szukaj
Czeczen za płotem
Ośrodki dla uchodźców powstają nie tam, gdzie powinny. Cudzoziemcy zakwaterowani po kilkaset osób w dawnych hotelach robotniczych nie mają szans na integrację. Przykład Katowic pokazuje, czym to się kończy.

Urząd do spraw Cudzoziemców nie ma obowiązku zasięgania opinii samorządu, jeśli chce gdzieś utworzyć ośrodek dla uchodźców. Dlatego władze Katowic zostały postawione przed faktem dokonanym.

Był maj ubiegłego roku, gdy na ulicy Gliwickiej pojawili się obcy. Ktoś zadzwonił do wydziału pomocy społecznej, że chodzą dziwnie ubrani, z urody czarniawi, a z mowy Ruscy. - Dopiero po południu dostaliśmy faks z Urzędu do spraw Cudzoziemców, że w Załężu przy ul. Klimczoka będzie ośrodek - mówi Małgorzata Moryń-Trzęsimiech, naczelnik wydziału polityki społecznej katowickiego magistratu. - A tam już od rana mieszkało 300 osób.

- Urząd nie musi niczego konsultować. Gdybyśmy musieli uzyskiwać zgodę na otwarcie ośrodka, 99 proc. placówek by nie powstało - wyjaśnia Ewa Piechota, rzecznik Urzędu do spraw Cudzoziemców. Dodaje jednak, że sytuacja była wyjątkowa. Nagle kilkakrotnie zwiększył się napływ obywateli Federacji Rosyjskiej, w większości Czeczenów, którzy przyjeżdżali do Polski, żeby wystąpić o status uchodźcy. Średnio o azyl prosi na granicy od kilku do 30 osób dziennie. Jeśli jest ich więcej, straż graniczna przysyła do Urzędu informację z alarmującymi wykrzyknikami. A tuż przed wejściem Polski do strefy Schengen każdego dnia pojawiało się nawet po 200 azylantów.
 

Cały dzień wrzask

Urząd ma 20 ośrodków własnych i dzierżawionych, w których obcokrajowcy czekają na przyznanie statusu uchodźcy. W Dębaku pod Warszawą, gdzie najpierw wszyscy trafiają, trzeba było ustawiać łóżka na korytarzach. Powstało zagrożenie epidemiologiczne, dzieci zaczęły masowo chorować. - Byliśmy przygotowani na wzrost liczby uchodźców, ale nikt nie przewidział takich tłumów - tłumaczy Ewa Piechota. - Musieliśmy szybko otworzyć nowe ośrodki. Nie było czasu na rozmowy. Szukaliśmy w całej Polsce, trzeba było gdzieś tych ludzi ulokować.

Od początku katowicki magistrat informował Urząd, że lokalizacja jest niedobra. Załęże to dzielnica z problemami. Przestępczość, patologia, będzie dokładanie biedy do biedy. No i ludzie są nieprzygotowani na przyjęcie obcych.

Uchodźcy zamieszkali przy ulicy Klimczoka w byłym hotelu robotniczym przystosowanym do ich potrzeb. Wiele kobiet w ciąży, ponad setka dzieci. Przyszło lato, dzieci prowadziły uliczny tryb życia, bo przy ośrodku nie było placu zabaw ani boiska.

- Cały dzień wrzask. Dzieci bawiły się, jak umiały. Rysowały lakier na samochodach, urządzały wojny. Mężczyźni byli namolni - opowiada Magda, lat 20, mieszkanka sąsiedniej kamienicy.

Dlatego Polacy z ul. Klimczoka - poza panienkami w wieku gimnazjalnym, które przychodziły pod ośrodek, żeby poderwać przystojnego terrorystę - nie pokochali Czeczenów. Ale najbardziej oburzyła ich plotka, że cudzoziemcy dostają na własne wydatki po 70 zł dziennie z funduszy unijnych (w rzeczywistości otrzymują 70 zł, ale na cały miesiąc). - Do pracy nie chodzą, robią duże zakupy w Auchan, a ja muszę po 12 godzin tyrać w Rossmanie, żeby zarobić na szkołę - żali się Magda. Jej matka jest bardziej konkretna: - Zarąbali mi radio z auta. Skąd wiem, że to nie Polacy? Nasi złodzieje biją szybę i w nogi. A tu rozwiercono zamek. Koszty: 100 zł radio, 180 - zamek. Do narzekań przyłącza się Piotr, górnik rencista po pięćdziesiątce, który stracił robotę w Kleofasie. - Beemwicami jeździli, satelitów nawieszali w oknach i jeszcze państwo im płaciło. Matka: - I narkotykami handlowali. Górnik: - A młodzi to chodzili z nożami po szkole. Taką dzikość mają w sobie. Magda: - Non stop plują.

Plucie z tradycją

Izabella Kminikowska, katowicka radna z Załęża, nie dziwi się mieszkańcom. Bo według miejscowych to jest tak: po upadku huty i kopalni w wielu rodzinach rozgrywały się dramaty. Nikt do nich nie wyciągnął ręki. A obcy mają wszystko za darmo. No i nikt nie wytłumaczył górnikowi węglowemu, że czeczeńskie dzieci plują, bo w czasie ramadanu nie mogą w ciągu dnia niczego połykać. Także śliny. Co prawda czeczeńskie dzieci z rozpędu plują też poza ramadanem, ale generalnie zwyczaj ten ma religijne korzenie. Każdy chłopak po ukończeniu 16 roku życia jest uważany za mężczyznę gotowego do obrony swojej rodziny. Dlatego wielu nosi nóż - symbol dorosłości. Radna nie ma wątpliwości, że Urząd do spraw Uchodźców popełnił błąd, nie uprzedzając mieszkańców, że powstanie ośrodek.

To, co Urząd zaniedbał, próbowali naprawiać we własnym zakresie radni, szkoła, nawet ośrodek pomocy społecznej, chociaż cudzoziemcy nie podlegają jego opiece. Do tego parafie katolicka i ewangelicka. Przy szkole zorganizowano piknik integracyjny - z zabawami dla dzieci, klaunem i wymianą kulinarną rodziców. Dzieci chodzące do szkoły szybko uczyły się polskiego, jakoś odnalazły się w nowym środowisku, choć nie było łatwo. Bo nie da się porównać doświadczeń życiowych polskich nastolatków z przeżyciami 13-letniego Czeczena, który nie może zapomnieć, jak kiedyś bandyci rzucili mu na kolana odciętą głowę wujka.

- Czeczeńskie kobiety przychodziły do mnie z prośbą o pomoc - mówi radna Kminikowska. - Pomagali im także zwykli mieszkańcy Katowic. W ośrodku potrzebne były łóżeczka, wózki, bo czeczeńska dzietność znacznie przekracza polską normę. Pomagali głównie mieszkańcy z innych dzielnic. Im dalej od problemu, tym wrażliwość większa.

Wydawało się, że jakoś to będzie. Jednak katowicki magistrat uparcie słał do Urzędu do spraw Cudzoziemców pisma, że lokalizacja w Załężu jest chybiona i przysparza miastu problemów.

Ośrodek zamknięto z końcem stycznia. - Jak jest ogromny opór, nie możemy działać. Musi być przynajmniej milczące przyzwolenie - Ewa Piechota wyjaśnia tę decyzję. Zaznacza, że to pierwszy taki przypadek.

Jesienią, kiedy katowicki magistrat protestował przeciwko Czeczenom na Załężu, Urząd do spraw Cudzoziemców przeprowadził rekonesans w Jastrzębiej Górze, żeby zobaczyć, jakie tam są szanse na utworzenie ośrodka. O wizycie, zgodnie z prawem, nie poinformowano oficjalnie miejscowych władz. Mieszkańcy dowiedzieli się tylnymi drzwiami. Zawiązali komitet obrony i zaczęli pisać pisma protestacyjne. Przewidywali turystyczny upadek Jastrzębiej Góry po przybyciu Czeczenów. Zauważyli też, że ośrodek dla uchodźców mógłby być ewentualną bazą dla terrorystów, gdyby chcieli wysadzić elektrownię atomową w Żarnowcu, której nie ma, ale może będzie.

Adam Drzeżdżon, burmistrz Władysławowa obejmującego Jastrzębią Górę, zapytał Urząd, jakie ma plany. Przyszła odpowiedź, że jednak ośrodka tu nie będzie. Część uchodźców z Katowic trafiła do ośrodka w Łomży, choć tamtejsze władze już wcześniej sygnalizowały problemy z uchodźcami. Młodzi Czeczeni chodzą grupami, niekoniecznie agresywnie, ale to stwarza atmosferę zagrożenia. Rozdzielono więc uczniów do różnych szkół. - Państwo nie realizuje integracji, tylko zapewnia dach nad głową i wyżywienie. Reszta spada na barki samorządów. A od tego jest rząd polski, żeby się nimi zajmował - uważa Marcin Sroczyński, wiceprezydent Łomży.

W Katowicach mimo zamknięcia ośrodka problem pozostał. W budynku na Załężu, zwanym teraz obiektem noclegowym, nadal mieszka około 60 Czeczenów. Trzy rodziny uzyskały w międzyczasie status uchodźców i płacą za wynajem.

Adam, 24-latek, już drugi rok czeka na przyznanie statusu. Przyjechał do Polski spod Groznego z żoną i córką. Jego rodzina otrzymuje z Urzędu 1300 zł, z tego 400 płaci za pokój. Adam pomaga szefowi starszyzny w zarządzaniu czeczeńskim żywiołem. Problemów dużo, dlatego szef wywiesił na drzwiach kartkę: „Dobrzy ludzie, nie stukajcie, bo i tak nie otworzę". - Chciałbym dostać status, kartę pobytu, nauczą mnie polskiego i zostanę ochroniarzem w sklepie albo w hotelu - marzy Adam. Na razie żyje z tego, co da mu polskie państwo i ciocia, która co dwa miesiące przysyła z Niemiec trochę euro.

Adam powiada, że zdarzają się wyzwiska: ty terrorysto, ale nie przywiązuje do tego przesadnej wagi. Jego zdaniem Czeczeni są w dużym stopniu sami sobie winni. - Trzeba pilnować dzieci, żeby nie biły Polaków, żeby się dobrze zachowywały. A kobiety czasem puszczają je samopas. Nie podoba mu się tylko dyskryminacja w pracy. Jak się Czeczen najmie do pracy na czarno, np. na budowie, dostanie 40-50 zł za dzień. A Polak dwa razy tyle.

Życzliwie z daleka

Według danych Urzędu do spraw Cudzoziemców w 20 polskich ośrodkach przebywa 4,2 tys. osób, do tego 1,5 tys. mieszka poza ośrodkami. W ogromnej większości są to Czeczeni. W 2008 r. status uchodźcy uzyskało tylko 129 osób, a 1057 objęto tzw. ochroną uzupełniającą - nie można ich wydalić i przez rok dostają świadczenia.

Urząd, według Ewy Piechoty, jest zobowiązany tylko do zapewnienia cudzoziemcowi opieki w trakcie procedury azylowej, co zwykle trwa dwa lata. Samo rozpatrywanie wniosku zajmuje około roku. Po uzyskaniu statusu uchodźcy cudzoziemca jeszcze przez rok obejmuje tzw. indywidualny program integracyjny. Musi się uczyć języka polskiego, na co otrzymuje 100 zł miesięcznie. Na utrzymanie dostaje od 500 do 900 zł w zależności od liczby osób w rodzinie. Rodzinie wielodzietnej wpada po kilka tysięcy. Jeśli w ciągu tego roku uchodźca nie znajdzie pracy, co jest regułą, trafia na garnuszek samorządu. Tu może liczyć, podobnie jak Polak, na zasiłek okresowy i celowy. Razem 400-600 zł.

W Łomży na przyznanie statusu uchodźcy oczekuje ponad 300 osób. - Gdyby wszyscy dostali go równocześnie, gminny budżet cienko by zapiszczał - wzdycha Wiesław Jagielak, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. - Na szczęście, jak się skończą świadczenia z tytułu indywidualnego programu integracyjnego, wielu wyjeżdża do innych krajów, bo polskie zasiłki są dla nich za niskie.

Stosunek społeczności lokalnej do mieszkańców ośrodków dla cudzoziemców można określić jako życzliwe zaciekawienie - wynika z przeprowadzonych w zeszłym roku badań Instytutu Polityki Społecznej. W tych samych badaniach sąsiedzi ośrodków narzekali jednak na agresję, bójki, awantury, zakłócanie spokoju. Życzliwe zainteresowanie kończy się zwykle z chwilą, gdy cudzoziemcy zamieszkają w sąsiednim budynku.

W Austrii, kraju bardziej doświadczonym od Polski w sprawach udzielania azylu, każdy z dziewięciu landów ma obowiązek zapewnić opiekę określonej liczbie uchodźców. Nie umieszcza się ich w kilkusetosobowych placówkach jak w Polsce. Swoje oferty zgłaszają pensjonaty i małe ośrodki na 30-40 osób.

- W ten sposób łatwiej zapanować nad grupą, uczyć ich języka - mówi pani Ewa, która prowadzi pensjonat pod Salzburgiem. Czeczeni zajmowali u niej całe trzecie piętro. Dwie niższe kondygnacje - turyści. Państwo płaciło za jednego uchodźcę 15-17 euro za dzień (mieszkanie, wyżywienie). Pensjonat musiał utrzymywać wysoki standard, był kontrolowany co kilka tygodni. - Nie są to bardzo wysokie stawki, ale zawsze stały dochód - mówi pani Ewa. - Zdarzało się, że cudzoziemcy mieszkali po 3-4 lata, zanim otrzymali status uchodźcy.

Polski Urząd do spraw Cudzoziemców nie zamierza na razie otwierać nowych ośrodków. Nie planuje się też zmian w procedurze. A dwa lata to zdaniem Urzędu wystarczający okres na integrację cudzoziemca z polskim społeczeństwem.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj