Historia

Drogi do Katynia

Jak doszło do Zbrodni Katyńskiej

Henryk Kaiser i ULLSTEINBILD / BEW
Przedstawiamy ciąg zdarzeń, które doprowadziły do mordu polskich oficerów w Katyniu.
Wehrmacht i Armia Czerwona – wspólna defilada w Brześciu, 1939Bundesarchiv/Wikipedia Wehrmacht i Armia Czerwona – wspólna defilada w Brześciu, 1939
Polscy jeńcy w sowieckiej niewoliWikipedia Polscy jeńcy w sowieckiej niewoli

5 marca 1940 r. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii w specjalnej uchwale zdecydowało o rozstrzelaniu polskich oficerów – jeńców wojennych więzionych w tzw. obozach specjalnych NKWD (14736 osób) oraz Polaków osadzonych w więzieniach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi (10685 osób).

Pakt Ribbentrop-Mołotow

U progu 1939 r. do Polski wciąż spływały z Berlina żądania kolejnych ustępstw wobec Niemców. Polska konsekwentnie odmawiała, przez co konflikt zbrojny z naszym zachodnim sąsiadem stawał się coraz bardziej prawdopodobny. Pierwotnym zamiarem Hitlera było odizolowanie Polski, a następnie pokonanie jej bez żadnych układów z ZSRR. Toteż początkowo dyplomacja niemiecka nie reagowała na umizgi ze strony Kremla, dążącego do wyjścia ze stanu izolacji międzynarodowej i poprawy stosunków z Niemcami. Podjęte w maju 1939 r. dyskretne rozmowy niemiecko-sowieckie były początkowo ze strony Berlina bardziej grą dyplomatyczną, rozpoczętą w reakcji na aktywność dyplomacji angielskiej i francuskiej (te państwa starały się z kolei wciągnąć Związek Radziecki do wspólnej polityki antyhitlerowskiej), niż rozmowami w celu stworzenia stabilnego sojuszu niemiecko-sowieckiego.

Dla Moskwy ewentualne porozumienie z Niemcami nie tylko oznaczało powiększenie wpływów – i ewentualnie zdobycze terytorialne (w środkowej Europie i w Polsce). Niebanalne znaczenie miało również, to, że zbliżenie Hitlera do Stalina oddalało tego pierwszego od sojuszu z Japonią. A ponieważ w tym samyjm czasie wciąż trwały walki toczone przez Armię Czerwoną z Japończykami w Mandżurii – było to strategicznie istotne.

Informacje o możliwym zbliżeniu między obydwoma naszymi sąsiadami docierały do Warszawy między innymi od dyplomatów węgierskich, włoskich i japońskich. Ale w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie dawano im wiary. Różnice ideologiczne pomiędzy oboma krajami – uważano w Pałacu Brühla – są tak zasadnicze, że współpraca pomiędzy nimi, ściślejsza w latach 20., jest aktualnie wobec poglądów Hitlera nie do pomyślenia. Taki pogląd prezentował też polski ambasador w Moskwie, Wacław Grzybowski, stale dezawuujący wspomniane pogłoski o ewentualnym zbliżeniu.

Faktycznie, początkowo rozmowy, które prowadził szef sowieckiego przedstawicielstwa handlowego w Berlinie Jewgienij Barbarin, nie zapowiadały przełomu. Jednak w lipcu 1939 r. sytuacja uległa zmianie: Hitler stwierdził, że w celu sparaliżowania starań angielskich należy nawiązać ściślejszą współpracę ze Stalinem. 26 lipca 1939 r. Barbarinowi zaproponowano zawarcie niemiecko-sowieckiego układu politycznego. Już w pierwszej poważniejszej rozmowie na ten temat, przeprowadzanej przez ministra Joachima von Ribbentropa (2 VIII 1939) pojawiła się sugestia porozumienia z Rosją co do losu Polski. Następnego dnia sugestię tę niemiecki ambasador w Moskwie powtórzył radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Wiaczesławowi Mołotowowi. Od tej pory wypadki potoczyły się szybciej, przy czym na zawarcie porozumienia nalegali teraz Niemcy, którzy zdecydowani już byli na zaatakowanie Polski w najbliższym czasie. 20 sierpnia 1939, zniecierpliwiony przedłużającymi się rozmowami dyplomatycznymi, Hitler wysłał do Stalina telegram, z prośbą o jak najszybsze przyjęcie w Moskwie Ribbentropa i jednoczesną zgodą na wszystkie wysunięte przez Rosjan warunki. Z których bodaj najistotniejszym było dołączenie do układu specjalnego, tajnego protokołu, ustalającego „strefy interesów” obu państw w Europie środkowej. W tej sytuacji rozmowy brytyjsko-francusko-radzieckie zostały przez Moskwę natychmiast zerwane, co zresztą było od początku zamiarem Stalina; zbliżeniu Berlina i Moskwy już nic nie stało na przeszkodzie.

Podpisany 23 sierpnia 1939 w Moskwie pakt – znany jako pakt Ribbentrop-Mołotow – był formalnie niemiecko-radzieckim paktem o nieagresji. Jednak faktycznie najważniejszy był żądany przez Stalina tajny protokół dodatkowy. W tym momencie dla sygnatariuszy układu najistotniejszy był jego punkt drugi, stanowiący:

Na wypadek terytorialno-politycznego przekształcenia terytoriów należących do państwa polskiego, sfery interesów Niemiec i ZSRR będą rozgraniczone w przybliżeniu przez linię Narew-Wisła-San. Kwestia, czy w interesie obu [państw] uznane będzie za pożądane utrzymanie niepodległego państwa polskiego, zostanie definitywnie rozstrzygnięta dopiero w ciągu dalszego rozwoju wypadków politycznych. W każdym razie oba rządy rozwiążą tę kwestię na drodze przyjacielskiego porozumienia.

Pakt niemiecko-radziecki zaskoczył niemal całą Europę (dyplomacja naszych sojuszników już po dwóch dniach znała treść tajnego protokółu, o czym jednak nie poinformowano Polaków). Szczególnie zaskoczona była Polska, gdyż kierujący naszą dyplomacją Józef Beck stale zakładał, że porozumienie takie jest niemożliwe.

Sowieckie przygotowania

Natychmiast po podpisaniu paktu sztab generalny Armii Czerwonej rozpoczął przygotowania do agresji na Polskę. Przygotowania zintensyfikowano po 1 września 1939, kiedy to Niemcy napadli na Polskę. Już 3 września Niemcy rozpoczęli nacisk na nowych sojuszników, by Armia Czerwona jak najszybciej weszła w granice Polski i zajęła swą „strefę wpływów”. Tego samego dnia sowiecki komisarz obrony Kliment Woroszyłow nakazał przeznaczonym do akcji oddziałom osiągnięcie gotowości bojowej.

Tymczasem przebieg wojny polsko-niemieckiej był niekorzystny dla strony polskiej. Oddziały Wojska Polskiego w ciężkich walkach wycofywały się na wschód. Na ziemie za Bugiem od początku walk ewakuowano zarówno administrację, jak i jednostki tyłowe armii. Do szpitali wojennych na wschodzie ewakuowano też znaczną część rannych w walkach żołnierzy. Polacy rozpoczynali przygotowanie obrony terytoriów przygranicznych w Małopolsce Wschodniej. Tu, w widłach Dniestru i Stryja, miał powstać przyczółek, na którym oddziały polskie będą mogły kontynuować walkę przy wykorzystaniu sprzętu dostarczonego drogą przez Rumunię. Naczelny Wódz zakładał, że uda się tam doczekać do ofensywy francuskiej, która – zgodnie z układami sojuszniczymi – powinna ruszyć 17 września. Jednocześnie w garnizonach kresowych z pozostających w nich żołnierzy pospiesznie improwizowano różnego rodzaju jednostki.

Tymczasem przeznaczone do ataku na Polskę jednostki Armii Czerwonej mobilizowały się stopniowo. Braki sprzętowe i kłopoty z koncentracją niektórych oddziałów uniemożliwiały Armii Czerwonej natychmiastowe wkroczenie do Polski, mimo ponawianych nacisków Berlina. Kłopoty logistyczne nie były jednak jedyną przyczyną sowieckiej opieszałości: Stalin wcale nie zamierzał wchodzić w otwarty konflikt z mocarstwami zachodnimi i czekał na załamanie polskiej obrony. Wkroczenie Armii Czerwonej uzależniano od zdobycia przez hitlerowców Warszawy, co byłoby widocznym symbolem upadku Rzeczypospolitej.

Do wkroczenia do Polski przygotowywało się także NKWD. Już 8 września Ławrentij Beria podpisał rozkaz o utworzeniu dziewięciu specjalnych „grup operacyjno-czekistowskich”, które miały posuwać się za jednostkami armii i tworzyć na zajętych terenach struktury NKWD oraz aresztować przedstawicieli administracji państwowej, organów bezpieczeństwa, wojskowych oraz elit politycznych.

Wobec wkroczenia przez Niemców na tereny, które w myśl paktu Ribbentrop-Mołotow należały do sowieckiej „strefy interesów” oraz bierności mocarstw zachodnich, władze moskiewskie wydały 15 września dyrektywy bojowe dla oddziałów, a 16 września marszałek Woroszyłow nakazał rozpoczęcie ataku na Polskę o świcie 17 września. Przewidziane do ataku wojska Frontu Ukraińskiego i Frontu Białoruskiego obejmowały m.in. 466 tysięcy żołnierzy i blisko 5000 czołgów.

Wkroczenie Armii Czerwonej w granice Polski Kreml uzasadniał rozpadem państwowości polskiej i zamiarem „obrony” zamieszkałej na Kresach ludności ukraińskiej i białoruskiej. Faktycznie jednak – co jasno wynika z zachowanych rozkazów – od samego początku jednym z głównych celów było odcięcie walczących oddziałów polskich od granicy polsko-rumuńskiej i uniemożliwienie im zarówno kontynuowania walki przeciwko Niemcom, jak i wydostania się z kraju.

17 września 1939

Informacje o przekroczeniu granicy przez Armię Czerwoną, które rankiem 17 września dotarły do rządu polskiego i Naczelnego dowództwa, były całkowitym zaskoczeniem. Te placówki Korpusu Ochrony Pogranicza, które nie dały się wziąć z zaskoczenia, wycofywały się, prowadząc wymianę ognia z oddziałami sowieckimi. Ponieważ z większości docierających meldunków wynikało, że żołnierze sowieccy do oddziałów polskich nie strzelają, a na dodatek twierdzą, że „idą na pomoc Polsce”, marszałek Śmigły-Rydz wydał rozkaz, aby z bolszewikami nie walczyć, o ile nie atakuję ani nie próbują rozbrajać naszych oddziałów. Śmigły nie wierzył oczywiście w zapewnienia sowieckie. Uważał jednak, że nie prowadząc walk, polskie oddziały łatwiej przedostaną się do granicy rumuńskiej bądź węgierskiej, a stąd – do Francji. Jednocześnie rząd polski – prawdopodobnie pod naciskiem sojuszników – nie stwierdził istnienia stanu wojny pomiędzy Polską a ZSRR.

Rozkaz Naczelnego Wodza do dziś jest oceniany bardzo różnie. Niewątpliwie zdezorientował on część dowódców. Bez walk poddały się słabe garnizony Równego, Łucka czy Tarnopola, jednak wiele oddziałów podjęło walkę. Początkowo były to przede wszystkim obsadzające granicę oddziały KOP (Korpus Ochrony Poganicza), później także jednostki zapasowe i improwizowane na wschodzie kraju. Przed natarciem sowieckimi broniło się m.in. Wilno (18-19 września 1939) i Grodno (20-22 września). W wielu wypadkach bezpośrednio po kapitulacji polscy jeńcy byli rozstrzeliwani. Spotykało to głównie oficerów, ale także cywilów. Do rzezi doszło m.in. w Rohatynie, Grodnie, Nowogródku, Oszmianie, Wołkowysku, Sarnach, Złoczowie czy Tarnopolu.

Już 18 września nad Bugiem doszło do pierwszego kontaktu oddziałów Wehrmachtu z Armią Czerwoną. W następnych dniach obie armie współdziałały w likwidacji polskich jednostek. Dowódcy niektórych polskich oddziałów, otoczonych przez wojska obu agresorów, decydowali się na kapitulację przed Armią Czerwoną, która – jak się wydawało – proponowała lepsze warunki złożenia broni (tak stało się m.in. w wypadku grupy płk Tadeusza Zieleniewskiego). Inne oddziały, wobec zaciskającego się wokół nich pierścienia, były rozwiązywane, a ich żołnierze małymi grupkami usiłowali się przebijać do granicy południowej. Tak stało się m.in. z grupami gen. Andersa czy gen. Orlika-Rückemanna. Niestety, znaczna część przedzierających się oficerów wpadała w ręce Armii Czerwonej, z którą współpracowali miejscowi Ukraińcy i Żydzi.

Charakterystyczny był los obrońców Lwowa, który otoczony z jednej strony przez Wehrmacht, a z drugiej przez Armię Czerwoną, został 22 września 1939 przez gen. Langnera poddany Sowietom. Wprawdzie zagwarantowali oni obrońcom możliwość odejścia do granicy rumuńskiej, ale bezpośrednio po kapitulacji zbierające się do wymarszu kolumny zostały otoczone i – już jako jeńcy – pognane do sowieckiego obozu. Uroczystym symbolem współpracy dwóch niedawnych wrogów w unicestwieniu Polski była wspólna defilada w Brześciu Litewskim – zdobytym przez Niemców i przekazanym (wraz z wziętą do niewoli załogą) Sowietom. 28 września 1939 r. III Rzesza i ZSRR podpisały „traktat o granicach i przyjaźni”, który przypieczętował dokonany rozbiór Polski i korygujący nieco linię podziału ziem polskich pomiędzy zwycięzców.

Tymczasem tragedia jeńców katyńskich miała dopiero się zacząć...

Polscy jeńcy

Zgodnie z dyrektywami Woroszyłowa i Berii polscy jeńcy, którzy wpadli w ręce wojsk sowieckich – najprawdopodobniej ponad ćwierć miliona osób, nie wliczając członków innych służb mundurowych – byli od razu przekazywani w ręce NKWD. Sowiecka bezpieka już 19 września utworzyła dla nich osiem obozów jenieckich w: Ostaszkowie, Juchnowie, Kozielsku, Putywlu, Starobielsku, Juży i Orankach. Przekazywanie jeńców policji politycznej samo w sobie było sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Część wziętych do niewoli szeregowych, którzy mieszkali na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez Armię Czerwoną, została zwolniona do domów. Inna część szeregowych – wywieziona na roboty w głąb Związku Radzieckiego. Sporą grupę szeregowych żołnierzy KOP i wywiadu – wraz z oficerami - skierowano do obozów jenieckich.

Niezależnie od oficerów, wziętych do niewoli podczas „wyzwolicielskiego pochodu Armii Czerwonej” – jak nazywała go komunistyczna propaganda – organa NKWD aresztowały we wszystkich zajętych miejscowościach przedstawicieli polskich elit społecznych i politycznych, w tym oficerów (głównie rezerwy i stanu spoczynku), policjantów, żołnierzy Straży Granicznej i osoby uznane za współpracowników polskiego wywiadu i kontrwywiadu. Przy tym działaniu częściowo wykorzystano listy proskrypcyjne, sporządzone przez sowieckich agentów jeszcze przed wojną, a częściowo wyniki zarządzonej dość szybko akcji rejestracji polskich oficerów.

Ostatecznie, po różnych przetasowaniach, najważniejsi z punktu widzenia władz sowieckich polscy jeńcy – oficerowie różnych kategorii – zostali już w październiku-listopadzie 1939 r. zgromadzeni w trzech wielkich obozach jenieckich NKWD w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.

Rozkaz likwidacji polskich jeńców

W trzech głównych obozach jenieckich, podporządkowanych niedawno utworzonemu Zarządowi ds. Jeńców Wojennych NKWD, zgromadzono ostatecznie z końcem 1939 r. przeszło 17 000 osób, mieszczących się w sowieckiej kategorii „wrogów ludu”, a więc oficerów, policjantów, członków straży granicznej i straży więziennej oraz osadników wojskowych. W następnych miesiącach pewną część jeńców przekazano Niemcom, a część wywieziono do łagrów w oddalonych rejonach ZSRR.

Warunki bytowe w obozach, zorganizowanych na terenach dawnych klasztorów, nie spełniały oczywiście standardów, które winny spełniać obozy jenieckie. W każdym z obozów przebywało znacznie więcej jeńców, niż było miejsca. Wyżywienie było kiepskie, podobnie jak możliwości korzystania z urządzeń sanitarnych. Stosunkowo lepsze warunki zapewniono osadzonym w obozach generałom i pułkownikom. Jeńcom pozwolono na niewielką korespondencję z rodzinami, a także na stworzenie samorządów obozowych.

Od początku przetrzymywani w obozach usiłowali wyjaśnić swój status oraz swą przyszłość. Wobec faktu, że formalnie stanu wojny pomiędzy Polską a Związkiem Radzieckim nie było, uważali, że nie mogą być uznawani za jeńców wojennych. W wystąpieniach do władz obozowych sprzeciwiano się tym częściom regulaminu obozowego, które były sprzeczne z konwencją genewską, a także żądano możliwości kontaktów z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem. Wszystkie te wystąpienia pozostawały bez rezultatu.

Wkrótce po urządzeniu obozów przybyły do nich grupy pracowników NKWD – „specjalne ekipy do operacyjno-czekistowskiej obsługi jeńców”. Ich członkowie przesłuchiwali niezwykle dokładnie wszystkich osadzonych. Celem tego działania było wydobycie od przesłuchiwanych informacji przydatnych dla Związku Radzieckiego, a także ocena przydatności samych jeńców dla państwa sowieckiego. W ramach tych działań NKWD pozyskało także niewielką liczbę agentów wśród uwięzionych. Jednocześnie jeńcy Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa – podobnie jak więźniowie innych obozów w Kraju Rad – przez cały czas poddawani byli zróżnicowanym formom indoktrynacji. Mimo licznych starań, działania te nie przynosiły rezultatów – niemal żadnego z jeńców nie udało się „reedukować”. Niepowodzeniem zakończyły się również próby skonfliktowania uwięzionych.

Faktycznie los jeńców został przesądzony dość szybko, prawdopodobnie jeszcze przed zakończeniem „czekistowskiego rozpracowania”. Pojmani należeli do polskiej elity intelektualnej, byli „wrogami klasowymi” państwa sowieckiego. Samo to wystarczało, aby zostali oni zlikwidowani tą samą metodą, jaką od rewolucji władze sowieckie likwidowały wszelkich wrogów klasowych, którzy dostali się w ich ręce. Reprezentanci „byłego państwa polskiego”, zlikwidowanego wspólnie z Niemcami, w razie zwolnienia byli źródłem potencjalnych kłopotów. Pewną rolę zapewne odgrywały również resentymenty – władcy sowieccy ze Stalinem na czele nadal mieli w pamięci wojnę polsko-bolszewicką (1919-21), która zakończyła się ich porażką. Nie bez znaczenia były także sprawy ekonomiczne – utrzymanie jeńców było kosztowne, a zajmowane przez nich miejsce w obozach było już potrzebne dla kolejnych Polaków, których deportowano z zajętych terenów.

W tej sytuacji 5 marca 1940 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) [Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików)] na wniosek Ławrentija Berii zdecydowano, by:

1. Sprawy 14.700 znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich oficerów, urzędników państwowych, obszarników, policjantów, agentów wywiadu, żandarmów, osadników i dozorców więziennych,
2. Jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich obwodach Ukrainy i Białorusi w liczbie 11 000 członków różnych kontrrewolucyjnych organizacji szpiegowskich i dywersyjnych, byłych obszarników, fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników państwowych i zbiegów – rozpatrzyć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania.

Sprawy miały zostać przeprowadzone w trybie zaocznym. Formalne wyroki miała wydać tzw. trójka, składająca się z najwyższych urzędników NKWD.

Na mocy tej decyzji od 3 kwietnia 1940 r. z poszczególnych obozów wywożono niemal codziennie grupy jeńców, liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Wywożonym niejasno sugerowano, że wracają do Polski. Tak zwana akcja „rozładowania obozów” przebiegała niemal identycznie w odniesieniu do wszystkich trzech obozów i polegała na odsyłaniu więźniów „do dyspozycji” poszczególnych zarządów obwodowych NKWD: jeńców z Kozielska – do smoleńskiego, ze Starobielska – do charkowskiego, a z Ostaszkowa – do kalinińskiego. Pod eskortą specjalnych oddziałów konwojujących NKWD jeńców transportowano koleją do miejsc, w których byli mordowani strzałami w kark.

Miejscem kaźni oficerów z Kozielska był ośrodek NKWD koło Katynia (niedaleko Smoleńska). Wymordowano tam 4410 osób. Jeńców z obozu starobielskiego – 3739 osób – mordowano w więzieniu NKWD w Smoleńsku, a grzebano na terenie NKWD w Piatichatkach pod Charkowem. 6314 jeńców z Ostaszkowa zastrzelono w siedzibie NKWD w Kalininie (Twerze), po czym grzebano ich w miejscowości Miednoje pod Kalininem. Całą akcję zakończono w połowie maja 1940 r. Pochówek w zbiorowych mogiłach odbywał się w nocy. Z trzech obozów uratowało się ledwie 432 osoby, które przewieziono do obozu jenieckiego Pawliszczew Bor, a stamtąd – do obozu w Griazowcu.

Poszukiwania zaginionych oficerów

Jeszcze przed likwidacją obozów, w połowie marca 1940 r. przerwano korespondencję jeńców z rodzinami. W miarę upływu czasu niepokój rodzin rósł coraz bardziej – zwłaszcza, że listy wysyłane do obozów zaczęły wracać jako niedoręczone. Czasami notowano, że adresat nie przebywa w oznaczonym miejscu. Jedyni ocaleni – jeńcy przetrzymywani w Griazowcu – byli zaskoczeni otrzymywanymi z kraju zapytaniami o losy ich kolegów z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa, którzy od wiosny 1940 r. nie dawali żadnego znaku życia. Nikomu z nich nie przychodziła do głowy najgorsza prawda.

22 czerwca 1941 r. Niemcy zaatakowali Związek Radziecki. Już na początku lipca tego roku rozpoczęły się rokowania w sprawie przywrócenia stosunków dyplomatycznych pomiędzy polskim rządem w Londynie a ZSRR. Po trudnych negocjacjach (Sowieci nie godzili się przekreślić paktu Robbentrop-Mołotow) ostatecznie 30 lipca 1941 r. doszło w Londynie do podpisania układu polsko-sowieckiego. Artykuł 4 układu przewidywał zgodę Moskwy na utworzenie na terytorium ZSRR Armii Polskiej. Natomiast w dołączonym do układu protokole rząd sowiecki zobowiązywał się amnestionować wszystkich więzionych obywateli polskich. Już w sierpniu 1941 r. do Moskwy przybyła polska misja wojskowa. Rezultatem jej działań było podpisanie 14 sierpnia 1941 r. polsko-sowieckiej umowy wojskowej. Jeszcze zanim umowa wojskowa została podpisana, na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR wyznaczono gen. Władysława Andersa, wziętego do niewoli 29 września 1939 r. i przetrzymywanego oddzielnie w Moskwie.

Do miejsc formowania Armii Polskiej docierali uwolnieni łagiernicy. 15 października 1941 było ich już przeszło 38 tysięcy. W tym jedynie 2 tysiące stanowili oficerowie. Wśród oficerów znaleźli się byli jeńcy z Griazowca, od których dowiedziano się o wywiezieniu wiosną 1940 r. jeńców z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. O dalszych ich losach jednak nikt nic nie wiedział.

Artykuł ukazał się w marcu 2013 roku w POLITYKA.PL

Dowództwo Armii Polskiej w ZSRR rozpoczęło zbieranie nazwisk brakujących oficerów, wśród których byli m.in. niemal wszyscy oficerowie sztabu gen. Andersa z okresu kampanii wrześniowej. Na pytanie o ich miejsce pobytu przywódcy ZSRR – w tym i NKWD – odpowiadali niechętnie, wymijająco i mgliście, po czym jak najszybciej zmieniali temat. Polscy rozmówcy, wśród których był premier gen. Władysław Sikorski, ambasador Stanisław Kot oraz gen. Anders, dopowiadali sobie, że przebywają w praktycznie odciętych od świata rejonach Dalekiej Północy i ich powrót jest kwestią czasu. Takie rozumowanie zdawało się mieć podstawę w trwającym ciągle procesie zwalniania więźniów-Polaków: do października 1941 r. uwolniono przeszło 345 tysięcy osób, w tym większość deportowanych z Kresów w latach 1939-41. Jednak już w tym czasie sowieccy rozmówcy twierdzili, iż „wszyscy oficerowie polscy zostali już zwolnieni”. Podczas rozmowy z gen. Sikorskim (1 grudnia 1941) indagowany w sprawie zaginionych oficerów Stalin sugerował nawet, że zaginieni „uciekli do Mandżurii”. Mijały jednak miesiące, a żaden z zaginionych się nie pojawił. Polskie starania i noty dyplomatyczne pozostawały ciągle bez rezultatu.

Sytuacja nie zmieniła się aż do 13 kwietnia 1943 r., kiedy to radio Berlin ogłosiło:

Ze Smoleńska donoszą, że miejscowa ludność wskazała władzom niemieckim miejsce tajnych egzekucji masowych, wykonywanych przez bolszewików, i gdzie GPU wymordowało 10 000 polskich oficerów. Władze niemieckie udały się do miejscowości Kosogory [...], gdzie dokonały strasznego odkrycia. Znalazły dół [...], w którym znajdowały się ułożone w 12 warstwach trupy oficerów polskich w liczbie 3 000. [...] Oficerowie znajdowali się początkowo w Kozielsku pod Orłem, skąd w lutym i marcu 1940 r. sprowadzeni zostali w bydlęcych wagonach do Smoleńska, a stamtąd zawiezieni do Kosogor, gdzie bolszewicy ich wszystkich wymordowali...

Kamil Stepan (1969) – historyk i filmoznawca, pracownik Muzeum Wojska Polskiego. Współautor kilku książek na temat armii II Rzeczypospolitej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Piotr Woźniak-Starak: na przekór

Mógł pójść na łatwiznę i odcinać kupony od dobrego pochodzenia. Ale wolał inaczej. W bohaterach filmów, które zdążył wyprodukować, bliscy widzą dziś jego samego.

Mariusz Sepioło
30.08.2019
Reklama