Męka znękanej miłości
Co roku od obsesyjnej miłości ginie 50 osób. Obiekty uczuć albo ich partnerzy. Zwykle wcześniej jest czas, żeby morderstwu zapobiec. Ale w polskim systemie prawnym dopóki nie zabiją, nie sposób nękających ścigać.

Kilka głośniejszych spraw. Zupełnie świeża: Paweł K., 23 lata, instruktor jazdy konnej. Agata była jego uczennicą. Namawiał ją na wspólną ucieczkę, a gdy z nim zerwała, zaczął dzwonić, prosić, wreszcie grozić. Ukradł jej konia. W końcu wszedł przez balkon do jej domu. Wbił Agacie nóż w głowę: jeśli z nim nie będzie, to z nikim. Poranił domowników. Potem sam poszedł pod bramę więzienia powiedzieć strażnikom, że właśnie zabił człowieka.

Sprawa najbardziej drastyczna: Tomasz K., 19 lat, syn rolnika ze Śląska. Świetny uczeń, za wyniki dostał od starosty stypendium. M., fryzjerka, rok starsza, była jego pierwszą, a Tomasz był nieśmiały w stosunku do dziewczyn. M. zaręczyła się z kimś innym. Tomasz najpierw dzwonił do tego drugiego i odkładał słuchawkę, potem zdewastował konkurentowi samochód. Wreszcie zaczaił się, oblał go benzyną i podpalił. Zabił.

Ta najbardziej typowa: Janusz Sz., 57 lat, technik elektronik, chwilowo na bezrobociu. Zakochał się w Annie M., która jako pracownica socjalna odwiedziła go w domu. Najpierw był tylko nieśmiały list miłosny i prośba, żeby – jeśli nie odwzajemnia uczucia – o wszystkim zapomniała. Potem telefony, kwiaty, wielogodzinne wystawanie przed domem, wizyty w pracy. Po trzech latach zastrzelił na ulicy jej męża.

Z kryminologicznych badań włoskich wynika, że co dziesiąte morderstwo poprzedzane jest nękaniem. Zanim dochodzi do zbrodni, zwykle jest jeszcze czas, aby ochronić ofiarę. Średnio – półtora roku. Po dwóch, trzech latach, wynika z badań amerykańskich, uwielbienie w większości wypadków przeradza się w nienawiść, a prawdopodobieństwo ataku diametralnie rośnie.

Przestępca

To, co się dzieje wcześniej, zostało już dość dokładnie zbadane. Amerykanie nazwali to stalkingiem (od skradać się, polować – patrz ramka). Chodzi o to, żeby stać się centrum życia prześladowanej osoby albo żeby pokazać jej, kto rządzi. Okazać swoją wszechwładzę. Badacze problemu porównują to do uzależnienia. Taka miłość, podobnie jak narkotyki, zniekształca widzenie u sprawcy; on swoją postawę doskonale racjonalizuje: nie mógł inaczej.

Tomasz K., ten, który podpalił konkurenta, mówi, że był przekonany, że M. wcale nie chce wyjść za tamtego, że ją rodzice zmuszają. Anna M., ta z trzeciego opisanego przypadku, odprawiła wyznającego miłość stanowczo. Ale Janusz Sz. pomyślał wtedy, że kobieta ma klasę, bo jest odpowiedzialną matką dzieci. Zakochał się jeszcze bardziej.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj