Miliardy wyparowały z giełd
Znikające pieniądze
Całkowita wartość akcji spółek notowanych na światowych giełdach wiosną 2008 r. była równa 58 bln dol. We wrześniu 2008 r. spadła do 40 bln dol., a obecnie jest o kolejne 8 bln dol. niższa. To więcej niż pięćdziesięciokrotność rocznego dochodu narodowego Polski. Gdzie się podziały te pieniądze?

Tłumacząc przyczyny kryzysu finansowego, analitycy nieustannie powtarzają, że z „amerykańskich banków inwestycyjnych wyparowało kilkaset miliardów dolarów". Przeciętnemu człowiekowi to wiele tłumaczy - skoro wyparowało aż tyle pieniędzy, nic dziwnego, że cały świat znalazł się w kłopotach. Słowo „wyparowało" zrobiło gigantyczną karierę w mediach. Z gazet i telewizorów co pewien czas płyną poruszające informacje, że „w ciągu dnia z Wall Street wyparowało 700 mld dol.", „19 bln dol. wyparowało ze światowych giełd", „z kont polskich funduszy emerytalnych wyparowało 18 mld zł". Po wrzuceniu do wyszukiwarki Google słowa „wyparowało" uzyskamy 53 tys. stron internetowych. Większość jest dzisiaj poświęconych kryzysowi finansowemu.

W języku polskim słowo „wyparowało" w odniesieniu do finansów kojarzy się jednoznacznie. Ktoś ukradł. Jak to jednak w ogóle możliwe, że z rynku wyparowały tak gigantyczne pieniądze? Kto za to ponosi odpowiedzialność? No i, rzecz jasna, co się z tymi pieniędzmi stało?! Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że podając wszystkie te liczby, nie mamy na myśli realnie zdeponowanych gdzieś pieniędzy (np. schowanych pod podłogą złotych dwudziestodolarówek albo chociaż założonych w banku lokat). Mamy na myśli wycenę aktywów na rynku finansowym. Innymi słowy, mówiąc o tym, że kapitalizacja warszawskiej giełdy wynosiła latem 2008 r. około 360 mld zł, mówimy w rzeczywistości tylko tyle, że gdyby wszystkie akcje sprzedać według bieżącej rynkowej wyceny, łączna kwota, którą byśmy uzyskali, wyniosłaby właśnie tyle.
Zwróćmy jednak uwagę, że mówimy o transakcji czysto hipotetycznej. Kto miałby wyłożyć te pieniądze i dokonać zakupu? No, i przede wszystkim, gdyby posiadacze akcji postanowili wszyscy naraz je sprzedać, czy ceny pozostałyby na tym samym poziomie, czy też raczej by gwałtownie spadły?
 

 

Mówiąc o kapitalizacji giełdy, nie mówimy o realnym bogactwie, ale o jego bieżącej, rynkowej wycenie. W rzeczywistości, posiadając akcję, mamy w ręce tylko papier (a na warszawskiej giełdzie nawet nie papier, ale zapis w komputerze), którego cena zależy od bieżących ocen i nastrojów. Oczywiście, gdzieś w tle za tym papierem stoi realna, przynosząca dochody firma, posiadająca wykwalifikowanych pracowników, maszyny, renomę i udział w rynku. Nabywając akcję stajemy się współwłaścicielem części tego majątku. Ale giełdowa cena akcji to nie solidna i drobiazgowa wycena wszystkich realnie istniejących w firmie zasobów, ale nieco wirtualny efekt swoistej gry: transakcji kupna i sprzedaży aktywów finansowych. Jeśli popyt na akcje rośnie, rośnie ich cena, jeśli wszyscy akcje wyprzedają - ich cena spada, choćby z firmą nic się nie działo.

Prawdziwy problem w tym, że uczestnicy specyficznej gry, zwanej inwestowaniem na giełdzie, bardzo często zapominają, że aktywa finansowe stanowią tylko odbicie realnej wartości firm. Zamiast tego widzą jedynie cudowny papier, który może uczynić człowieka bogatym. A skoro w trakcie giełdowych transakcji ludzie łatwo zapominają o tym, że za aktywami finansowymi musi stać jakaś realna wartość (bez której stają się one bezwartościowym świstkiem papieru), w swojej inwestycyjnej grze mogą oderwać się od rzeczywistości. Wypisane na papierze ceny aktywów (wyznaczane przez rynek) często tracą związek z tzw. fundamentalną wyceną spółki, bo mało komu przychodzi do głowy, żeby porównywać je z wartościami realnymi. Wysoka cena akcji na giełdzie jest akceptowana przez kupującego nie dlatego, że stoją za nią przyszłe dywidendy, ale dlatego, że stoi za nią przekonanie, że jutro da się te akcje komuś drożej odsprzedać. I odwrotnie, w czasie masowej wyprzedaży ceny aktywów spadają wcale nie dlatego, że spada realna wartość majątku, który za nimi stoi - ale dlatego, że inwestorzy są przekonani, że jutro cena ta jeszcze spadnie.

Efektem tego smutnego faktu jest to, że na rynkach finansowych musi dochodzić do naprzemiennych okresów euforii i pesymizmu. A ceny aktywów w pewnych okresach wyceniane są generalnie zbyt wysoko, a w innych zbyt nisko. Decyduje o tym pewna skaza ludzkiego umysłu - irracjonalna skłonność do popadania w skrajne nastroje i do ulegania nastrojom tłumu. Jeśli wszyscy wierzą w to, że ceny akcji będą nadal wzrastać, ulegają euforii zakupów i akceptują każdą żądaną cenę w oczekiwaniu przyszłych zysków. Jeśli z kolei boją się spadku, sprzedadzą za każdą cenę, która tylko zostanie zaoferowana. Bo na rynku finansowym nie zapala się żadna czerwona lampka ostrzegająca: te ceny są zbyt wysokie. Analitycy nie mają pojęcia, ile powinna wynosić właściwa relacja ceny akcji do zysków lub majątku firmy, więc tylko zachęcają do kupowania, gdy sądzą, że ceny akcji będą rosnąć, i do sprzedaży, gdy widzą już spadki.

I mamy proste wytłumaczenie problemu, gdzie się podziało 26 bln dol., które wyparowały ze światowych giełd w ciągu ostatniego półrocza. Odpowiedź jest taka sama, jak w przypadku większości magicznych sztuczek ze znikaniem przedmiotów. Tych bilionów dolarów po prostu tam nie było! Ludzie posiadali pewien zasób akcji, za które na oszalałych pod wpływem emocji giełdach inwestorzy skłonni byli zapłacić pewną cenę. Po przemnożeniu tych cen przez łączną ilość akcji ich właściciele dochodzili do wniosku, że są posiadaczami majątku o wartości 58 bln dol.

W rzeczywistości mieli w ręce tylko papier, aktywa finansowe, których cena oderwała się na fali boomu z lat 2002-2007 od realnej wartości. Dziś mają w ręce niemal tę samą ilość papierów, tyle że ich obecna rynkowa wycena (zapewne teraz sporo zaniżona) prowadzi do wyliczeń mówiących, że ten majątek wart jest tylko 32 bln dol. Na papierze pół roku temu byli niemal dwukrotnie bogatsi niż dziś. Ale nikt im tej połowy bogactwa nie zabrał - oni po prostu mylnie uwierzyli w to, że papierowy majątek jest równie trwały co realny.

Niestety, nie zawsze da się powiedzieć, że nikt nie poniósł strat, a jedynie spadła papierowa wycena posiadanych aktywów finansowych (z poziomu zawyżonego na zaniżony). Tak byłoby w sytuacji, gdyby wszyscy kupili swoje akcje kilka lat temu i trzymali je w domu, patrząc na to, jak ich wycena najpierw (na papierze) gwałtownie rosła, a teraz spadła. Ludzie kupowali jednak akcje za swoje realne oszczędności, rezygnując z konsumpcji, a czasem nawet (o zgrozo) zaciągając na to kredyt bankowy. Ktoś, kto kupuje aktywa finansowe w momencie, gdy ich cena jest zawyżona, w oczywisty sposób traci - kupuje rzecz, która jest realnie mniej warta od ceny, którą płaci. Jeśli giełda nadal rośnie, na krótką metę można tego nie zauważyć.

Ale prędzej czy później nadmuchana cena akcji spadnie, powodując u jej właściciela realne straty. W ten sposób ludzie, którzy kupili akcje lub jednostki funduszy inwestycyjnych latem lub jesienią 2007 r., stracili sporo realnych pieniędzy. Nawet nie dlatego, że te pieniądze im na zawsze przepadły (kiedyś giełda zacznie na nowo rosnąć, więc pewnie za kilka lat włożone oszczędności da się odzyskać). Ale dlatego, że gdyby te same pieniądze zainwestowali na giełdzie dziś, kupiliby za to dwa razy tyle akcji, ile mają.

Jeszcze gorzej sprawa ma się z inwestorami, którzy na fali rynkowej euforii zakupili aktywa finansowe naprawdę niewiele warte. Liczne fundusze emerytalne, instytucje finansowe, rosyjskie i chińskie banki czy norweskie miasta zakupiły na przykład wycenione na setki miliardów dolarów obligacje oparte na nierealistycznie wycenianych, a dziś niemożliwych do spłacenia amerykańskich kredytach hipotecznych (tzw. subprime). Teraz okazuje się, że większość tych obligacji to po prostu makulatura, podobnie jak makulaturą okazują się akcje zbankrutowanego banku Lehman Brothers.

W tym przypadku można już mówić nie tyle o papierowych stratach (choć mechanizm jest w zasadzie podobny do strat na giełdach, tyle że ceny aktywów spadają z zawyżonego poziomu do zera i nigdy już nie wzrosną), ale o elementach oszustwa. Oczywiście, świadomego oszustwa jedynie w przypadku, jeśli sprzedający inwestorom nic niewarte aktywa bank wiedział o tym, że tak jest. Nie zmienia to faktu, że pieniądze wyparowały - bowiem inwestorzy kupili najprawdopodobniej najdroższą makulaturę w dziejach świata. Na szczęście nie wydaje się, aby to akurat dotknęło wielu Polaków.

Może nas za to boleć inny problem, zresztą wspólny dla wielu krajów. To kłopot z emeryturami. W ciągu minionych dekad jednym z głównych inwestorów na rynku finansowym stały się fundusze emerytalne, lokujące składki swych członków w aktywa finansowe. Ich aktywa, oczywiście, też były rok temu wyceniane znacznie wyżej, niż były w rzeczywistości warte, a dziś ich wycena drastycznie spadła. Nie stanowi to wielkiego problemu dla ludzi, którzy do emerytury mają jeszcze 20 czy 30 lat (do tego czasu jeszcze nieraz ceny aktywów spadną i wzrosną). Ale co mają powiedzieć ci, którzy akurat teraz przechodzą na emeryturę?

Niska wycena spieniężanego właśnie teraz majątku powoduje, że ich emerytury także będą niskie. Problem ten nie dotyczy dziś jeszcze Polaków, więc medialna histeria o wyparowaniu pieniędzy z OFE jest przesadą (nikt jeszcze nie pobiera emerytur z OFE). Ale w przyszłości ten problem nabierze wagi. Już teraz widać, że potrzebne są regulacje gwarantujące, że w ostatnich latach przed przejściem na emeryturę zgromadzone w OFE składki inwestowane będą w sposób bezpieczny, uniezależniający je od bieżącej wyceny giełdowych akcji i innych ryzykownych aktywów.

No, i wreszcie ostatnie pytanie:kto stracił w czasie finansowego kryzysu? (Choćby wirtualnie, czyli na papierze). Otóż wszyscy, którzy mieli większe oszczędności. A biorąc pod uwagę, że znajdują się wśród nich (często nieświadomi tego faktu) przyszli emeryci - straciliśmy prawie wszyscy. Ale czy ktoś zyskał?

Tu lista jest krótka, a jej skład, na całym świecie, nie budzi entuzjazmu. Nie ma co zazdrościć pośrednikom finansowym, którzy pobierali swoje wynagrodzenie od wszystkich transakcji, niezależnie od tego, czy klient zyskał, czy stracił, bo dla nich też nadeszły ciężkie czasy. Ale co powiemy o szefach wielkich amerykańskich banków inwestycyjnych, którzy zainkasowali idące w dziesiątki milionów dolarów premie za wspaniałe wyniki finansowe, przeszli na emeryturę i żyją spokojnie na tropikalnych wyspach? (możemy tylko mieć nadzieję, że większość tych premii oni też zainwestowali w ryzykowne aktywa finansowe). Co powiemy o finansowych spekulantach, korzystających z paniki dla wykupywania dziś za bezcen najbardziej niedoszacowanych aktywów? Co powiemy o tych, którzy wykorzystują tę panikę, przerzucając pieniądze z rynku żywności na rynek ropy naftowej, a z rynku ropy na rynek złota, zawyżając tam spekulacyjnie ceny i uciekając, zanim nastąpi ich załamanie? No cóż, możemy tylko powiedzieć, że ich zyski są na szczęście jedynie drobnym ułamkiem strat, które - przynajmniej na papierze - poniosła reszta świata.

Inne teksty Witolda M. Orłowskiego:

  • Banki do kontroli! - Dni mijają, ale wielki amerykański kryzys finansowy nie traci wigoru. Wstrząsy dotarły również do Europy. Czyżby wszystkie banki - dawniej synonim bogactwa - okazały się nędzarzami, nad których operacjami nikt nie panował?
  • Gra na nerwach - Czy giełda to kolejna nieodwzajemniona miłość Polaków? Miłość perwersyjna, która powraca w histerycznej formie, gdy indeksy szybko rosną, a zmienia się w nienawiść, gdy mocno spadają?
  • Reforma, a nie pro forma - Po wstukaniu do wyszukiwarki Google hasła „uelastycznienie rynku pracy" uzyskamy 12 tys. wskazań, „reforma emerytalna" pojawi się 32 tys. razy, a „reforma finansów publicznych" ponad 170 tys.! Gdyby sama dyskusja wystarczała, polskie finanse publiczne byłyby już naprawione nie raz.
  • Siedem chudych lat - Żyjemy w ciekawych czasach, ale i przerażających. Po świecie znowu rozlewa się fala głodu. To największy wstyd naszej cywilizacji.
  • Biada, idzie bieda - Machina światowych finansów, która działała całkiem dobrze, nagle jakby się zacięła. Czy czeka nas potężny globalny kryzys finansowy?
  • Wydawanie to wyzwanie - Państwowe pieniądze można wykorzystywać dużo bardziej racjonalnie. Dlaczego u nas jest to takie trudne?

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj