcioleci i wzrostem precyzji czasomierzy odeszły ostatecznie w zapomnienie.

Harrisonowi, który zmarł w 1776 r., nie dane było widzieć pełnego triumfu swej idei, ale jego adwersarz doczekał czasów, kiedy chronometry stały się standardowym wyposażeniem Marynarki Królewskiej. Wydawaniem z magazynów i transportem na okręty zajmowała się w ostatnich latach swego istnienia właśnie Board of Longitude. Nigdy nie wypełniła podstawowego zadania: przyznania głównej nagrody, i w 1828 r. została zlikwidowana.

Obecnie, gdy system GPS odesłał do lamusa i lunary, i chronometry, konstrukcje Harrisona zajmują poczesne miejsce w zbiorach muzealnych Greenwich. Są pamiątką zaciętych zmagań astronoma i zegarmistrza. Paradoksalnie to Nevill Maskeline wyszedł z nich zwycięsko. Pół wieku publikacji jego Almanachu utrwaliły pozycję południka Greenwich jako głównego południka ziemi. Figuruje on na wszystkich mapach świata. A czas Greenwich, zwany dziś czasem uniwersalnym, poniosły w kosmos satelity zawiadujące ruchem morskich i powietrznych statków na całym ziemskim globie.

Ważniejsze źródła: Bernhard Kay „Na koniec świata”, Świat Książki, Warszawa 2003; Marian Mickiewicz „Z dziejów żeglugi”, Nasza Księgarnia, Warszawa 1972 r.; Dawa Sobel „W poszukiwaniu długości geograficznej”, Zysk i S-ka, Poznań 1998 r.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj