szukaj
Fragment książki "Bóg urojony"

GŁĘBOKO RELIGIJNY NIEWIERZĄCY

Nie próbuję wyobrażać sobie Boga; wystarcza mi odczucie potęgi i majestatu przyrody, o tyle, o ile możemy ją poznać za pośrednictwem naszych niedoskonałych zmysłów .
Albert Einstein



Chłopiec leży na łące. Brodę wsparł na dłoniach, wpatruje się w trawę. W pewnej chwili, niczym objawienie, ogarnia go przemożna świadomość życia toczącego się pośród splątanych źdźbeł i korzonków, fascynującego mikrokosmosu krzątających się mrówek, pszczół, a nawet - choć wtedy jeszcze niewiele wiedział na ten temat - miliardów bakterii przerabiających glebę, bezgłośnej i niewidocznej siły napędowej tej ekonomii w miniaturze. I nagle ta łąkowa mikrodżungla jak gdyby ekspanduje, zlewając się z całym Wszechświatem i z zamarłym w zachwycie umysłem kontemplującego jej piękno dziecka. Młody człowiek interpretuje to przeżycie wszechogarniającej jedności rzeczy w kategoriach religijnych i ostatecznie zawiedzie go ono na drogę kapłaństwa. Po latach, wyświęcony na anglikańskiego księdza, zostanie katechetą w mojej szkole; jednym z moich ulubionych nauczycieli. To dzięki takim jak on, przyzwoitym, liberalnym, duchownym, nikt nie może powiedzieć, że religię wtłaczano mi siłą do gardła.


W innym miejscu i innym czasie inny chłopiec - łudząco podobny do mnie - odurzony upojną wonią rozsiewaną przez tropikalne kwiaty rozkwitające nocą w afrykańskim ogrodzie, wzniósł wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu i stanął jak wryty, urzeczony wspaniałym widokiem Oriona, Kasjopei i Wielkiej Niedźwiedzicy oraz wzruszony do łez bezdźwięczną symfonią Drogi Mlecznej. Jak to możliwe, by te jakże przecież podobne momenty dogłębnego zachwytu zainspirowały mnie i mojego katechetę do wyciągnięcia przeciwstawnych konkluzji, to pytanie, na które nie da się udzielić prostej odpowiedzi.

Quasi-mistyczny stosunek do przyrody i Wszechświata jest postawą dość częstą u naukowców oraz osób o racjonalistycznym nastawieniu i nie pociąga za sobą wiary w sferę nadprzyrodzoną. Nasz katecheta za młodu, podobnie zresztą jak i ja, nie czytał jeszcze zapewne słynnego końcowego akapitu dzieła O powstawaniu gatunków, o „gęsto zarośniętym wybrzeżu" „ze śpiewającym ptactwem w gąszczach, z krążą- cymi w powietrzu owadami, z drążącymi mokrą glebę robakami". Gdyby znał tę książkę, niewykluczone, iż dostrzegłby w jej autorze bratnią duszę i zamiast ku powołaniu kapłańskiemu, podążyłby ku darwinowskiej wizji, w której wszystko „powstało wskutek praw wciąż jeszcze działających wokół nas":
Tak więc z walki w przyrodzie, z głodu i śmierci bezpośrednio wynika najwznioślejsze zjawisko, jakie możemy pojąć, a mianowicie powstawanie wyższych form zwierzęcych. Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza podlegając ścisłym prawom ciążenia dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż jeszcze się rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu.
W Błękitnej kropce Cal Sagan napisał:


Dlaczegóż żadna z wielkich religii, patrząc na naukę, nie doszła do wniosku: „Jest lepiej, niż moglibyśmy przypuszczać. Wszechświat okazał się znacznie większy, niż przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki. Zatem Bóg musi być wiele potężniejszy, niż nam się wydawało"? Zamiast tego wołają: „Nie, nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało". Religia, stara lub nowa, doceniająca wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary, których nie poruszają tradycyjne religie.


We wszystkich swych książkach Sagan dotyka strun transcendentalnego zachwytu, który od stuleci pozostawał wyłączną domeną religii. Ja czynię podobnie i w efekcie często uznaje się mnie za człowieka religijnego. Pewna amerykańska studentka napisała, że spytała swojego profesora, co sądzi na mój temat. „Cóż - usłyszała w odpowiedzi - to, co pisze, jest ściśle rzecz biorąc niezgodne z religią, ale z drugiej strony z takim uniesieniem podchodzi do przyrody i Wszechświata, że dla mnie to brzmi jak religia!". Czy jednak religia to właściwe słowo w tym kontekście? Moim zdaniem - nie. Laureat Nagrody Nobla, fizyk (i ateista) Steven Weinberg nie jest w swych poglądach odosobniony, gdy w Śnie o teorii ostatecznej pisze:

Niektórzy ludzie mają tak szeroką i elastyczną koncepcję Boga, że jest nieuchronne, iż go znajdują, ilekroć zaczną go szukać. Często słyszy się takie stwierdzenia, jak „Bóg to absolut", „Bóg to Wszechświat", „Bóg to nasza lepsza natura". Oczywiście, podobnie jak w przypadku każdego innego słowa, słowu „Bóg" można przypisać dowolne znaczenie, jakie tylko nam się podoba. Jeśli ktoś powie „Bóg to energia", może znaleźć Boga w bryłce węgla.


Weinberg ma niewątpliwie rację. Jeśli pojęcie „Bóg" ma być w ogóle do czegokolwiek przydatne, powinno się je rozumieć zgodnie z jego powszechnym użyciem, jako odnoszące się do obdarzonego nadprzyrodzoną (nadnaturalną) mocą Stwórcy, któremu „człowiek powinien oddawać cześć". Sporo wielce niefortunnych nieporozumień bierze się stąd, iż ludzie często nie potrafią odróżnić czegoś, co można by nazwać „religią typu einsteinowskiego" od religii opartej na wierze w byt nadnaturalny. Einstein nieraz „wzywał imienia Bożego" (i nie był w tym wśród uczonych- -ateistów odosobniony), a rozmaici wyznawcy religii nadnaturalnych nie omieszkali tego wykorzystać, by - nie mając rzecz jasna po temu żadnych podstaw - móc zaliczyć tego wybitnego człowieka do swego grona. Efektowne (choć należałoby je raczej uznać za przewrotne) zakończenie Krótkiej historii czasu Stephena Hawkinga - „[...] poznamy wtedy bowiem myśli Boga" - równie często jest mylnie interpretowane. Wielu ludzi dochodzi na jego podstawie do błędnego wniosku, jakoby Hawking był człowiekiem religijnym.

Książka The Sacred Depths of Nature [Świętość natury] biologa komórkowego Ursuli Goodenough pobrzmiewa jeszcze silniejszą nutą religijną niż luźne cytaty z Einsteina czy Hawkinga. Goodenough wręcz fascynuje się kościołami, meczetami i w ogóle wszelkimi świątyniami, a wiele akapitów z jej książki aż się prosi, by użyć ich jako amunicji w obronie wiary w nadnaturalne. Zresztą sama określa się mianem „religijnej naturalistki". Uważna lektura książki dowodzi jednak niezbicie, iż w istocie z Goodenough jest równie zatwardziałą ateistka, jak ja.


Określenie „naturalista" jest zresztą dość wieloznaczne. Mi na przykład nieodparcie kojarzy się z ulubionym bohaterem mojego dzieciństwa, doktorem Dolittle z ksią- żek Hugh Loftinga (który nota bene miał w sobie wiele z pewnego filozofa-naturalisty z HMS Beagle). W XVIII i XIX wieku słowo „naturalista" oznaczało z grubsza to samo, co dla większości z nas oznacza dziś - badacza świata przyrody. I już od czasów Gilberta White'a naturalistami w tym sensie byli często duchowni. Zresztą sam Darwin już jako młody człowiek nosił się z myślą o wstąpieniu do stanu duchownego. Być może żywił nadzieję, iż spokojne życie w wiejskiej parafii pozwoli mu poświęcić się jego prawdziwej pasji - żukom. Filozofowie terminem „naturalista" posługują się jednak w zupełnie innym znaczeniu, jako przeciwieństwo nadnaturalisty, czyli kogoś, kto uznaje istnienie sfery nadprzyrodzonej. Na przykład Julian Baggini tak wyjaśnia w Atheism: A Very Short Introduction [Ateizm: bardzo krótkie wprowadzenie] istotę naturalizmu dla ateisty: „Większość ateistów przyjmuje, że jakkolwiek substancja świata ma charakter czysto fizyczny, to z niej właśnie wywodzi się umysł, piękno, emocje i wartości moralne - wszystko, co czyni życie ludzkie tak złożonym i bogatym".


Myśli i emocje wyłaniają się (nazywa się to emergencją) z niebywale złożonych powiązań między strukturami w ludzkim mózgu. W tym znaczeniu ateista - jako zwolennik filozofii naturalizmu - to ktoś, kto wierzy, że nie ma nic ponad światem o charakterze czysto fizycznym, żadnej nadnaturalnej stwórczej inteligencji niedostępnej naszym zmysłom. Ateista jest też przekonany, że nie istnieje dusza trwająca dłużej niż ciało i nie ma żadnych cudów - są jedynie zjawiska naturalne, których na razie nie potrafimy wyjaśnić. Jeżeli natykamy się na zjawisko, które wydaje się wykraczać poza świat naturalny, w jego obecnym, dalece niedoskonałym rozumieniu, mamy nadzieję, że pewnego dnia, gdy tylko je lepiej poznamy, zaliczymy je do sfery naturalnej. Rozpleciona tęcza nie traci nic ze swego piękna...


Wielu - i to wybitnych - współczesnych naukowców głosi poglądy, które można by traktować jako przejaw wiary religijnej. Zwykle jednak, jeśli przeanalizujemy je nieco dokładniej, okazuje się, że sprawa nie jest wcale prosta. Tak jest choćby w przypadku Einsteina i Hawkinga. Ale nie tylko - Martin Rees, aktualnie pełniący funkcje Astronoma Królewskiego i przewodzący Royal Society, powiedział mi, że uczęszcza do kościoła jako „niewierzący anglikanin [...] z poczucia lojalności plemiennej". Jego poglądy dalekie są od teizmu, ale jak wielu innych uczonych Rees podziela ów poetycko zabarwiony naturalizm, który wyzwala w ludziach nauki piękno i majestat Wszechświata.

Nie tak dawno, podczas telewizyjnej dyskusji, próbowałem skłonić mojego przyjaciela Roberta Winstona, lekarza-położnika i jedną ze znamienitszych postaci brytyjskiej wspólnoty żydowskiej, by przyznał, że jego judaizm jest podobnej natury i że tak naprawdę nie wierzy w rzeczy nadnaturalne. Niewiele brakowało, bym swój cel osiągnął, jednak Robert nie odważył się na postawienie kropki nad „i" (muszę lojalnie zaznaczyć, że faktycznie to on przeprowadzał wywiad ze mną, a nie ja z nim). Niemniej, gdy go tak naciskałem, przyznał, że wiara jest przede wszystkim czymś, co pomaga mu ująć się w karby i wieść uczciwe, dobre życie. Być może to prawda, ale przecież nie ma to żadnego związku z realnością nadnaturalnych elementów religii. Jest zresztą wielu intelektualistów, którzy z dumą podkreślają swoją żydowskość i uczestniczą w żydowskich rytuałach religijnych. Być może kieruje nimi poczucie lojalności wobec odwiecznej tradycji albo wobec pomordowanych bliskich. Niewykluczone jednak, że ich głównym motywem jest owa błędna - i w błąd wprowadzająca - skłonność, by „religią" nazywać panteistyczny zachwyt nad Wszechświatem, który wielu z nas dzieli z bodaj najwybitniejszym reprezentantem tej postawy, Albertem Einsteinem. Ci ludzie nie tyle wierzą w Boga, ile - pozwolę się posłużyć w tym momencie sformułowaniem filozofa Daniela Dennetta - „wierzą w wiarę".


Jedną z najchętniej cytowanych uwag Einsteina jest „Nauka bez religii jest ułomna, religia bez nauki jest ślepa". Ale Einstein przy innej okazji napisał:


To oczywiście kłamstwo, co czytałaś o mojej religijności; kłamstwo, które jest raz po raz powtarzane. Nie wierzę w osobowego Boga i zawsze otwarcie się do tego przyznawałem. Gdybym jednak musiał znaleźć w sobie coś, co miałoby aspekt religijny, to byłaby to bezgraniczna fascynacja strukturą świata, jaką ukazuje nam nauka.


Czy to oznacza, że Einstein był człowiekiem, którego nurtowały wewnętrzne sprzeczności? Czyżby każda strona sporu mogła sobie wybrać z jego spuścizny to, co jej odpowiada? Nie! Po prostu dla Einsteina słowo „religia" znaczyło coś zupełnie innego, niż się potocznie rozumie. Poniżej zajmę się właśnie tym rozróżnieniem miedzy religią jako wiarą w byt nadnaturalny a religią w ujęciu Einsteinowskim. I proszę pamiętać, że gdy piszę o „Bogu urojonym", odnoszę się wyłącznie do boskości nadnaturalnej.
Oto garść kolejnych cytatów z Einsteina, które dają pojęcie o jego religii:


Jestem głęboko wierzącym ateistą. [...] Jest to poniekąd zupełnie nowy rodzaj religii.


Nigdy nie przypisywałem Przyrodzie celowości, zamiarów ani jakichkolwiek innych cech, które można by uznać za antropomorficzne. Widzę przede wszystkim jej wspaniałą strukturę, którą pojmujemy w bardzo ograniczonym stopniu, a która z konieczności wywołuje u każdego myślącego człowieka poczucie znikomości. Stanowi to iście religijne przeżycie, które wszakże nie ma nic wspólnego z mistycyzmem.


Koncepcja osobowego Boga jest mi zupełnie obca i uważam ją wręcz za naiwną.


Po śmierci Einsteina wielu apologetów religii usiłowało przedstawiać tego wielkiego uczonego jako opowiadającego się po ich stronie (nadal próbują i skądinąd można ich zrozumieć). Za życia postrzegano go jednak zupełnie inaczej. W roku 1940 Einstein opublikował słynny artykuł, w którym wyjaśniał, co chciał powiedzieć, stwierdzając: „nie wierzę w osobowego Boga". Ta jego publiczna wypowiedź (i inne utrzymane w tym duchu) wywołała bardzo gwałtowną reakcję, zwłaszcza ze strony religijnych fanatyków. Zachowało się wiele nadesłanych wówczas listów, z których większość zawierała aluzje do żydowskiego pochodzenia Einsteina. Poniższe cytaty zaczerpnąłem z książki Einstein and Religion Maxa Jammera (skąd pochodzi również większość cytowanych przeze mnie wypowiedzi samego Einsteina na temat religii). Tak więc rzymskokatolicki biskup Kansas City napisał, co następuje: „To smutne, gdy patrzy się, jak ktoś, kto wywodzi się z ludu Starego Testamentu i jego nauki, odrzuca wielką tradycję swojej rasy".

Inny katolicki duchowny wtórował: „Nie ma innego Boga niż Bóg osobowy [...] Einstein nie wie, o czym mówi. Myli się w zupełności. Niektórzy ludzie sądzą, że skoro osiągnęli wysoką biegłość w pewnej dziedzinie, daje im to prawo do wyrażania opinii we wszystkich pozostałych". Zaiste - pojmowanie religii jako dziedziny, o której mogą się wypowiadać wyłącznie biegli eksperci, to oryginalny osąd. Można by się założyć, że duchowny ów, chcąc zakwestionować istnienie wróżek, nie udałby się po ekspertyzę do specjalisty w zakresie kształtu i barw skrzydeł wróżki. Tymczasem i on, i biskup uznali, że Einstein, nie mając teologicznego przygotowania, nie może pojąć idei Boga. On jednak rozumiał ją doskonale i dlatego negował jego istnienie.


Pewien katolicki prawnik pracujący na rzecz jednej ze wspólnot ekumenicznych napisał do Einsteina:


Z najgłębszym żalem przyjęliśmy pańskie oświadczenie [...] w którym ośmiesza pan ideę osobowego Boga. Nic w ciągu ostatnich dziesięciu lat tak silnie jak pańska wypowiedź nie przyczyniło się do wzbudzenia w ludziach przekonania, że Hitler miał nieco racji, dążąc do wygnania Żydów z Niemiec. Uznając pańskie prawo do korzystania z wolności słowa, czuję się w obowiązku stwierdzić, że poprzez swoje wypowiedzi staje się pan poważnym zagrożeniem dla porządku publicznego w Ameryce.


Z kolei rabin Nowego Jorku oświadczył: „Pan Einstein jest bez wątpienia wielkim uczonym, ale jego poglądy religijne są głęboko sprzeczne z judaizmem". „Ale"? „Ale?!" Dlaczego nie „i"?


List od przewodniczącego towarzystwa historycznego z New Jersey tak dobitnie ilustruje słabość religijnego umysłu, że warto go przeczytać co najmniej dwukrotnie:


Szanujemy pańską wiedzę, doktorze Einstein, lecz jest jedna rzecz, której najwyraźniej pan się dotąd nie pojął - Bóg jest duchem i nie sposób go wykryć za pomocą mikroskopu czy teleskopu, tak samo, jak nie odnajdziemy ludzkich myśli ani emocji, badając mózg. Wszyscy wiedzą, że religia opiera się na Wierze, nie na wiedzy. Zapewne każdy myślący człowiek przeżywa czasem chwile religijnego zwątpienia. Moja wiara też niejednokrotnie słabła. Nigdy jednak nikomu nie zdradziłem mych duchowych wątpliwości, a to z dwóch powodów: (1) obawiałem się, iż samym napomknięciem o nich mógłbym zniszczyć życie i pozbawić nadziei bliźnią istotę; (2) zgadzam się z przeczytanym niegdyś zdaniem: „Mały to człowiek, który niszczy wiarę w innym". [...]


Mam nadzieję, doktorze Einstein, że został pan błędnie zacytowany i że pewnego dnia powie Pan coś znacznie przyjemniejszego tym rzeszom Amerykanów, które chciałyby pana szanować.


Cóż za przerażająca szczerość! Zdanie w zdanie ocieka wprost moralnym i intelektualnym tchórzostwem!


Mniej żałosny - choć jeszcze bardziej szokujący - był list od założyciela Calvary Tabernacle Association z Oklahomy:


Profesorze Einstein. Wierzę, że każdy chrześcijanin w Ameryce ma panu tylko jedną rzecz do powiedzenia: „Nie porzucimy wiary w naszego Boga i w Jego Syna Jezusa Chrystusa i wzywamy cię, skoro nie wierzysz w Boga tego narodu, byś wrócił tam, skąd przybyłeś!".
Dotychczas czyniłem wszystko, co w mej mocy, by być błogosławieństwem dla ludu Izraela, ale teraz pojawiłeś się ty i jednym chlapnięciem swego bluźnierczego języka uczyniłeś tyle szkody swojemu ludowi, że wysiłki wszystkich miłujących plemię Izraela chrześcijan, którzy pracują nad tym, by wymieść antysemityzm z tego kraju, poszły na marne.


Profesorze Einstein! Amerykańscy chrześcijanie mogą powiedzieć panu tylko jedno: „Zabieraj swą szaloną, fałszywą teorię ewolucji i wracaj do Niemiec, skąd przyjechałeś, albo zaprzestań prób podważania naszej wiary - wiary narodu, który przyjął cię, gdy wygnano cię z twojej ojczystej ziemi!".


Cytowani powyżej teistyczni krytycy Einsteina w jednym mieli całkowitą rację - wielki uczony na pewno nie był jednym z nich. Einstein był wprost oburzony, ilekroć ktoś sugerował mu, że jest teistą. Czyżby więc był deistą, jak Wolter lub Diderot? A może panteistą jak Spinoza, do którego filozofii odnosił się zresztą z wielkim szacunkiem („Wierzę w Boga Spinozy, przejawiającego się w harmonii wszystkiego, co istnieje, a nie w Boga, który zajmowałby się losem i uczynkami każdego człowieka" ).


Zajmijmy się więc przez chwilę kwestiami terminologicznymi. Teista wierzy, że istnieje nadnaturalna inteligencja; byt, który oprócz swego najważniejszego dzieła, jakim było stworzenie świata, wciąż pozostaje w tym świecie immanentnie obecny, nadzorując i wyznaczając losy stworzonych przez siebie istot. Na ogół w teistycznych systemach wierzeń bóstwo bezpośrednio uczestniczy w życiu ludzi. Odpowiada na modły, wybacza grzechy lub je karze, poprzez cuda ingeruje w bieg ludzkich spraw, ocenia dobro i zło naszych uczynków, wiedząc zawsze, kiedy je popełniamy (a nawet, kiedy tylko myślimy o tym, by je popełnić). Deista co prawda także wierzy w nadprzyrodzony inteligentny byt, ale przyjmuje, że jego aktywność w zasadzie ograniczyła się do ustanowienia praw rządzących światem. Bóg deisty nie ingeruje w bieg ziemskich spraw, a już na pewno nie przejmuje się jakoś szczególnie ludzkimi problemami.

Panteista nie wierzy w ogóle w jakiegokolwiek Boga, w jakikolwiek nadprzyrodzony byt. Dla niego Bóg jest synonimem Natury, Wszechświata, czy wreszcie praw nimi rządzących; pojęciem pozbawionym wszelkich nadnaturalnych konotacji. Różnica między deistami a teistami polega na tym, iż Bóg tych pierwszych nie wysłuchuje modlitw, nie zajmuje się grzechami ani wyznaniami winy, nie czyta w naszych myślach i nie ingeruje w bieg ziemskich spraw poprzez arbitralnie dokonywane cudy. Natomiast od panteistów deiści różnią się tym, że ich Bóg pozostaje jednak jakąś odrębną inteligencją o wymiarze kosmicznym, nie zaś - do czego w zasadzie sprowadza się panteizm - poetycką metaforą czy synonimem praw rzą- dzących Wszechświatem. Panteizm to w gruncie rzeczy taki nieco podrasowany ateizm, podczas gdy deizm to rozwodniony teizm.


Mamy wszelkie powody, by uważać słynne bon moty Einsteina, jak „Pan Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy", „Pan Bóg nie gra z nami w kości", „Czy Bóg, stwarzając Wszechświat, miał jakiś wybór?", za wypowiedzi panteistyczne; nie deistyczne, a już na pewno nie teistyczne. „Pan Bóg nie gra z nami w kości" oznacza tylko tyle, że losowość nie może być zasadą wszechrzeczy; pytanie, czy Bóg miał jakiś wybór, tworząc Wszechświat, to po prostu pytanie o to, czy początek Wszechświata mógł wyglądać inaczej. Bóg Einsteina to swoista poetycka metafora. Podobnie jak Bóg Stephena Hawkinga oraz większości fizyków, którym zdarza się od czasu do czasu odwoływać do religijnych metafor. Paul Davies w książce Plan Stwórcy lokuje się gdzieś pomiędzy einsteinowskim panteizmem a dość nieokreślonym deizmem - za co zresztą uhonorowany został Nagrodą Templetona (jest to znaczna suma pieniędzy, którą Fundacja Templetona co roku przyznaje tym naukowcom, którzy gotowi są powiedzieć coś dobrego o religii).


Pozwolę sobie może podsumować einsteinowską religię jeszcze jednym cytatem z samego Einsteina: „Poczucie, że ponad wszystkim, czego możemy doświadczać, jest też coś, czego nasze umysły nie potrafią ogarnąć, czego piękno i subtelność nie ukazuje się nam bezpośrednio i co z trudem poddaje się refleksji, jest religijnością. W tym sensie jestem człowiekiem religijnym". W takim sensie ja również jestem człowiekiem religijnym, z tym jedynie zastrzeżeniem, że „czego nasze umysły nie potrafią ogarnąć" nie musi oznaczać, iż pozostanie to na zawsze „niepojęte". Wolę jednak nie nazywać tego religijnością, gdyż byłoby to mylące. Więcej, byłoby to szkodliwe, jako że dla olbrzymiej większości ludzi „religijny" oznacza „nadprzyrodzony". Doskonale wyraził to Cal Sagan: „[...] jeśli pod pojęciem „Boga" rozumieć zestaw praw fizycznych, które rządzą Wszechświatem, to taki Bóg bez wątpienia istnieje, ale trudno uznać go za emocjonalnie satysfakcjonującego [...] Przecież nie ma sensu modlić się do prawa grawitacji".


Zabawne, ale podobne zdanie padło kiedyś z ust wielebnego dr. Fultona J. Sheena, profesora Catholic University of America, a to w ramach bezpardonowego ataku na Einsteina, rozpętanego w 1940 roku po opublikowaniu artykułu, w którym zakwestionował on ideę osobowego Boga. Sheen tonem pełnym sarkazmu spytał wówczas, czy ktokolwiek byłby gotów oddać życie za Drogę Mleczną. Najwyraźniej był święcie przekonany, że argument ten przemawia przeciwko, a nie za Einsteinem, gdyż następnie dodał: „W «kosmicznej» religii pana Einsteina jest w zasadzie jeden jedyny błąd - niepotrzebnie umieścił on literę «s» w środku słowa".
Poglądy Einsteina oczywiście trudno uznać za komiczne, wolałbym jednak, by fizycy nie nadużywali słowa „Bóg" w jego metaforycznym sensie. Oczywiście, metaforycznego i panteistycznego Boga fizyków dzielą lata świetlne od czytającego w ludzkich myślach, karzącego za grzechy, wysłuchującego modlitw i czyniącego cuda Boga księży, mułłów i rabinów (jak i Boga w potocznym rozumieniu). Niemniej świadome zacieranie różnicy między tymi pojęciami należałoby, moim zdaniem, traktować jako akt zdrady intelektualnych standardów.


 „Bóg urojony" w tytule mojej książki nie odnosi się do Boga Einsteina lub innych ludzi nauki, na których powoływałem się w poprzednim podrozdziale. Właśnie dlatego musiałem zacząć od odróżnienia religijności typu einsteinowskiego, by zwrócić uwagę, że często jest ona bezzasadnie przywoływana w dyskusjach, a mało kto zdaje sobie sprawę, na czym faktycznie polega. Załatwiwszy definitywnie tę sprawę, od tej chwili zajmować się będę wyłącznie bogami nadnaturalnymi, spośród nich zaś najlepiej znany większości moich czytelników jest bez wątpienia Jahwe, Bóg Starego Testamentu. Zaraz do niego przejdziemy, lecz nim zakończę ten wprowadzający rozdział, muszę wyjaśnić jeszcze jedną rzecz, która mogłaby utrudniać właściwy odbiór całej książki. To kwestia wrażliwości na uczucia drugiego człowieka. Wierzący czytelnicy mogą się poczuć urażeni moim wywodem i uznać, że nie traktuję z należytym szacunkiem ich najbardziej osobistych przekonań (lub przekonań innych). Szkoda, gdyby z tego względu ktokolwiek zrezygnował z dalszej lektury, chciał- bym więc już na wstępie postawić sprawę jasno. Otóż w naszym społeczeństwie powszechnie (również przez niewierzących) akceptowany jest pogląd, iż przekonania religijne to domena szczególnie drażliwa, więc należy je chronić grubym murem wymuszonego szacunku; że przysługuje im nadzwyczajny immunitet niewystępujący w żadnej innej sferze życia społecznego. Tuż przed śmiercią Douglas Adams tak świetnie wyraził to podczas zaimprowizowanego wystąpienia w Cambridge, że nigdy nie mogę się powstrzymać się, by go nie zacytować:


Religia [...] ma w swoim centrum idee, które nazywamy świętymi, uświęconymi albo podobnie. [...] tak naprawdę oznacza ona „Oto idea albo pogląd, o którym nie wolno ci mówić nic złego; po prostu nie wolno. Dlaczego nie? Bo nie!". Jeżeli ktoś głosuje na partię, której jesteś przeciwny, możesz kłócić się z nim ile chcesz; wszyscy mogą się kłócić, ale nikt nie poczuje się dotknięty. Jeżeli ktoś uważa, że należy podnieść albo zmniejszyć podatki, wolno ci się na ten temat spierać, jeśli jednak ktoś powie: „Nie wolno mi w sobotę włączyć światła", mówisz: „Świetnie, szanuję to". Co dziwne, nawet mówiąc to, zastanawiam się, czy jest na sali jakiś ortodoksyjny żyd, który może poczuć się obrażony moimi słowami, a podczas wysuwania innych argumentów nie wpadło mi do głowy zastanawiać się, czy jest ktoś z lewego skrzydła albo ktoś z prawego skrzydła [...].


Dlaczego całkiem uzasadnione jest popieranie Partii Pracy albo Partii Konserwatywnej, Republikanów albo Demokratów, wyznawanie tego czy innego modelu gospodarki, wiara w Macintosha zamiast w Windows, a posiadanie opinii o tym, jak zaczął się świat, kto stworzył Wszechświat nie - bo to święte? [...] Przyzwyczailiśmy się nie kwestionować idei religijnych, bardzo jednak interesujące, jakie poruszenie wywołuje Richard, kiedy to robi. Wszyscy dostają szału, ponieważ nie wolno podobnych rzeczy mówić. Jeśli jednak spojrzeć racjonalnie, nie ma żadnego powodu, dlaczego idee religijne nie powinny być tak samo przedmiotem dyskusji, jak wszelkie inne. Poza tym, że jakoś wszyscy zaakceptowaliśmy, iż nie powinno się tego robić.


Oto jeden z przykładów zdecydowanie nadmiernego szacunku, jaki nasze społeczeństwo żywi wobec religii, dotykający zresztą bardzo istotnej sfery życia. Otóż wciąż najłatwiej uniknąć powołania do wojska, powołując się na przekonania religijne. Człowiek może być wybitnym filozofem moralności, autorem nagradzanej rozprawy o okrucieństwach wojny, a i tak przed komisją poborową będzie się musiał gęsto tłumaczyć, dlaczego to sumienie nie pozwala mu zabijać. Tymczasem wystarczy, że ktoś powie, że jedno (jeszcze lepiej oboje) z jego rodziców byli kwakrami, i ma sprawę z głowy. I zupełnie nieistotne, czy potrafi w ogóle przekonująco uzasadnić swoje pacyfistyczne poglądy. Ba! Może nie mieć zielonego pojęcia o kwakryzmie.


Na przeciwnym krańcu natomiast mamy z kolei podszytą tchórzostwem niechęć do nazywania rzeczy po - religijnym - imieniu, gdy mowa o stronach konfliktów zbrojnych. W Irlandii Północnej eufemistycznie mówimy o „nacjonalistach" i „lojalistach", zamiast wprost o katolikach i protestantach. Sam termin „religia" jest praktycznie nieobecny w relacjonowaniu tego konfliktu - nie ma wojny religijnej, są tylko „starcia między społecznościami". Po angloamerykańskiej inwazji z 2003 roku Irak stał się areną sekciarskiej wojny domowej między dwoma odłamami islamu - sunnitami i szyitami. Jak nic, konflikt o podłożu czysto religijnym! A weźmy na przykład „Independent" z 20 maja 2006 roku i na pierwszej stronie (w nagłówku i w treści artykułu) przeczytamy o „czystkach etnicznych". Przecież w tym kontekście „etniczny" to oczywisty eufemizm. To, co obserwujemy w Iraku, to niewątpliwie czystki religijne. Podobnie było w przypadku powszechnego używania określenia „czystki etniczne" w odniesieniu do byłej Jugosławii - chodziło o czystki religijne, w których udział brali prawosławni Serbowie, katoliccy Chorwaci i muzułmańscy Bośniacy.


Już wcześniej zwracałem uwagę na bezzasadne uprzywilejowanie religii w publicznych dyskusjach nad kwestiami etycznymi, toczonych tak w mediach, jak i na szczeblu rządowym6. Gdy tylko wystąpią jakieś kontrowersje związane z moralnością seksualną bądź z kwestiami reprodukcyjnymi, można się w ślepo założyć, że w przeróżnych ważnych komisjach zasiądą reprezentanci wszelkich możliwych wyznań religijnych i oni będą się też przede wszystkim wypowiadać w radiowych czy telewizyjnych panelach. Oczywiście nie postuluję, byśmy, sprzeniewierzając się własnym wartościom, w jakikolwiek sposób ograniczali swobodę wypowiedzi tych ludzi. Tylko dlaczego jak jeden mąż ustawiamy się do nich w kolejce, jak gdyby mieli w tych sprawach więcej do powiedzenia niż filozofowie moralności, prawnicy specjalizujący się w problematyce rodzinnej czy też lekarze.


A oto kolejny - aberracyjny wręcz - przykład uprzywilejowania religii. 21 lutego 2006 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, powołując się na amerykańską konstytucję, zadecydował, że członków pewnej kongregacji religijnej ze stanu Nowy Meksyk nie dotyczy prawo, któremu bezwzględnie podlegają wszyscy inni amerykańscy obywatele, a mianowicie zakaz przyjmowania środków halucynogennych7. Otóż musimy wiedzieć, że wyznawcy kościoła Centro Espirita Beneficiente Uniao do Vegetal wierzą, iż osiągają kontakt z Bogiem jedynie po napiciu się rytualnego naparu („herbatki") zwanego ayahuasca, który zawiera zakazany związek halucynogenny - dimetylotryptaminę. Warto zauważyć, że dla sądu wystarczające było, iż ci ludzie wierzą, że środek ten wprowadza ich w stan wyższej świadomości. Nie musieli przedstawiać na to żadnych dowodów. Z kolei istnieje mnóstwo dowodów, że marihuana skutecznie eliminuje mdłości i inne przykre odczucia występujące u chorych na raka poddanych chemioterapii. Jednakże rok wcześniej, w 2005, tenże sam Sąd Najwyższy, również powołując się na konstytucję, uznał, że pacjenci zażywający marihuanę w celach leczniczych mają być ścigani na mocy prawa federalnego (i to nawet w tych nielicznych stanach, gdzie terapia taka była wcześniej uznawana za legalną). Religia zawsze górą! Czy można sobie wyobrazić, by jakiś sąd dał wiarę na przykład stowarzyszeniu miłośników sztuki, że ich zdaniem halucynogeny pomagają zrozumieć malarstwo impresjonistyczne czy dzieła surrealistów. Tymczasem gdy z takim roszczeniem występuje Kościół, znajduje posłuch nawet w Sądzie Najwyższym. Oto potęga religii jako magicznego klucza otwierającego wszystkie drzwi.


Siedemnaście lat temu byłem jednym z trzydziestu sześciu pisarzy i artystów, do których „New Statesman" zwrócił się z prośbą o napisanie apelu w obronie wybitnego pisarza Salmana Rushdiego8, który za napisanie powieści obłożony został przez imamów fatwą, co faktycznie oznaczało wyrok śmierci. Rozsierdzony „wyrazami zrozumienia" dla „urażonych" uczuć jakoby „skrzywdzonych" mahometan, jakie często padały wówczas ze strony przywódców chrześcijańskich, a nawet niektórych świeckich autorytetów, użyłem następującej analogii:


Gdyby rzecznicy apartheidu mieli dość oleju w głowie, powinni stwierdzić - o ile mi wiadomo, byłoby to twierdzenie prawdziwe - że zgoda na mieszanie się ras jest sprzeczna z ich religią. Ich oponenci w znakomitej większości położyliby wówczas uszy po sobie. I nie przyjmuję do wiadomości, że jest to z mojej strony nieuczciwy argument, bo przecież apartheid nie ma żadnych racjonalnych podstaw. Wszak sednem religii jest właśnie niezależność od racjonalnego osądu, to ona sama jest źródłem własnej potęgi i chwały. Od wszystkich innych wymaga się przedstawienia silnych argumentów na obronę swoich przesądów, ale gdy tylko poprosimy osobę wierzącą, by spróbowała jakoś uzasadnić swą wiarę, z miejsca okaże się, że oto naruszyliśmy jej „wolność religijną".


Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że z czymś podobnym spotykać się też będziemy w XXI wieku. „Los Angeles Times" z 10 kwietnia 2006 roku informuje, że na wielu amerykańskich kampusach grupy chrześcijańskich studentów pozywają do sądu władze swoich uczelni za wprowadzanie przepisów antydyskryminacyjnych, w tym zakazu prześladowania i obrażania homoseksualistów. Zresztą nie tylko studenci - w 2004 roku James Nixon, dwunastolatek z Ohio, uzyskał sądową zgodę na przychodzenie do szkoły w T-shircie z napisem „Homoseksualizm to grzech, islam to kłamstwo, aborcja to morderstwo. Białe jest białe, a czarne jest czarne"9. Wcześniej szkoła zakazała mu noszenia tego podkoszulka, ale wtedy rodzice pozwali dyrekcję szkoły do sądu. Gdyby w swojej skardze powołali się na wolność słowa, jaką gwarantuje pierwsza poprawka do amerykańskiej konstytucji, proces dotyczyłby kwestii sumienia. Nie zrobili tego - prawnicy Nixonów odwołali się do konstytucyjnie zagwarantowanej wolności wyznania. Ich uwieńczony sukcesem pozew uzyskał pełne poparcie Alliance Defense Fund of Arizona, organizacji, która deklaruje jako swój cel „wspieranie prawnej batalii o wolność religijną".


Wielebny Rick Scarborough, który osobiście zaangażował się w wiele podobnych spraw wytaczanych przez chrześcijan żądających uznania religii jako prawnej podstawy dyskryminacji homoseksualistów (i innych grup), określił tę falę pozwów mianem „XXI-wiecznej kampanii na rzecz praw człowieka": „chrześcijanie upominają się o swe prawo do bycia chrześcijaninem". Wyjaśnię raz jeszcze - gdyby ci ludzie upominali się o prawo do wolności wypowiedzi, pewnie, acz, nie ukrywam, że z ociąganiem, stanąłbym po ich stronie. Ale im chodzi o coś zupełnie innego. „Prawo do bycia chrześcijaninem" to dla nich prawo do wtykania nosa w prywatne życie innych ludzi. Pozew o uznanie prawa do dyskryminowania homoseksualistów złożony był jako skarga na rzekomą dyskryminację na tle wyznaniowym. I amerykański system prawny to dopuszcza! Nikt wiele nie zdziała, mówiąc: „Nie możesz mi zabronić obrażania homoseksualistów, bo to narusza moją wolność przesądów", ale jeśli tylko stwierdzi, że narusza to jego wolność wyznania... Zgadnijcie, co się stanie. I znów okaże się, że religia ma moc niemal magiczną.


Pozwolę sobie zakończyć ten rozdział opisem konkretnego przypadku, który wymownie ilustruje zdecydowanie nadmierny respekt, jakim obdarzamy religię; znacznie przewyższający szacunek, jaki winniśmy okazywać innym ludziom i ich sprawom. Cała afera wybuchła w lutym 2006 roku. We wrześniu poprzedniego roku duńska gazeta „Jyllands-Posten" opublikowała dwanaście karykatur proroka Mahometa. Przez trzy bite miesiące niewielka grupka mieszkających na stałe w Danii muzułmanów (pod wodzą dwóch imamów, którzy kiedyś uzyskali w tym kraju azyl) wytrwale i systematycznie dokładała wszelkich starań, by wzbudzić „święte oburzenie" wyznawców islamu na całym świecie. Pod koniec 2005 roku owi niegodziwi azylanci udali się w podróż do Egiptu, wioząc ze sobą kompletne dossier, które następnie zostało skopiowane i rozkolportowane po wszystkich krajach islamskich, w tym - co odegrało istotną rolę - w Indonezji. Owo dossier zawierało całą masę kompletnie fałszywych informacji, na przykład o rzekomym prześladowaniu muzułmanów w Danii, czy też (co już było w pełni świadomą manipulacją), że „Jyllands-Posten" to gazeta rządowa. Były w nim reprodukcje nie tylko dwunastu karykatur, które duńska gazeta opublikowała kilka miesięcy wcześniej, ale i trzy inne wizerunki, niewiadomego pochodzenia, ale na pewno niemające najmniejszego związku z Danią.

W odróżnieniu od oryginalnych obrazków, te trzy dodatkowe rzeczywiście były obraźliwe - a raczej byłyby, gdyby, co twierdziła islamska propaganda, faktycznie przedstawiały Mahometa. Największe szkody poczynił jeden z nich, nawet nie rysunek, lecz przefaksowana fotografia brodatego mężczyzny w masce o kształcie świńskiego ryja. Później okazało się, że było to zdjęcie wykonane przez fotoreportera z Associated Press na zorganizowanym podczas jarmarku w jednej z francuskich wiosek konkursie na najlepsze naśladowanie świńskiego kwiku. W każdym razie fotografia nie miała absolutnie nic wspólnego ani z prorokiem Mahometem, ani z islamem, ani z Danią, niemniej muzułmańscy aktywiści podczas swej obliczonej na wywołanie jak największej awantury wyprawy do Kairu dawali niedwuznacznie do zrozumienia, że ten związek istnieje... Skutki były do przewidzenia.


Starannie prowokowane gniew i oburzenie znalazły swą wybuchową kulminację w pięć miesięcy po opublikowaniu karykatur. Demonstranci w Pakistanie i Indonezji zaczęli palić duńskie flagi (zaiste ciekawe, skąd je mieli?) i pojawiły się histeryczne żądania, by duński rząd wystosował oficjalne przeprosiny. (Przeprosiny?! Za co? Rząd tych karykatur ani nie narysował, ani nie opublikował. Duńczycy po prostu żyją w kraju, gdzie panuje wolność prasy - ale to większości obywateli krajów islamskich raczej trudno pojąć.) Wkrótce potem gazety w Norwegii, Niemczech, Francji, a nawet w Stanach Zjednoczonych (ale znamienne, że nie w Wielkiej Brytanii!) przedrukowały oryginalne karykatury w geście solidarności z „Jyllands-Posten", co tylko jeszcze dolało oliwy do ognia. Ogłoszono bojkot duńskich towarów, obywatele Danii (a w istocie wszystkich krajów Zachodu) stali się obiektem fizycznych ataków. W Pakistanie podpalono chrześcijańskie kościoły (w ogóle z Danią, a nawet Europą, niepowiązane). W Libanie zginęło dziewięć osób, gdy sfanatyzowany motłoch zaatakował i podpalił włoski konsulat w Benghazi. German Greer napisał wtedy, że jedyna rzecz, jaką ci ludzie uwielbiają i potrafią robić, to niszczycielska anarchia.


Pewien pakistański imam wyznaczył nagrodę w wysokości miliona dolarów za „głowę duńskiego rysownika". Nie wiedział nawet, że rysowników było aż dwunastu. Bardzo możliwe zresztą, że nie zdawał sobie też sprawy, że trzy najbardziej obraźliwe wizerunki nie miały nic wspólnego z „Jyllands-Posten" (a swoją drogą ciekawe, skąd wziąłby ten milion). W Nigerii muzułmanie protestujący przeciw duńskim karykaturom zaczęli podpalać chrześcijańskie kościoły i z maczetami rzucili się na chrześcijańskich przechodniów. Kilku czarnych Nigeryjczyków zostało rozsiekanych na kawałki. Jednemu chrześcijaninowi nałożono oponę, polano benzyną i podpalono. W tym samym czasie demonstracje odbywały się też na terenie Wielkiej Brytanii. Na zdjęciach z tych manifestacji widać ludzi z transparentami „Zabić tych, którzy obrażają islam", „Europo - zapłacisz za to! Zemsta nadchodzi!" (Europe you will pay: Demolition is on its way) i „Uciąć głowę każdemu, kto obraża islam". Na szczęście nasi politycy szybko nam wyjaśnili, że islam jest religią pokoju i miłosierdzia.


Już po opadnięciu głównej fali zamieszek dziennikarz Andrew Mueller przeprowadził wywiad z sir Iqbalem Sacranie14, uchodzącym za najbardziej umiarkowanego spośród przywódców społeczności brytyjskich muzułmanów. Może i jest on umiarkowany jak na standardy islamskie, ale trudno zapomnieć, że gdy Salman Rushdie został skazany na śmierć za napisanie powieści, sir Iqbal indagowany na tę okoliczność oświadczył: „Kara śmierci to dla niego za mało!". Jakże sromotny zachodzi tu kontrast z jego poprzednikiem, nieżyjącym już dr. Zakim Badawim - ten odważny człowiek zaoferował wówczas Rushdiemu schronienie we własnym domu. Podczas wywiadu Sacranie tłumaczył Muellerowi, jak bardzo przejęła go sprawa duńskich karykatur. Mueller też się nimi przejął, ale z innych względów: „Martwi mnie ta absurdalna i zupełnie nieproporcjonalna reakcja na kilka niezbyt śmiesznych rysunków opublikowanych w jakiejś skandynawskiej gazetce. Może to świadczyć, że istotnie [...] islam i Zachód są fundamentalnie odmienne". Później Sacranie chwalił brytyjską prasę za nieprzedrukowanie karykatur, Mueller jednak wyraził podejrzenie, że „ta postawa naszych gazet była nie tyle wyrazem troski o uczucia muzułmanów, ile wynikała z obawy przed powybijanymi oknami".


W dalszej części programu Sacranie wyjaśniał, że „Osoba Proroka, niech spoczywa w pokoju, jest otaczana w świecie muzułmańskim tak głęboką czcią, tak wielką miłością i uczuciem, że wręcz nie sposób wyrazić tego słowami. To ktoś więcej niż twoi rodzice, twoi najbliżsi, twoje dzieci. To jest nieodłączna część naszej wiary. A poza tym nauka islamu zakazuje sporządzania jakichkolwiek wizerunków Proroka". Mueller skomentował tę wypowiedź następująco:


[Słowa Sacraniego] wskazują, że wartości, jakie głosi islam, uznawane są za ważniejsze od wszelkich innych wartości - zgodzi się z tym zapewne każdy muzułmanin, podobnie jak każdy wyznawca jakiejkolwiek innej religii jest przekonany, że jedynie jego wiara jest prawdą i światłem. Jeżeli ludzie chcą kochać jakiegoś kaznodzieję z VII wieku bardziej niż własną rodzinę, wolno im. Ale nie wolno zmuszać nikogo innego, by traktował coś takiego poważnie [...].


Tyle że jeśli ktoś nie traktuje „czegoś takiego" poważnie i nie okazuje „należytego szacunku", naraża się na fizyczne niebezpieczeństwo i to poważniejsze, niż grozić mogło człowiekowi ze strony jakiejkolwiek religii od czasów średniowiecza. Można się oczywiście zastanawiać, po co cała ta przemoc, skoro - jak zauważył Mueller - „jeśli którykolwiek z tych waszych błaznów miałby choć źdźbło racji, to przecież rysownicy i tak trafią do piekła. Czy to nie wystarczy? A jeśli naprawdę uważacie to za znieważanie muzułmanów, to radzę poczytać raporty Amnesty International dotyczące Syrii czy Arabii Saudyjskiej".


Wielu ludzi zwróciło również uwagę na radykalny kontrast między histeryczną reakcją muzułmanów a gotowością arabskich mediów do publikowania stereotypowych antysemickich karykatur. Świat obiegła na przykład fotografia odzianej w czarną parandżę i czarczaf uczestniczki jednej z antyduńskich manifestacji w Pakistanie, która dzierżyła wielki transparent z napisem „Niech Bóg błogosławi Hitlera".


W odpowiedzi na całe to sztucznie rozpętane szaleństwo porządne liberalne gazety potępiły przemoc i deklamowały formułki o wolności słowa. Jednocześnie wyraziły „szacunek" i „współczucie" dla muzułmanów, którzy jakoby bardzo „ucierpieli" z powodu „krzywdy" i „obrazy", jaka ich dotknęła. Jakie cierpienie? Jaka krzywda? Przecież nikt nikomu nie zadał żadnego bólu, nie było najmniejszej przemocy. Wszystko sprowadzało się do kilku kropli drukarskiej farby w gazecie, o której nikt poza Danią nikt by nigdy nie usłyszał, gdyby nie perfidnie sterowana kampania podburzania i siania zamętu.


Oczywiście nie jestem zwolennikiem obrażania kogokolwiek dla zasady. Tyle że wciąż intryguje mnie i napawa zdumieniem nadmierne uprzywilejowanie religii w naszych skądinąd świeckich społeczeństwach. W końcu każdy polityk musi pogodzić się z tym, że jego gęba znajdzie się czasem na nawet bardzo złośliwych karykaturach i nikt nie będzie wzniecał burd w obronie jego „dobrego imienia". Cóż takiego jest w religii, że przyznajemy jej tak wyjątkowy status? Jak ujął to H.L. Mencken: „Powinniśmy szanować poglądy religijne naszych bliźnich, ale tylko w takim sensie i do takiego stopnia, do jakiego szanujemy czyjeś przekonanie, że jego żona jest piękną kobietą, a dzieci są bardzo mądre".


To właśnie owo niedorzeczne założenie, iż religii należy się nadzwyczajny szacunek, zmusza mnie do opatrzenia mojej książki pewną ważną deklaracją - otóż absolutnie nie jest moim celem obrażanie czyichkolwiek uczuć, ale nie zamierzam też obchodzić się z religią w aksamitnych rękawiczkach i stosować wobec niej jakiejkolwiek taryfy ulgowej.

    

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj