Feminizacja łódzkiej biedy
Goździk dla włókniarek
Łódź kiedyś – miasto stu kominów, koszary armii włókniarek. Wiadomo, skąd się wzięły, nie wiadomo, gdzie przepadły.
Kobiety w Fabryce Wyrobów Bawełnianych (początek XX w.)
Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Kobiety w Fabryce Wyrobów Bawełnianych (początek XX w.)

Kilka lat temu Katarzyna Dacyszyn, projektantka mody, dała ogłoszenia do łódzkich gazet, że zatrudni włókniarki w pracowni – nie zgłosiła się ani jedna. Dr Inga Kuźma, antropolożka z Uniwersytetu Łódzkiego, mówi, że włókniarki – najliczniejsza łódzka grupa robotnicza od ponad 130 lat – wymknęły się badaniom społecznym w czasie zmiany ustrojowej lat 90., gdy traciły pracę w padających fabrykach. Plajta i grupowe zwolnienia nie były wtedy badane pod względem płci – dawne włókniarki wróciły do zainteresowań socjologów niedawno, ale już z klucza kręgu „bieda łódzka”, a dokładniej feminizacja biedy.

Senator Ryszard Bonisławski, prezes Towarzystwa Przyjaciół Łodzi, znawca miasta, łodzianin i potomek łódzkich pionierów, ma w swoich zbiorach zdjęcie wykonane na podwórzu robotniczego domu w początkach XX w. – stoi pięć włókniarek, koleżanki babci. Babcia, też włókniarka, dotykała palcem każdej z nich i objaśniała wnukowi: to jest Niemka, to Czeszka, dalej Polka, Rusinka, Żydówka. Taka była Łódź, gdy mówili o niej ziemia obiecana – wielokulturowa i kobieca. Babcia Bronisławska robiła pierogi ruskie, których nauczyła ją Rusinka, w fabryce dzieliła się kanapkami z żydowskimi dziewczynami, które koniecznie chciały spróbować szynki, za to one przynosiły babci rybę w szarym sosie z rodzynkami.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj