Terroryści i politycy

Pożegnanie z bronią
Osama nie był sam. Historię ostatniego półwiecza współtworzyli rebelianci i terroryści.
Vellupillai Prabhakaran,  przywódca Tamilskich Tygrysów.  Został zastrzelony w 2009 r.  Zdjęcie jego zwłok rząd pokazał  w ogólnokrajowej telewizji.
EAST NEWS

Vellupillai Prabhakaran, przywódca Tamilskich Tygrysów. Został zastrzelony w 2009 r. Zdjęcie jego zwłok rząd pokazał w ogólnokrajowej telewizji.

Gerry Adams. Dawny członek IRA,  dziś jest przywódcą partii Sinn Fein  – jej politycznego ramienia.
EAST NEWS

Gerry Adams. Dawny członek IRA, dziś jest przywódcą partii Sinn Fein – jej politycznego ramienia.

Forum

Kiedy w nocy 1 maja do silnie ufortyfikowanego kompleksu w mieście Abbottabad na północ od Islamabadu wkroczyli amerykańscy komandosi z oddziału Navy Seals, Osama ibn Laden na pewno już spał. Wojna, którą rozpętał 11 września 2001 r., przekroczyła teraz próg jego domu. Drzwi do sypialni zostały wyważone, a do środka wpadli żołnierze. Jak przekazali, najbardziej poszukiwany człowiek świata nie zdążył chwycić za broń, choć ta była w zasięgu jego ręki. Zginął od strzału w głowę i klatkę piersiową…

Dwa lata temu podobny koniec stał się udziałem przywódcy rebelii Tamilskich Tygrysów. Vellupillai Prabhakaran (1954–2009) od połowy lat 70. stał na czele nieuznawanego przez świat państwa. Mieszkający w północnej części Sri Lanki Tamilowie pod jego przywództwem stworzyli jedną z najbardziej niebezpiecznych i najlepiej uzbrojonych (dysponowali nawet własnym lotnictwem) armii partyzanckich na świecie. Prabhakaran był poszukiwany przez 33 lata pod zarzutami terroryzmu, zorganizowanej przestępczości i wielokrotnych morderstw. W imieniu Tamilów walczył z ekonomiczną i polityczną dominacją Syngalezów z południowej części dawnego Cejlonu. W ciągu kilku lat Tamilskie Tygrysy stworzyły swoje państwo, a Prabhakaran był jego niekoronowanym królem. Uważany za niepokonanego, nazywał siebie wybawcą Tamilów. Czarujący dla rozmówców, obdarzony charyzmą. Wykorzystywał ją posyłając swoich żołnierzy (również kobiety) na samobójcze misje. Rekruci, wstępując w szeregi armii, którą stworzył, składali mu osobistą przysięgę wierności. Z dumą przyglądał się, jak rośnie jego kult. Dzień urodzin wodza (24 listopada) był w państwie Tamilów oficjalnym świętem. Podobno współpracownicy, chcąc skorzystać z jego nadprzyrodzonych właściwości, pili wodę, w której kąpał się Prabhakaran.

Bez wątpienia był paranoikiem. W wywiadach mówił o sobie jako o kontynuatorze dzieła Mahatmy Gandhiego. Sztukę propagandy opanował do perfekcji na długo przed pojawieniem się Al-Kaidy. W państwie Tamilów Prabhakaran był na każdym plakacie, kalendarzu, nagrywano kasety z jego przemówieniami, a portrety wisiały w każdym urzędzie. Zawsze powtarzał, że nie da wrogom satysfakcji i nie pozwoli wziąć się żywcem. Nie rozstawał się z fiolką cyjanku. Jego ochroniarze mieli rozkaz zastrzelenia swojego przywódcy, gdyby cyjanek nie zadziałał.

Koniec Tygrysa Elamu nadszedł w 2009 r. W maju dobrze uzbrojona armia rządowa zepchnęła Tamilów na północne krańce wyspy. Prabhakaran z garstką ochroniarzy bronił się w pobliżu wioski Mallaitivu. Zginął od strzału z bliskiej odległości. Jego tożsamość potwierdziła rodzina i testy DNA. Rząd sfilmował i pokazał w ogólnokrajowej telewizji jego zwłoki, tak aby każdy uwierzył, że przywódca Tamilów naprawdę nie żyje i po 33 latach wojny Sri Lankę czeka pokój. Fanatyczni wyznawcy Prabhakarana nie dali jednak wiary w śmierć przywódcy. Wierzą, że uciekł motorówką na jedną z setek małych wysp otaczających dawny Cejlon i czeka na moment, aby powrócić i znów rozniecić pożogę.

Dłużej od ibn Ladena czy Prabhakarana razem wziętych walczył Kolumbijczyk Pedro Antonio Marin, czyli Manuel Marulanda (1930–2008). Tirofijo, Celny Strzał, jak go nazywano, był najstarszym chyba partyzantem na świecie. Niemal 60 lat spędził w dżungli. Stworzył FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii), najpotężniejszą armię partyzancką nie tylko w Ameryce Południowej, ale także na całej zachodniej półkuli. Przez lata prasa uśmierciła go ponad 15 razy.

Chwycił za broń, by chronić chłopów przed bojówkami posiadaczy ziemskich w latach wojny domowej 1948–58. Był prawdziwym ludowym bohaterem. Pośród lasów kolumbijskiej dżungli rosła legenda chłopskiego rewolucjonisty. On i jego podwładni uchodzili cało z największych opresji. Miał nosa do zasadzek. Zawsze znalazł sposób, by niczym lis wymknąć się z pułapki sił rządowych. Trudno było wątpić w jego militarny geniusz.

„Podejrzliwy i zamknięty w sobie”, tak opisał Marulandę jego oficjalny biograf Arturo Alape, „ostrożny do tego stopnia, że nigdy nie postawił stopy w stolicy kraju”. Nic nie wiadomo o jego kobietach, podobno nigdy się nie ożenił, choć miał wiele dzieci.

Wojna, której ogień tak umiejętnie rozdmuchał, objęła całą Kolumbię. Kolejni prezydenci przychodzili i odchodzili, a on trwał niewzruszony. Pod koniec lat 90. potęga FARC sięgnęła szczytu. Marulanda zmusił prezydenta Andresa Pastranę, by ten przyjechał do jego twierdzy w dżungli i prosił o pokój. Z tego okresu pochodzą jego najbardziej znane zdjęcia. Starszy pan, w zielonym mundurze, z nieodłącznym żółtym ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

Stary partyzant zapomniał jednak o swoim rodowodzie. Zaczynał jako obrońca ciemiężonych, a stał się władcą kokainowego imperium. Szwadrony śmierci FARC siały wśród chłopów postrach. Marulanda, niepostrzeżenie dla siebie, stał się podobny do sił, które zwalczał.

Przez ostatnich kilka lat siły FARC traciły grunt pod nogami. Nowy prezydent Kolumbii Alvaro Uribe okazał się wojownikiem, który przy pomocy USA obiecał zaprowadzić w kraju pokój ogniem i mieczem. Wojsko niszczyło plantacje koki. W walce ginęli najbliżsi współpracownicy Marulandy. Sam Tirofijo na początku 2008 r. wycofał się do bastionu, gdzie 60 lat wcześniej chwycił za karabin. Osaczony pośród gór, mokradeł i nieprzebranej puszczy w departamencie Meta umarł jednak 26 marca na atak serca.

„Mamy informację, że Manuel Marulanda jest w piekle” – ogłosił minister obrony Juan Manuel Santos. Po tygodniu dowództwo FARC potwierdziło jego śmierć. Wojna, której ogień rozniecił, tli się jednak nadal.

Ilicza Ramireza Sancheza (ur. 1949 r.) ochrzcił Szakalem brytyjski dziennik „Guardian”, zainspirowany książką Fredericka Forsytha „Dzień Szakala”. Sanchez był pierwszym, któremu prasa nadała miano „najsłynniejszego terrorysty świata”, i w pełni zasługuje na tytuł Osamy ibn Ladena lat 70. Ten dobrze wykształcony (ukończył m.in. słynną London School of Economics) Wenezuelczyk zafascynował się marksizmem i polityczną przemocą. Oliver Assayaz, reżyser najnowszego miniserialu o Carlosie (emitowanego na antenie Canal+), postrzegał go jako „ucieleśnienie fascynacji romantycznymi ideami rewolucji, walki z imperializmem, niepokojów społecznych europejskich lewicujących elit”. Terrorystą został z przekonania, a okazał się w tym naprawdę dobry.

Dokonał zamachu na szefa koncernu Marks&Spencer w Londynie. Próbował też zestrzelić samolot izraelskich linii El-Al na lotnisku Orly pod Paryżem. Najsłynniejszą akcją Sancheza było wtargnięcie z małą grupą towarzyszy na posiedzenie państw OPEC w Austrii w grudniu 1975 r. i wzięcie 70 zakładników. Wpadł w 1994 r. w Sudanie. Aresztowali go francuscy agenci za morderstwo dwóch osób podczas ataku na kawiarnię w latach 70. Francuski sąd skazał go na dożywocie. Od tamtej pory pierwszy w dziejach celebryta terroryzmu odsiaduje wyrok w pojedynczej celi więzienia Clairvaux. Dni schodzą mu na pisaniu. Niedawno wydał książkę „Rewolucyjny islam”, w której nie kryje podziwu dla ibn Ladena, nazywając go „ostatnim rycerzem Arabii”.

Pech Abdullaha Öcalana (ur. 1949 r.) polegał na tym, że po prostu nie zdążył pociągnąć za spust. Jego kurdyjscy żołnierze zwracali się do niego zdrobniałym Apo, co w języku kurdi oznacza „wujku”. Dla Turków to „potwór”, „zabójca dzieci” i „terrorysta”. Założyciel i przywódca Partii Pracujących Kurdystanu (PPK) od 12 lat więziony jest na wyspie Imrali, położonej na środku Morza Marmara. Ten niewysoki Kurd o sumiastych wąsach przez niemal 20 lat prowadził partyzancką wojnę na wschodnich rubieżach Turcji. Konflikt, który tlił się tam od dekad, wybuchnął z siłą pożogi w 1984 r. Armia turecka rozmieściła w rejonach zamieszkanych przez Kurdów 350 tys. żołnierzy i policjantów. Öcalan, ukrywając się przed ścigającymi go służbami, mieszkał w Syrii. Potem przenosił się do Rosji, Grecji i Włoch. Nigdzie nie mógł czuć się bezpieczny. Prezydent Turcji Süleyman Demirel wypowiedział mu prywatną wojnę: „gdziekolwiek pojedzie, będziemy go ścigać­”.

Europejskie państwa odmawiały mu prawa do azylu. Pościg za nim zakończył się w styczniu 1999 r. w stolicy Kenii, Nairobi, a całą operację opisał Thomas Gordon w książce „Szpiedzy Gideona”. Operację o kryptonimie Czujność przeprowadziło sześciu agentów... izraelskiego Mosadu. Wywiady Turcji i Izraela od dawna współpracowały, upatrując w muzułmańskim ekstremizmie wspólnego wroga. Agenci, mówiący płynnie po kurdyjsku, nawiązali kontakt z ochroniarzami Öcalana i uśpili ich czujność. Zaskoczony przywódca Kurdów został porwany sprzed budynku greckiej ambasady, wsadzony do niewielkiego odrzutowca Falcon 900 i wkrótce znalazł się w rękach tureckich służb. Sąd skazał go na karę śmierci, ale wykonanie wyroku zawieszono.

W więzieniu na wyspie Imrali jest odizolowany od świata. Wysiedlono stamtąd wszystkich pozostałych więźniów i Öcalan jest tam jedynym lokatorem. W celi o powierzchni 13 m kw. spędzi prawdopodobnie resztę życia.

Gerry Adams (ur. 1948 r. ) miał w latach 70. powiedzieć, że jest gotów brodzić w protestanckiej krwi po kolana, byle tylko Irlandia się zjednoczyła. Drogę walki zbrojnej z brytyjską okupacją północnej części kraju wybrał nie tylko jego ojciec, należący do Irlandzkiej Armii Republikańskiej, ale także dziadek i trzej wujkowie. Sam Adams wstąpił do IRA jako 13-latek, choć nigdy się do tego nie przyznał. Telewizja BBC w jego biogramie podała: „Źródła wojskowe twierdzą, że Adams zajmował w przeszłości wysokie stanowiska wewnątrz IRA, włącznie z członkostwem w radzie wojskowej tej organizacji”. Sam Adams zaprzecza, choć w przeszłości był wielokrotnie więziony pod zarzutem terroryzmu. Podczas ostatniej kampanii wyborczej media zarzuciły mu, że jest odpowiedzialny za porwanie w 1972 r. i śmierć Jean McConville, matki dziesięciorga dzieci, która rzekomo współpracowała z armią Zjednoczonego Królestwa.

Jednak w połowie lat 80. Adams doszedł do wniosku, że irlandzkiego konfliktu nie da się rozwiązać wyłącznie środkami militarnymi i że potrzeba rozmów. Adams i John Hume, lider północnoirlandzkich laburzystów i laureat pokojowej Nagrody Nobla w 1998 r., rozpoczęli tajne negocjacje, które otworzyły drogę do porozumienia. Obecnie ten dryblas ze szpakowatą brodą i w nieodłącznym czerwonym szaliku jest przywódcą Sinn Féin, będącej politycznym ramieniem IRA.

Mało który terrorysta czy rebeliant ma okazję dożyć chwili, kiedy znoszony mundur trzeba schować do szafy, z górskiej kryjówki przenieść się do wygodnego gabinetu czy w pokojowym geście podać rękę największemu dotąd wrogowi. Adams, dawny bezkompromisowy wojownik, ustąpił pragmatykowi, który zgodził się skreślić ze swojego programu postulat zjednoczenia Zielonej Wyspy. W jednym z wywiadów, zapytany, kto był dla niego inspiracją, odparł: Martin Luther King.

Wojownicza natura Jasera Arafata (1929–2004) brała górę nad rozsądkiem. Zielony mundur, ciemne okulary i nieodłączna arafatka stały się jego znakiem rozpoznawczym. W latach 70. i 80. był twarzą i wizytówką oporu Palestyńczyków, prawdziwą gwiazdą międzynarodowego bractwa rebeliantów. Fakty do swojej biografii dobierał dowolnie (jak to, że urodził się w Jerozolimie, naprawdę zaś w Kairze), kreując mit palestyńskiego wojownika. Jak każdy rebeliant wiódł życie tułacza i wyrzutka. Mówiło się, że w obawie przed zamachem nigdy nie spał dwa razy w tym samym miejscu. Porozumienia z Oslo i słynny uścisk ręki z Icchakiem Rabinem w 1993 r. wprowadziły go na salony wielkiej polityki.

Nie pogodził się jednak z nową rolą. Z nostalgią rozpamiętywał czasy, kiedy cały Bliski Wschód stawał w ogniu, gdy tylko sobie tego zażyczył. Autonomią Palestyńską rządził jak własnym lennem, gotów zaryzykować jej wiarygodność, byle tylko świat arabski znów opiewał go jako współczesnego Saladyna walczącego z krzyżowcami. Zarządzanie go nudziło, chciał stać na barykadzie i jak dawniej rozpalać wyobraźnię. Dlatego nigdy nie założył garnituru, zawsze miał pistolet przy boku. Choć próbował zachowywać się jak prezydent, znacznie lepiej wychodziło mu życie z karabinem na ramieniu. Nie zginął jednak w walce: po długiej chorobie umarł w szpitalu.

Losy najbardziej znanych terrorystów potoczyły się w różnym kierunku. Skazani na wygnanie, ścigani przez lata, długo wymykali się śmierci. Jedni ginęli nagle. Innym los męczennika nie był pisany i do dziś przebywają w więziennych celach. Ci, którym dopisało szczęście, znoszony mundur zamienili na garnitur i stali się prezydentami lub premierami.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną