Dorota Masłowska: Polska jest horrorem podszyta
Dorota Masłowska
Adam Kozak/Agencja Gazeta

Dorota Masłowska

I to się może obrócić przeciwko kobietom. Kobiety posiadające wiedzę, specjalistki w swoich dziedzinach, stają się niebezpieczne.
Ciekawie też wpisuje się w to historia żony posła Piaseckiego. Oczywiście dobrze, że to zostało nagłośnione, że to uświadamia ludziom, że jak się słyszy takie coś przez ścianę, to dzwoni się na policję, a nie wkłada zatyczki do uszu. Ale jest też jakaś upiorność w tym, że wszyscy w swoich domach odsłuchają nagranie kaźni tej kobiety, jest w tym jakiś mroczny spektakl dla ludu. I w tej historii podkreśla się też bezustannie, że ofiara była ładna. Ładna, a mimo to bił ją. Gdyby była brzydka, to jeszcze, ale nawet uroda jej nie obroniła. To mi uświadamia, jak niesamowite wdruki nami rządzą i że wszyscy je powielamy, w miastach małych i miastach dużych.

Warszawa daje więcej wolności?
Jest trochę wstrętnym miastem, ale i jedyną metropolią, gdzie można zaznać jakiejś wolności. Ma dziwną strukturę, gwałtownie się rozrasta, bardzo dużo osób przyjechało z innych miast, żyje tu w oderwaniu, zrywa z tą tradycyjną mentalnością, zaczyna los swojej rodziny jakby od nowa. Ale przez to też Warszawa jest zbiorem wielu gett: jest jak Facebook, żyjesz wśród ludzi podobnych sobie, a z innymi właściwie możesz się mijać, nie komunikować. Można tu żyć, nie mając kontaktu z Polską. I myślę, że trochę z tego też wynika nasza bezradność wobec obecnej sytuacji: można żyć eksterytorialnie, w getcie.

Piszesz, że istnieje coś, co łączy te różne światy: nałóg serialowy. Wspólny wszystkim. Oglądamy do świtu z poczuciem, że „samo się nie obejrzy”.
No tak, bo mózg zaskakująco łatwo przyzwyczaja się do rzeczy rażących. Nawet jeśli oglądasz „Klan”, to wystarczy parę odcinków przeczekać i przestajesz zwracać uwagę na to, że bohaterowie piją z pustych kubków. Mózg pożąda ciągłości i wielkich narracji. A z drugiej strony najwyższej jakości popkultura to dziś seriale. W dobie mediów społecznościowych świat się tak poszerzył i zogromniał, że małe formy, jak film i książka, przestają go unosić, mieścić. Za to seriale genialnie potrafią opowiedzieć przemianę człowieka na tle zmieniającego się świata. Książka ma na to za długi proces produkcji i promocji.

Niektóre książki są jak gotowe seriale, choćby modne i chyba przecenione „Małe życie” Yanagihary.
Nienawidzę tej książki, zmarnowała mi tydzień życia. Jechałam kiedyś samochodem, słuchając w radiu jakiejś religijnej niemal audycji, gdzie ludzie dzwonili, płakali i modlili się do bohaterów, a ja najchętniej używałabym jej jako krzesełka na balkon. Te wszystkie opisy gnijących ran, psychicznych i fizycznych, gwałtów, pobić i egzem wykończyły mnie.

W twojej książce jest też nostalgiczny rozdział o latach dwutysięcznych, kiedy jeszcze istniała wspólnota artystyczna w Warszawie.
No właśnie, kiedy pisałam ten tekst o starej Lampie [chodzi o Lampę i Iskrę Bożą, wydawnictwo, które siedzibę miało w Galerii Raster przy ul. Hożej, ówczesnym centrum życia artystycznego stolicy – red.], uświadomiłam sobie, jak szybko to wszystko przeszło do historii. To było chwilę temu, wspomnienia pozostały wyraźne, ale ten świat już się rozsypał. A raczej – uległ jakiejś transformacji. Był brzydki, ale był też trochę piękny. Ale ja nie mam wrażenia, że wspólnota artystyczna dzisiaj nie istnieje, wydaje mi się, że właśnie przeciwnie: odradzają się formy życia towarzyskiego i publicznego, które były zarzucone, np. te wielkie manifestacje. A z drugiej strony Facebook chyba wielu ludziom daje poczucie obywatelskiego spełnienia: pisanie obwieszczeń i przeklejanie memów wystarczy do poczucia, że „walczę, nie zgadzam się”. Niesamowite jest też to, że w tym szale wycinania i wklejania, takich powielań i rozmnożeń, kompletnie gdzieś zaginęła instytucja prawdy i instytucja faktów. Gazeta „Fakt” będzie musiała zaraz zmienić nazwę na „Parafakt”.

I co z tym robić? I jak z tego wyjść?
Ale byś się zdziwiła, gdybym powiedziała teraz: słuchaj, trzeba zrobić tak!

Zawsze miałaś dystans do mediów.
No bo dość wcześnie też doświadczyłam ich dość brutalnej dynamiki. To oczywiste, że media manipulują, wysysają i porzucają. Bardziej mnie zadziwiają ludzie, którzy świadomie pchają się na te ścianki, świadomie publikują zdjęcia ze swoich sypialni. Że bycie upublicznionym to są takie endorfiny i dreszcze, że chcesz jeszcze i jeszcze.

Ale piszesz coś?
Odpowiem wymijająco, że sytuacja w tej chwili w Polsce jest dla mnie fascynująca, przejmują mnie dreszczem te demony, które powychodziły z ludzi, z ziemi, ze spartaczonych przemian. Polska jest horrorem podszyta, w sensie dosłownym i metaforycznym, jest cmentarzem polskim, żydowskim. To wszystko teraz emanuje. Wcześniej mieliśmy letnią rzeczywistość, która nie stawiała oporu. Jestem ciekawa, czy tylko mnie to tak interesuje czy to będzie powszechne wzmożenie artystyczne? Bo zrobiło się tak dziwnie i psychodelicznie, że paradoksalnie może być z tego ciekawa sztuka.

rozmawiała Justyna Sobolewska

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj