szukaj
Jak się spisywaliśmy w PRL
Nasz pierwszy powojenny spis ludności, nazwany sumarycznym, miał być zbiorczą fotografią Polaków wykonaną 14 lutego 1946 r. W praktyce to zbiorowe zdjęcie okazało się technicznie kiepskie, nieostre.
Mieszkanka wsi Rybnik w powiecie sochaczewskim Helena Modzelewska wita rachmistrza spisowego , sołtysa wsi Adama Siejkę.
Edmund Uchymiak/PAP

Mieszkanka wsi Rybnik w powiecie sochaczewskim Helena Modzelewska wita rachmistrza spisowego , sołtysa wsi Adama Siejkę.

Artykuł ukazał się w Polityce nr 24/2001

Zapewne nie z winy statystyków (przedwojennego zresztą chowu), którzy robili co mogli, by wykonać wcześniejsze zaledwie o miesiąc rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie przeprowadzenia spisu. Zarządzono go 9 miesięcy po ustaniu wojny: łatwiej było począć i urodzić dziecko, niż odtworzyć w tym czasie plany miast, nazwy ulic i numery domów, pod które należało wysłać rachmistrzów zwanych wtedy komisarzami. W dodatku przetaczała się rzeka migracji ze wschodu na zachód, z południa na północ. Do kraju, który teraz nazywał się Polska Ludowa, nie powrócili żołnierze walczący na frontach zachodnich ani wywiezieni na Wschód, a repatriacja ze Związku Radzieckiego wciąż trwała. – Mój ojciec Stanisław, oficer AK, ukrywał się do 1956 r. i nie został ujęty w spisie ani w tym, ani w następnym. Wraz z nim ukrywało się pięciu innych żołnierzy AK – opowiada Witold Lichoń z Krosna.

Spis obejmował trzy grupy osób: dzieci i młodocianych poniżej 18 lat, ludność pracującą w wieku od 18 do 59 lat oraz 60-latków i starszych. – Obawialiśmy się, że będzie podstawą do nowych wcieleń do wojska, zwłaszcza że wciąż mówiono o trzeciej wojnie. Dlatego ja i wielu rówieśników kryliśmy się przed komisarzami, a rodziny informowały, że wyjechaliśmy na ziemie zachodnie – wspomina Jan Ziobro. Tak więc spis, który miał obejmować wszystkich cywili obecnych 14 lutego na terenie Rzeczypospolitej, nie objął tysięcy konspirujących i ukrywających się przed nową władzą. Wśród 57 tys. komisarzy byli działacze polityczni, a to budziło grozę.

W Bieszczadach tamta zima była wyjątkowo sroga. – Nie mieliśmy czym dojechać w teren. Było niebezpiecznie, bo tam trwała wciąż wojna – wspomina jeden z komisarzy. Sotnie Hrynia i Stiacha nie zamierzały okazywać respektu rachmistrzom. W powiecie leskim nie przeprowadzono spisów w ośmiu gminach okupowanych przez UPA. Trudności były także na Ziemiach Odzyskanych i północnych. Na Mazurach całe wioski autochtonów kryły się w lasach przed komisarzami. Władza próbowała odwołać się do propagandy. „Jeśli przechodzimy od improwizacji do planowości, bez materiału statystycznego nie możemy dać ani kroku” – pisał „Dziennik Zachodni”. Mimo to jeden z wrocławskich rachmistrzów zapamiętał, że część danych spisowych podał z głowy. Nie miał odwagi udać się na Krzyki, bo jak mówiono, ukrywali się tam Niemcy.

Spis, oprócz statystycznych, służył celom politycznym, gdyż obejmował narodowość, dzieląc obywateli na cztery grupy: Polaków wraz z weryfikowanymi lub zrehabilitowanymi, osoby co do których toczyło się postępowanie weryfikacyjne lub rehabilitacyjne, Niemców i inne narodowości. „Dowiemy się wreszcie, ilu jest jeszcze do wysiedlenia Niemców” – przekonywała prasa, przypominając, że osoby podlegające spisowi obowiązane są do złożenia przed organami spisowymi zeznań w zakresie objętym urzędowymi formularzami, jak również „do okazania na żądanie tych organów dokumentów niezbędnych do złożenia zeznań”. Spis ujawnił w Warszawie 14 Niemców. Nie wiadomo, kim byli ani jaki dalszy los ich spotkał.

W miastach zbierano dodatkowo informacje o liczbie mieszkań i izb. Obowiązek złożenia zeznań mieli „właściciele i zarządcy nieruchomości lub innych pomieszczeń zamieszkanych i osoby zajmujące lub wynajmujące na swoje imię mieszkanie”. A ich zeznania „winny być zgodne z prawdą, ścisłe i zupełne”. Bo kto „umyślnie lub z niedbalstwa składa zeznania nieprawdziwe lub niekompletne, uchyli się od złożenia zeznań, wzbrania się wpuścić organa spisowe do budynku, podlega karze grzywny do złotych trzech tysięcy z zamianą w razie niemożności jej uiszczenia na karę aresztu do jednego miesiąca”.

Spis zaplanowano optymistycznie na 4 dni. Trwał miesiąc. Kiedy na przełomie kwietnia i maja 1946 r. opublikowano wstępne wyniki w I Zeszycie Specjalnym Wiadomości Statystycznych okazało się, że w Polsce żyło 23 mln 911 obywateli. 69 proc. mieszkało na wsi; na Ziemiach Odzyskanych osiedliło się 2 mln 571 tys. 625 osób. 22 miasta miały ponad 50 tys. mieszkańców. „Otrzymane dane należy uznać za całkowicie zadowalające, podane liczby dobrze odzwierciedlają stan, strukturę i rozmieszczenie ludności” – ocenił prof. Stefan Szulc, ówczesny prezes GUS.

O dalszy wspaniały rozwój

Co więc spowodowało, że następny spis, tym razem pełny, zdecydowano przeprowadzić już w grudniu 1950 r.? Ponieważ spis dowodzi publicznej dojrzałości państwa, posiadania administracji i rejestrów – młoda władza chciała, by ją legitymizował na zewnątrz. W porównaniu z poprzednim zakres tematyczny był szerszy, obejmował ludność z uwzględnieniem zawodu. Pytano o miejsce zamieszkania w sierpniu 1939 r., o płeć, wiek, miejsce pracy i grupę społeczno-zawodową. Spisywano także mieszkania i nieruchomości. Przeprowadzono spis rolny.

Sprawa była poważna: „W celu ustalenia szczegółowej tematyki oraz programu opracowania wyniku spisu została powołana zarządzeniem przewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego Komisja ds. Narodowego Spisu Powszechnego 1950”. Liczyła dziesięciu członków reprezentujących GUS, Komisję Planowania Gospodarczego, Ministerstwo Rolnictwa i Reform Rolnych, Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego, centralę spółdzielni rolniczych. Prezes Rady Ministrów mianował generalnego komisarza spisowego w osobie prezesa GUS Zygmunta Padowicza. Powstało biuro spisowe GUS. Organizacja terenowych władz spisowych odpowiada strukturze administracyjnej kraju: komisje powołano w województwach, powiatach i gminach.

Tym razem poważnie zajęto się popularyzacją spisu, włączając do akcji radio, prasę i film. „Narodowy Spis Powszechny jest sprawą całego narodu” – przypominały odezwy rozlepiane od Bałtyku po Tatry. Przed seansami wyświetlano plansze informujące o terminie spisu. Wypuszczono zapałki i papierosy z nadrukiem: „Udział w spisie powszechnym wyrazem świadomości obywatelskiej”. Były karty pocztowe z hasłem spisowym i stosowny kasownik. Spis kreował bohaterów dnia. Na przykład komisarza spisowego Koszalina tow. Zawierowskiego, który całe swe siły oddał sprawie. Wynikiem tego wysiłku były sporządzone plany, przeprowadzenie ośmiu wykładów dla komisarzy obwodowych, odwiedzenie przez tow. Zawierowskiego osobiście 180 gospodarstw rolnych i indywidualne rozmowy z rolnikami o celach spisu oraz zebrania w zakładach pracy. Korespondentka „Trybuny Ludu” donosiła z Rzeszowa, że w całym województwie uporządkowano numerację nieruchomości, przygotowano ich wykazy oraz wykazy powierzchniowe. Zorganizowano społeczny aparat kontrolny, który „będzie czuwał nad sprawnym przeprowadzeniem akcji”. – Nikt nie wierzył zapowiedziom, że informacje spisowe zostaną wykorzystane wyłącznie do celów statystycznych. Mijał zaledwie rok od złodziejskiej wymiany pieniędzy, prywaciarzy dorzynano domiarami, dokwaterowywano do mieszkań, tropiono nadmetraż i spekulantów. Jak ognia baliśmy się komisarzy – wspomina właścicielka domu w Rzeszowie. – Trwały narady rodzinne, nerwowo dowiadywaliśmy się, kto będzie spisywał na naszej ulicy, dręczyły nas pytania, czy zechce sprawdzać podane informacje, penetrować każdy kąt. Szczęśliwie przyszła młoda urzędniczka, bardzo się spieszyła i wierzyła we wszystko.

Władza jednak wiedziała, że wróg klasowy nie śpi, „puszcza na temat spisu bzdurne plotki, ale ta krecia robota jest od razu torpedowana – pisała „Trybuna Ludu”. – W Słupsku zaczęła krążyć pogłoska, że spisywać się będzie zapasy żywności, meble i drób. Natychmiast odbyły się zebrania w zakładach pracy, na których wyjaśniono ludności co należy i udaremniono wrogie zamiary siania zamętu”. Oficjalnie kraj wprost rwał się do działań spisowych: w powiecie Grodzisk Mazowiecki komisarze chcąc, by spis w ich powiecie był jak najlepiej przeprowadzony, podjęli współzawodnictwo odnośnie ścisłego, dokładnego i terminowego przeprowadzenia prac. Komisarze obwodowi w Lidzbarku wezwali do współzawodnictwa Kętrzyn. Gmina Runowo współzawodniczyła z gminą Świątki, a ta z gminą Dobre Miasto. W Siemianowicach uchwalono rezolucję: „Doceniając ogromną wartość NSP dla dalszego wspaniałego rozwoju gospodarczego i społeczno-politycznego naszej Polski Ludowej zebrani na szkoleniu komisarze jednoczą się myślą z delegatami II Światowego Kongresu Obrońców Pokoju i zobowiązują się wywiązać z nałożonych obowiązków w stu procentach”.

– To były ponure czasy. Ludzi zamykano w więzieniach, wysyłano na Syberię, tępiono kułaków, a nagle komisarze pytali o powierzchnię gruntów, zasiewy, inwentarz żywy i maszyny. Zastanawialiśmy się, gdzie ukryć krowę, może w piwnicy? Ludzie straszyli, że będą spisywać, ile mamy par butów – opowiada starsza kobieta. Władza dawała odpór: „Jakie głupie i śmieszne, a zarazem nikczemne są rozsiewane przez elementy reakcyjne pogłoski, jakoby spis miał prowadzić do konfiskaty inwentarza i nieruchomości. Są to oszczerstwa, przy pomocy których reakcja usiłuje siać niepokój, przeszkadzać dalszemu usprawnianiu naszej polityki gospodarczej” – pisał dr Stefan Jędrychowski.

Zdaniem władz, grudniowy spis 1950 udowodnił „doniosłe przemiany społeczno-gospodarcze w Polsce”. Stan ludności wzrósł o 1 047169 osób. Poinformowano jednak wkrótce, że ta liczba nie daje właściwego wyobrażenia o dynamice rozwoju w latach 1946–50, „bo rzeczywisty przyrost naturalny wyniósł około 1139 tys. osób, co oznacza intensywny przyrost naturalny po wojnie” – pisał „Głos Robotniczy”. Wykazał też „niezwykle intensywny rozwój hodowli”. Z rolnictwa utrzymywało się 45,8 proc. obywateli. „Tymczasem według spisu z 1931 r. – 61,4 proc. ludności utrzymywało się z rolnictwa” – triumfowano. Porównanie tych danych, zdaniem władzy, świadczyło o „przebudowie struktury gospodarczej Polski w kierunku przekształcenia z kraju przeważnie rolniczego w kraj przemysłowo-rolniczy”. Na długie lata stało się to motywem przewodnim przemówień partyjnych przywódców.

Po spisie 1950 r. nie opublikowano choinki demograficznej, czyli pełnej struktury wiekowej społeczeństwa. Utajniono w ten sposób grupę podlegającą mobilizacji, żeby wróg zewnętrzny nie poznał możliwości obronnych. Władza przywiązywała znaczenie do dystrybucji wyników: przez kilka lat przeznaczone były one wyłącznie do użytku służbowego i dopiero później przekwalifikowane zostały na publikacje otwarte. Poważna część wyników nie została w ogóle opublikowana, była wykorzystywana przez wąskie grono odbiorców i przechowywana w archiwach GUS.

Umocnił się sektor socjalistyczny

Marzenie o doskonałości, czyli objęciu planowaniem wszystkich dziedzin życia, przyświecało spisowi 1960 r. „Dokładne dane statystyczne w nadchodzącym dziesięcioleciu staną się podstawą operacji gospodarczych o podstawowym dla gospodarki i dla ludności znaczeniu” – pisał Zygmunt Padowicz, prezes GUS, uzasadniając apel o udzielanie rachmistrzom precyzyjnych danych. Informacje miały dać aktualny obraz struktury demograficznej i społeczno-zawodowej, przedstawić strukturę gospodarstwa rodzinnego oraz charakterystykę warunków mieszkaniowych. Wydano broszurkę „Co każdy obywatel o spisie wiedzieć powinien”.

Zwłaszcza udzielanie odpowiedzi przez rolników miało uchronić kraj od kłopotów. Rolnictwo bowiem nie nadążało w zaspokajaniu rosnących potrzeb ludności, choć produkcja rolna była wyższa od przedwojennej. Wierzono, że spis zmieni to jak za dotknięciem różdżki: „Zbieramy informacje o powierzchni gruntu w podziale na własne, dzierżawione i użytkowane z innego tytułu oraz o wyposażeniu gospodarstw rolnych w ważniejsze maszyny i narzędzia” – wyjaśniał prezes Padowicz. Jan Węgrzyn, dyrektor Urzędu Statystycznego w Rzeszowie, pracował wtedy jako rachmistrz w Rogach koło Krosna. – Na wsi społeczeństwo było bardziej otwarte niż w mieście. Może dlatego, że wszyscy się znali, wiedzieli, co kto ma w gospodarstwie – opowiada. Kłopoty napotkał w jednym przypadku: gospodarz, który miał kombajn i inne maszyny rolnicze, nie chciał ujawnić stanu posiadania z obawy przed urzędem finansowym.

Ludzie byli nieufni, bo bali się donosów. Nawet neutralne pytania drażniły. „Ludność była poinformowana o spisie, ale nie zawsze dostatecznie zorientowana i przekonana, że udzielane informacje służą wyłącznie celom statystycznym” – pisali rachmistrze.

Program i tematykę spisu zaprojektowano w biurze GUS. Musiał ją zatwierdzić KERM, gdzie ostatecznie decydowano, jakie pytania winny się znaleźć w formularzu spisowym. A lista pytań była obszerna. Spisywano płeć, wiek, faktyczny stan cywilny, poziom wykształcenia, miejsce zamieszkania i wykonywaną pracę. „Pytamy nie o formalny stan cywilny, a faktyczny, abyśmy przy pomocy spisu obliczyli wszystkie bez wyjątku małżeństwa, niezależnie od tego, czy dokonano formalności prawnych. Wszelkie analizy zmierzające do określenia przewidywanego przyrostu naturalnego ludności muszą być oparte na pełnej liczbie małżeństw” – usprawiedliwiano się z niedyskrecji. Miało za tym podążać planowanie miejsc w żłobkach i przedszkolach, szkołach, budowa mieszkań i produkcja mebli.

Spis się powiódł. Na jego podstawie kształtował się obraz Polski – jednolitego narodowościowo kraju między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Byliśmy młodzi, w przeciwieństwie do starzejących się narodów w świecie zachodnim, co „jest następstwem ciężkich warunków, w jakich żyje tam dość znaczna część ludności, następstwem nędzy i bezrobocia. W Polsce te choroby nie istnieją. Rzec można, że Polska młodnieje” – pisały „Nowe Czasy”. Spadł wprawdzie przyrost naturalny z 19,1 w 1950 r. do 14,9 proc., ale i to dało się wytłumaczyć optymistycznie wzrostem poziomu kulturalnego, który wpływa na świadome kształtowanie liczby urodzeń. Szczególnie wysoki był natomiast poziom urodzeń na ziemiach zachodnich, co stało się powodem dumy. „Cóż warte są w świetle tych danych twierdzenia bońskiej propagandy o zaniedbaniu zwróconych Polsce ziem zachodnich. Wysoki przyrost naturalny świadczy, że Polacy, którzy tam osiedli, wrośli w tamtejszy grunt” – triumfowała prasa.

Niespodzianką była natomiast 2,6-proc. nadwyżka zamężnych kobiet nad żonatymi mężczyznami. Zagadkę tę próbowano wyjaśnić, że kobiety w skomplikowanych sytuacjach życiowych podawały stan cywilny formalny, podczas gdy mężczyźni stan faktyczny. Wiele radosnych dla władzy zjawisk upatrywano w przemianach na wsi: wzrosła rola gospodarstw średniorolnych, a zmalała małorolnych, których liczba wynosiła jednak wciąż 6,3 proc. Wzrosło pogłowie bydła i trzody osiągając 73,6 w przeliczeniu na 100 hektarów użytków, „co jest ilością największą w historii polskiego rolnictwa”.

Spis 1960 r. zyskał u statystyków określenie: gospodarski. Wkrótce okazało się, że wyników nie daje się przełożyć na udane planowanie: brakowało masła, mieszkań i blachy i z tego powodu brakowało nawet szynki.

Statystyka narzędziem

Natomiast spis 1970 r. nazwano spisem przełomu. Miał być spisem triumfalnym, pokazującym, że w środku Europy żyje wielki naród. Front Jedności Narodu zaapelował o otwarcie szeroko drzwi przed rachmistrzami. Spis odbywał się 8 grudnia, zaledwie kilka dni przed krwawymi wydarzeniami na Wybrzeżu.

Zakres tematów poszerzono, pytano o miejsce urodzenia i czas zamieszkiwania w miejscowości, o kierunek wykształcenia, o dzietność kobiet zamężnych (w 5 proc. losowo wybranych obwodów pytano o wszystkie żywo urodzone dzieci). Pytano także o powierzchnię mieszkań i wyposażenie w media. Na wsi – o powierzchnię i wiek budynków i pomieszczeń gospodarczych. W Programowej Komisji Spisowej, która przygotowała problematykę spisu, po raz pierwszy uczestniczyli przedstawiciele MON i MSW, obok statystyków i przedstawicieli komisji planowania. Rachmistrzami byli ochoczo działacze ZMS, ZMW, ZSP i ZHP: „Wbrew niektórym stwierdzeniom okazało się w tym wielkim zadaniu, że młodzież nasza jest wyrobiona, inteligentna, lojalna i uświadomiona politycznie” – chwaliła „Trybuna Ludu”. – Docierałem do takich ruder, że aż skóra cierpła. Nie wiedziałem wtedy, że ludzie mieszkają i żyją w równie prymitywnych warunkach – wspomina jeden z rachmistrzów, wówczas student UJ.

8 grudnia padał śnieg i było zimno. „Te trudne warunki łagodzi serdeczność i zrozumienie społeczeństwa oraz pomoc, jakiej udziela ono rachmistrzom” – donosiła prasa. – W rzeczywistości uważaliśmy, że to nowa próba inwigilowania ludzi, którzy coraz wyraźniej okazywali niechęć do ustroju. Nienawidziłem Gomułki i nie miałem zamiaru wpuszczać rachmistrza bez względu na konsekwencje – wspomina emerytowany profesor UJ. Propaganda głosiła, że w krajach socjalistycznych statystyka jest narzędziem administracji państwowej i planowego kierowania gospodarką. Tymczasem w praktyce wcale nie służyła do sprawnego zarządzania, co było widoczne na każdym kroku. Naprawdę ten spis dowodził, że społeczeństwo się starzeje, emigruje, że kraj przestał się rozwijać, stąd wziął się lansowany model gierkowskiej rodziny 2 + 3. Fabryki domów zaczęły produkować w każdym mieście jakiś Ursynów, Natolin, ale i tak brakowało wszystkiego.

Mało osób zgubiono

Spis powszechny 1978 r. nazwano spisem rozpaczy: okazało się, że gospodarka planowa od 5-latki do 5-latki nie nadąża, planiści nie są w stanie przetworzyć danych statystycznych i wykorzystać ich w praktyce. Tym tłumaczono potknięcia.

Miał to być jedynie spis powszechny ludności i warunków mieszkaniowych. Zrezygnowano ze spisu rolnego i budynków mieszkalnych. Na wsi pytano o ogólną powierzchnię gospodarstwa i o wkład pracy w indywidualne gospodarstwo rolne. Po raz pierwszy pytano o inwalidztwo i przyczyny nieaktywności zawodowej, o główne źródła utrzymania i tytuł zajmowania mieszkania. Te pytania wywołały panikę, zwłaszcza u starszych, zamieszkujących obszerne lokale. Obawiano się przeniesienia do domu starców albo zmuszania do zamiany. A informacja o uchylaniu się od pracy miała wkrótce zaprocentować ustawą o pasożytnictwie społecznym.

Rachmistrzom dał się we znaki kryzys: wyłączenia prądu uniemożliwiały czynności spisowe. W dodatku śnieg i zamiecie utrudniały poruszanie się. Docierali na miejsce z kilkugodzinnym opóźnieniem i często zastawali zamknięte drzwi. Media informowały o niewątpliwie życzliwej atmosferze społecznej. Z powodu oszczędności papieru wprowadzono dwustronne formularze spisowe i zmniejszono ich format. Dopiero protokoły pospisowe ujawniły, że film „Spis” – wyświetlany jako dodatek w kinach – nie spełnił zadania, bo był zbyt trudny w odbiorze, że apel o zgłaszanie się rachmistrzów opublikowano zbyt późno, że nieopublikowanie w prasie formularza spisowego wraz z komentarzem było błędem, który odbił się nie tylko na organizacji spisu, ale na poprawności merytorycznej uzyskanych informacji. Okazało się, że ponad 6800 ulic w miastach nie ma nazw, a 4400 ma nazwy podwójne. Ale Polska liczyła 35 mln 61 tys. obywateli, o 2 mln 419 tys. więcej niż w 1970 r. 55 proc. żyło w mieszkaniach przeludnionych po dwie lub więcej osób w pokoju. Zwiększyła się liczba mieszkańców miast, zmniejszyła wsi. Utrzymywała się liczebna przewaga kobiet nad mężczyznami. Społeczeństwo znów się postarzało: średni wiek wzrósł w ciągu ośmiu lat z 27,4 do 28,2. Prawie połowa ludności miała wykształcenie podstawowe. Spis się udał, co w języku statystyków oznacza, że mało osób zgubiono. Dopiero dwa lata później, po powstaniu Solidarności, podano do publicznej wiadomości prawdziwą statystykę, np. dane o umieralności niemowląt czy nadumieralności mężczyzn.

Przed wybuchem

W 1988 r. było jeszcze gorzej, bieda dotknęła spis jak cały kraj. Nie było papierosów ani zapałek z hasłami spisowymi, nie było kartek ani znaczków okolicznościowego datownika, ani filmu. „Reforma gospodarcza skłania do bardziej selektywnego podejścia do poszczególnych form popularyzacji” – usprawiedliwiano te decyzje. Statystycy nazwali to spisem trudnym przeprowadzanym w zbuntowanym społeczeństwie. Rachmistrze pytali o datę urodzenia, stan cywilny, rok zawarcia małżeństwa, wykształcenie, źródło utrzymania. O warunki mieszkaniowe, które znów były złe. W pewnych obwodach eksperymentalnie zastosowano metodę samospisywania dla oszczędności. – Było trudniej niż poprzednio. W miastach montowano już domofony, które utrudniały pracę rachmistrzom, ludzie nie otwierali drzwi – wspomina Jan Węgrzyn. Zdarzały się przypadki poszczucia psami. – Nie wpuściłam. Nie będzie mi spisywał pralki ani dywanów. Nie będzie się gapił jak mieszkam – opowiada znajoma prawniczka, dlaczego odmówiła ujawnienia danych bezcennych dla kształtowania przyszłej polityki społeczno-gospodarczej kraju.

Okazało się, że 6 grudnia 1988 r. Polska liczyła o 8 proc. mieszkańców więcej niż przy poprzednim spisie: 37 mln 879 tys. Że roczne tempo przyrostu ludności było mniejsze niż w poprzednich latach, że ludność miejska liczyła 61,2 proc., a wiejska o 15 proc. mniej: dokładnie odwrotnie niż w 1950 r. Że starzenie i choroby cywilizacyjne spowodowały wzrost liczby niepełnosprawnych. Że zwiększyła się liczba rodzin niepełnych aż o 26 proc., że mniej budowaliśmy mieszkań. Po raz pierwszy statystycy użyli słowa „ubóstwo”. Że choroby społeczne, jakie przypisywano Zachodowi, dopadły także socjalizm. A rok później, w czerwcu 1989 r., dowiedzieliśmy się o sobie dużo więcej, i to bez spisu.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj