Fragment książki „Księga szeptów”
Moim pierwszym nauczycielem był stary anioł.
Książkowe Klimaty/mat. pr.

Kto spojrzałby na nas z oddali, w głąb podwórka, ujrzałby dziecko siedzące u podnóża ogromnego orzecha. Właściwie siedziałem u stóp tego starego anioła, który był moim nauczycielem. Jego cień pachniał jodem, a moje palce, gdy pisałem, plamiły się jego cieniem jak zastygłą krwią. I nie wiedziałem już, czyja to była rana – moja czy jego.

To od niego dowiedziałem się, że imię do niczego nam nie służy. I żebym nawet swoje imię zapisywał mała literą, jak zapisuje się nazwę drzewa lub dzikiej zwierzyny. Rozmawialiśmy między sobą bez słów i było dobrze, jak wtedy gdy biegniesz boso po trawie. Nie zostawiasz śladów, dlatego bieg przez trawę jest bezgrzeszny.

Zrzucałem sandały i biegłem po polu, na skraju miasta. Jego cień rozpościerał się na moim cieniu i byliśmy szczęśliwi.

Pewnego dnia stary anioł zniknął. Patrzyłem z niedowierzaniem na orzech, jego gruby pień, mięsiste liście. Na gałęzie zeszły ptaki. Jesienią wiatr potrząsnął gałęziami i orzechy spadły na ziemię. Rozbiłem ich łupiny i zjadłem nasiona. Były przepyszne. Skosztowałem jego ciała. Od tamtego czasu nie szukałem już starego anioła. Pozostał tylko zapach jodu i, niekiedy, dostrzegam jeszcze czarno-zielonkawe ślady na palcach. To znak, że ciało od spodu jest nadal nieuleczone.

(…)

Zapach owoców wypełniał cały dom. Zwłaszcza w Nowy Rok, gdy u Ormian trwa jeszcze bożonarodzeniowy post i gotuje się w wielkich rondlach anuș-abur, co w tłumaczeniu oznaczałoby „słodką zupę”. To rodzaj kutii, tylko że do gotowanej pszenicy dodaje się wszelkiego rodzaju owoce: figi, daktyle, rodzynki, orzechy, pomarańcze. A wierzch posypuje się cynamonem.

Następnie zapach zakamarków. Miejsca ukryte, zacienione lub na widoku, ale które otwiera się rzadko, i bardziej nęcące miejsca zakazane. Dzieciństwo bez schowków, w których można myszkować, jest pozbawione sensu. Tylko to, co ukryte, jest tak naprawdę warte zobaczenia. Zapach zakamarków spotyka się z ciszą, która także ma swoje zapachy. Przede wszystkim szafy z ubraniami, pod którymi tkwiły, poskładane, kołdry i materace. W babcinej szafi e przechowywano tylko grube ubrania, palta pachnące naftaliną, z których część należała jeszcze do mojej prababci, Heghine Terzian. Z ubrań pradziadka nie udało się nic zachować, wszystko zostało na jednej z ulic Konstantynopola, skąd widać było zachodzące słońce nad Bosforem. Uciekli pewnej nocy, z ubraniami na sobie i z jakimiś tobołami, w których zgromadzili pospiesznie trochę rzeczy łatwiejszych do sprzedania. Poszła pogłoska, że do portu, w Perla, zawinął statek, który przyjmował ormiańskich uchodźców. Przy wejściu na pokład, pośród oszołomionego i zlęknionego tłumu, mój pradziadek upadł na kolana, potem runął twarzą w dół, trzymając za ręce obie dziewczyny. Odwróciły go, zamknęły mu oczy i rozluźniły z jego uścisku dłonie. Czuwały przy nim, znalazłszy nie wiadomo gdzie kawałek świecy. Nie był jedynym, który oddał życie w tamtym zamęcie i strachu. Zanim statek przybił do Konstancy, kapitan wydał rozkaz, aby wszystkich zmarłych wrzucono do morza. Tak oto Morze Czarne stało się ruchomym grobem mojego pradziadka Baghdasara Terziana.

A potem była szafa z książkami. Dziadek Garabet znał niemal wszystkie alfabety: łacinę, cyrylicę, grekę, arabski. „Żebyś nie popełniał błędów – mawiał. – Alfabet to początek, dlatego nazywa się alfabetem. Możesz zacząć gdziekolwiek, pod warunkiem, że potrafisz rozwikłać początek”. Mój dziadek rozwikłał początki, ale pogmatwał końce. Gdy leżał na łożu śmierci, zawołano nas, dzieci, byśmy go zobaczyli. Nie zrozumieliśmy, co mówi. Zdawał się spokojny i mówił uczenie. Ale nie mogliśmy go zrozumieć. W końcu ojciec wyjaśnił mi, że dziadek mówi do nas mieszając języki: perski, arabski, turecki, rosyjski i ormiański. Wszystkie krainy poznane w dzieciństwie i w wieku dorastania ożyły w nim w jednym czasie. Tak jak, spiesząc się do wyjścia, chwytasz rzeczy, które wpadają ci w ręce, tak samo on, mówiąc przed odejściem z tego świata, chwytał przypadkowe słowa.

Podobnie miała się rzecz z książkami. Były książki po turecku, ze starymi, orientalnymi literami, angielskie podręczniki do rysunku i stare wydania Larousse’a. Dziadek przeglądał często wspaniałą książkę w języku niemieckim, o dywanach. „Nasze dywany – opowiadał mi – są jak Biblia. Znajdujesz w nich wszystko, od początków po dziś dzień”. Szukaliśmy obaj wyobrażeń świata. „Tutaj jest oko Boga” – zgadywałem, a dziadek Garabet przytakiwał. „A to jest anioł”. „To nie anioł. Jest stary, to musi być archanioł. Może Rafael, on jest najstarszy ze wszystkich”. Chciałem mu powiedzieć o starym aniele z podwórza, który latem pachniał jodem, a zimą obmywał sobie bose stopy w śniegu. Zrozumiałem jednak, że ludzie, którym nie było dane przeżyć dzieciństwa pozbawionego strachu, nie mogli spotkać starych aniołów.

*

Varujan Vosganian, Księga szeptów, przeł. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj