Fragment książki „Wciąż czekam”
Pomimo fizycznego kalectwa miał przecież wiele atutów − krzepki młody człowiek o jasnym spojrzeniu.
Prószyński i S-ka/mat. pr.

Londyn, marzec 1919 roku

Riley Purefoy nie myślał zbyt wiele o wojnie. Nie musiał. Ona była jego częścią. Gdyby inni o niej wspominali…

…ale z drugiej strony nie robili tego: ani weterani, którzy w większości szybko orientowali się, że nikt nie chce słuchać tego, co mogliby mieć do powiedzenia, ani cywile, którzy oddalali się niemal równie szybko, jak żołnierze milkli.

Niekiedy jednak pamięć podsuwała mu okruchy słów i zdań, czasem w gardle pojawiał się jakiś nieokreślony posmak. I ten niedający się odegnać obraz wyplutych kawałków uszkodzonych przez gaz płuc na podłodze ambulansu, niezmiennie wymagający chwili bezruchu. W półtora roku po opuszczeniu bitewnych pól ciągle zdarzały się mu takie momenty, kiedy cisza wprawiała go w dezorientację, tak jak stały ląd konfunduje nogi marynarza. W jego uszach wciąż rozbrzmiewał głos Petera Locke’a, mówiącego: „W takim razie teraz ty tu dowodzisz, stary”. To zdanie wciąż dźwięczało mu w głowie, ponieważ wiedział, że jakkolwiek nieprawdopodobne się to wydawało, w przeważającej części było ono prawdziwe. Teraz stery spoczywały w jego rękach.

Pomimo fizycznego kalectwa miał przecież wiele atutów − krzepki młody człowiek o jasnym spojrzeniu. Tak więc miesiące mijały, a on, jeśli już myślał o wojnie, to raczej o tej ewentualnej, w przyszłości, i o tym, jak jej zapobiec. O nienarodzonych dzieciach, które pragnąłby przed nią uchronić, i o braciach w cierpieniu, których sytuację chciałby poprawić. Widział spojrzenia innych ludzi, pełne litości i zwątpienia. Słyszał ciche (choć nie zawsze) westchnienia, jakie bezwiednie wyrywały się bliźnim na widok jego okaleczonej twarzy. Kiedy jakiś kierowca taksówki odjechał, ponieważ nie mógł zrozumieć jego słów, Riley ze wszystkich sił starał się wzbudzić w sercu współczucie dla zakłopotania tego człowieka zamiast naturalnej w takiej sytuacji wściekłości z powodu niekończących się upokorzeń.

Zdawał sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi uważa, że marny byłby z niego, nieszczęśnika, pożytek. Ale jeśli nauczył się czegokolwiek dzięki faktowi, że został roztrzaskany na kawałki i pozszywany na nowo, to właśnie tej jednej rzeczy: teraz jest najlepszy czas, by robić to, na co ma się ochotę.

*

Riley Purefoy i Nadine Waveney pobrali się pod baldachimem

niedorzecznie bujnego kwiecia wznoszącym się nad Londynem – miastem znajdującym się w stanie wojny tak długo, że nie bardzo już wiedziało, co ze sobą począć. Na ścianie w urzędzie stanu cywilnego wisiała tabliczka z napisem: „Zakaz rzucania confetti – ustawa o obronie Królestwa”. Płatki kwiatów nie przejmowały się jednak tymi obostrzeniami, wirowały w podmuchach wiosennego wiatru prawdziwą zamiecią, od której człowiekowi aż kręciło się w głowie, a potem zbierały się wzdłuż wilgotnych krawężników Chelsea we wściekle różowe zaspy. Nadine, wciąż tak wychudzona, że nadal nie miesiączkowała, miała na sobie podkoszulek Rileya, założony pod zebraną w pasie, kompletnie niemodną suknią ślubną Julii Locke sprzed wojny. Riley wystąpił w mundurze. Drużbą był Peter Locke, dawny dowódca Rileya, wysoki, uprzejmy i niemal całkowicie trzeźwy. Druhną została kuzynka Petera, Rose, która specjalnie na tę okazję założyła białe rękawiczki, a obrączki niósł jego synek Tom, jasnowłosy symbol niewinności i szansy. Poza nimi nie było nikogo. Matka Toma, Julia, narwała w ogrodach Locke Hill wczesnego białego bzu i przekazała bukiet Rose, ale na ślubie się nie zjawiła. Nie czuła się dobrze, a może po prostu była zbyt zakłopotana. Upłynęło zaledwie kilka miesięcy, odkąd sama przeżyła poważny kryzys. Ledwie kilka miesięcy dzieliło ich od tego wszystkiego.

Po ceremonii poszli do pubu po drugiej stronie ulicy, w którym, jak się okazało, Peter zostawił wcześniej dwie zdobyte w tajemniczy sposób butelki szampana Krug z 1904 roku. Rose miała na sobie kostium z ciemnozielonego tweedu, ten sam co na ślubie Petera i Julii (chociaż nie uznała za stosowne o tym wspominać), i w głębi ducha czuła dreszczyk podszytego wstydem podekscytowania, że oto przekroczyła próg pubu. Ceremonia była piękna, a dzień naprawdę radosny. Nawet jeśli ktoś żywił obawy o przyszłość tego pospiesznie zawartego małżeństwa, jeśli lękał się o okaleczone dusze nowożeńców, nie mówił o tym głośno. To nie był dobry czas na podobne rozmowy. Nikt nie chciał nikomu o niczym przypominać. Zupełnie jakby wszyscy zdążyli zapomnieć o przeszłości.

*

Noc poślubną państwo młodzi mieli spędzić w domu matki Petera przy Chester Square, gdzie meble w wysokich pięknych pokojach wciąż były okryte pokrowcami, a żyrandole osłonięte płachtami białego płótna, ponieważ starsza pani nie odważyła się jeszcze na powrót ze Szkocji.

Do tej pory się nie całowali. Jakże by mogli? Przez całą długą, spędzoną spokojnie w Locke Hill zimę na przełomie tysiąc dziewięćset osiemnastego i tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku Nadine (tak nerwowa i krucha, o krótko przyciętych włosach) i on (okaleczony) chodzili objęci na długie spacery i spędzali całe dnie na obitej perkalem kanapie, wciąż odwlekając pójście do łóżka, ponieważ nie mogli pójść do niego razem, a nie chcieli się jeszcze rozstawać. Zapadli w bezruch, podobni cebulkom roślin ukrytym na czas zimy pod ziemią, powrócili do stanu odkrytej na nowo niewinności, zupełnie jakby ich burzliwy romans nie został skonsumowany w trakcie tych pełnych swobody lat wojny.

To, że wojna się skończyła, a wszystko miało odtąd wyglądać inaczej, stanowiło w tym domu największe objawienie. Tyle że nikt, no może poza Rose, nie miał pojęcia, co teraz będzie. Choć w przypadku Rileya i Nadine pierwszą natychmiastową zmianą było to, że seksualna wolność, jaką niosła ze sobą groźba śmierci wisząca nieustannie nad ich głowami, rozpłynęła się niczym sen nocy letniej. Ta ich czystość odrodziła się na nowo jakby mimowolnie, bez słowa komentarza między nimi. W tamtym okresie zdawało się to zapewniać im coś na kształt bezpieczeństwa, ale do nadejścia nocy poślubnej Riley stał się odrażająco tego świadomy, podobnie jak faktu, że właściwie nie ma pojęcia, co tak naprawdę sądzi na ten temat jego nowo poślubiona żona. Przypomniał sobie list, który otrzymał od Nadine w tysiąc dziewięćset piętnastym roku: „Riley, nigdy, przenigdy więcej nie waż się nie mówić mi, co się z tobą dzieje…”. Ale choć była świętą kobietą, a może właśnie d l a t e g o że nią była, nie potrafił znaleźć właściwych słów i doskonale zdawał sobie sprawę z ironii losu w tej kwestii.

Na Chester Square zabrał ze sobą cały swój ekwipunek: grawerowaną mosiężną słomkę do picia, wykonaną z łuski naboju, prezent od Jarvisa z oddziału leczenia obrażeń twarzy w Queen’s Hospital, gumową gruszkę do spryskiwania i płukania, maleńkie gąbeczki na patyczkach do oczyszczania twarzy, miętowe płyny do płukania ust na bazie alkoholu, prywatny zapas kryształków morfiny, który nosił przy sobie w małej żółtej puszce po gramofonowych igłach zawsze i wszędzie, tak na wszelki wypadek. Na wypadek czego? zastanawiał się nawet. Na wypadek gdyby ktoś znowu odstrzelił mi szczękę?

*

Louisa Young, „Wciąż czekam”, przeł. Anna Kłosiewicz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj