szukaj
Recenzja książki: Jill Kargman, Mamzille - mamuśki z Manhattanu
Mamy wytrworne
Mamuśki z Manhattanu atakują

Tytułowa mamzilla to bogata mama z Manhattanu, a właściwie z najbardziej ekskluzywnej jego części, czyli Upper East Side'u, która wraca do wagi sprzed ciąży w ciągu dwóch tygodni (lub szybciej), ma Fioła Na Punkcie Drugiego Imienia - czyli mówi o swoim dziecku używając obu imion, ubiera siebie i swoją pociechę u najdroższych projektantów, często wpada w panikę w chwili wyboru koloru supermodnego modelu dziecięcego wózka i jest „zbyt wytworna, by przeć", dlatego prosi o cesarkę, „często dziesięć dni przed terminem, aby uniknąć dodatkowego tygodnia okropnego przybierania na wadze".

Dzieci mamzilli prawie od kołyski uczą się mandaryńskiego, uczestniczą w zajęciach z zakresu sztuk pięknych (gra na skrzypcach dla trzylatka - oczywiście!), a udany start w życiu i dostanie się na Harvard czy Princeton może zapewnić im tylko jedno z najbardziej ekskluzywnych (i najdroższych) przedszkoli, do którego wcale nie łatwo się dostać. W wychowaniu pomaga, a właściwie powinnam napisać - wychowaniem dzieci zajmują się zastępy niań i guwernantek. Sami rodzice - jak wiadomo - pochłonięci są innymi sprawami: ojcowie zarabianiem i pomnażaniem pieniędzy, matki głównie działalnością charytatywną i dbaniem o wizerunek własny i rodziny (przejazd metrem nie wchodzi w grę, cichy romans - czemu nie?).

Do świata mamzilli trafia bohaterka powieści Hannah Allen, która wraz z mężem i dwuletnią córeczką przeprowadza się z San Francisco do Nowego Jorku. Z jednej strony buntuje się przeciwko zasadom panującym w tym wytwornym świecie, z drugiej uznaje, że do pewnego stopnia - w granicach rozsądku - powinna się do nich przystosować. Nie ma wątpliwości, że Jill Kargman, autorka książki - sama pochodząca z Manhattanu - drwi z mamzilli i obnaża ich najgorsze cechy, jednocześnie pokazuje ekskluzywny świat, z którego przecież nie ma ucieczki (choć nie widać, by ktoś specjalnie starał się stamtąd uciekać). Dlatego pary łączą się w zasadzie wyłącznie w ramach tej samej society i przejmują nawyki rodziców. 

„Mamzille" są pierwszą samodzielną książką Kargman. Wcześniej pisała w duecie z Carrie Karasylov; po polsku ukazały się ich dwie książki „Słodko-gorzka szesnastka" i „Dobry adres". W ostatnim czasie pojawiło się sporo książek na podobne tematy napisanych w podobnej konwencji jak „Nianiek" czy „Niania z Nowego Jorku". Nie jest to wielka literatura, ale przecież nie zawsze mamy ochotę do poduszki czytać Dostojewskiego. Tu i forma, i treść jest lekka i frywolna, ale zarazem dość schematyczna: postacie jednowymiarowe (teściowa oczywiście musi być okropna), wszystkie wątki zmierzające do szczęśliwego i przewidywalnego rozwiązania. Zbyt szczęśliwego. Ale z drugiej strony, może za bardzo się czepiam? Czyż happy end nie jest po prostu naturalną koleją rzeczy w życiu bogatej mamy z Nowego Jorku? Pardon, mamzilli. 

 
Jill Kargman, Mamzille - mamuśki z Manhattanu, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, s. 328

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj