Unia energetyczna zaczyna dorastać
Choć szczegółowe propozycje coraz bardziej irytują polskich energetyków, to trzeba pogodzić się z faktem, że innej unii nie będzie.
Victor Bezrukov/Flickr CC by 2.0

OF/•

Dla byłego polskiego premiera, a dziś szefa Rady Europejskiej, unia energetyczna oznaczała przede wszystkim gaz. Kontekst polskich propozycji sprzed dwóch lat był oczywisty: wojna na Ukrainie i pogorszenie stosunków z Rosją podważało zaufanie do gazu ze Wschodu. Zmniejszenie zależności krajów wschodniej Europy od rosyjskiego dostawcy, koniec z nieuczciwymi praktykami rynkowymi Gazpromu, likwidacja ogromnego zróżnicowanie cen gazu w poszczególnych krajach UE, większa integracja rynków i zapewnienie bezpieczeństwa dostaw – to były cele polskiego rządu.

Gazowy sukces

Tusk zaproponował też środki, które miały pomóc w realizacji tego celu. Gwoli przypomnienia – były to m.in. rozwój infrastruktury, opracowanie rejestru klauzul zakazanych w kontraktach gazowych (np. zasada take or pay, czy zakaz reeksportu), kontrola umów gazowych przez Komisję Europejską. Osławione wspólne zakupy gazu, z których w Polsce media zrobiły główny punkt programu Tuska, w rzeczywistości miały marginalne znaczenie, były raczej wisienką na torcie.

Znaczna część postulatów gazowych znalazła się w konkluzjach Rady Europejskiej. Nacisk położony został przede wszystkim na rozwój infrastruktury oraz zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego. Służyć ma temu nowelizacja rozporządzenia SOS, które reguluje przepływy gazu między krajami UE w sytuacjach awaryjnych. Komisja Europejska szykuje obecnie zmiany przepisów. O obowiązkowych wspólnych zakupach gazu możemy zapomnieć – de facto żaden kraj UE nie pali się do tego pomysłu.

O co toczy się więc gazowa rozgrywka w Brukseli? M.in. o kontrolę umów gazowych. W unijnych instytucjach ścieraja się dwa nurty. Jedni chcą aby każdą taką umowę, obojętnie czy zawiera ją rząd czy firma prywatna, Komisja Europejska sprawdzała ex ante. Inaczej mówiąc, każda firma, która podpisze umowę z Gazpromem czy Qatar Gas musiałaby dawać ją do akceptacji urzędnikom Komisji.

Z pozoru wydaje się to bezzasadną podejrzliwością i biurokratyczną ingerencją w działania przedsiębiorstw. Rezultaty postępowania, które niedawno zakończyła komisarz ds konkurencji Margreth Vestager w sprawie umów z Gazpromem pokazują jednak, że nie jest to takie proste. Bywało, że firmy unijne w zamian za rabaty czy inne bonusy zgadzały się na klauzule tak jaskrawo sprzeczne z unijnym prawem, że trudno przypuścić, iż nikt się tego nie domyślił. Przykładowo według nieoficjalnych informacji w bułgarskim kontrakcie z Gazpromem znalazł się zapis, iż rząd w Sofii będzie popierał South Stream.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj