Recenzja filmu: „Life”, reż. Daniel Espinosa
Solidny horror. Ale z zastrzeżeniami.
„Life”
mat. pr.

„Life”

Solidny horror, choć nadal wszystkie stereotypowe elementy kosmicznego filmu grozy są w nim zawarte. „Life” Daniela Espinosy to jest właściwie miks „Grawitacji” i „Obcego”: połączenie wątku walki astronautów o przetrwanie na rozpadającej się Międzynarodowej Stacji Kosmicznej z atakami istoty pozaziemskiej. Powtarzają się więc ujęcia krwi unoszącej się w stanie nieważności, a także sceny pościgów, gdy astronauci otwierają i zamykają za sobą szczelne grodzie po to, by odciąć się od przezroczystej rozgwiazdy (bo tak wygląda w tym filmie kosmiczna bestia). Wyrosła ona w laboratorium ISS z jednej komórki, znalezionej w próbce żwiru z Marsa.

Jednak szybko okazuje się, że rozgwiazda nie chce żyć w warunkach laboratoryjnych, nie podda się pionierskim badaniom naukowym pozaziemskiego życia, bo sama jest silna, inteligentna i wrogo nastawiona do człowieka. A do tego całkowicie odporna na miotacze ognia, niskie temperatury czy wyrzucanie jej w kosmiczną próżnię.

W scenariuszu, napisanym przez odpowiedzialnych też za dużo zabawniejsze filmy „Deadpool” i „Zombieland” Rhetta Reese'a i Paula Wernicka, wszystko, co się dzieje, zagraża astronautom. Wynika z tego ciekawy wątek w filmie: pokazanie, jak rozpada się tendencja tych naukowców do nadawania innym formom życia ludzkich cech i motywów postępowania. Jak ludzie, którzy doskonale wiedzą, jak zachowywać się w sytuacjach kryzysowych, wyłączają racjonalne myślenie i włączają biologiczny imperatyw przetrwania.

Life, reż. Daniel Espinosa, prod. USA, 103 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj