Historia

Polowanie na bociana

Jak wyglądała edukacja seksualna w II RP?

Wózki przed poradnią Towarzystwa Opieki nad Matką w Białej koło Bielska (dziś Bielsko-Biała), 20-lecie międzywojenne. Wózki przed poradnią Towarzystwa Opieki nad Matką w Białej koło Bielska (dziś Bielsko-Biała), 20-lecie międzywojenne. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rozmowa z dr. Markiem Babikiem o edukacji seksualnej w II RP.
Strony polskiego poradnika praktyk antykoncepcyjnych dla kobiet, lata 20. XX wieku.AN Strony polskiego poradnika praktyk antykoncepcyjnych dla kobiet, lata 20. XX wieku.
Dr Marek Babik – adiunkt w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum.Paweł Ulatowski Dr Marek Babik – adiunkt w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum.

Artykuł został opublikowany w POLITYCE w styczniu 2014 roku.

Joanna Podgórska: – Pisze pan, że w przedwojennej polskiej szkole wykładano wychowanie seksualne i nie budziło to protestów. Trochę zaskakujące.
Marek Babik: – Sam się zdziwiłem, jak dotarłem do tej informacji, zresztą przez przypadek. W Wielkiej Brytanii początki edukacji seksualnej przypadały na lata 40. Zakładałem, że w Polsce była chociaż jakaś dyskusja na ten temat, i chciałem napisać o tym artykuł. Trafiłem na książkę, w której omówiono kilka przedwojennych tekstów na temat uświadamiania seksualnego. Odnalazłem je. Autorzy w przypisach powoływali się na kolejne pozycje. Wtedy zrozumiałem, że przed wojną toczyła się ważna dyskusja na temat wychowania seksualnego. Przeczesując czasopisma pedagogiczne z tamtego okresu, dotarłem do artykułu, w którym autor, pisząc o szkole wobec zagadnień uświadamiania płciowego, przywołuje okólnik ministerialny mówiący o wprowadzeniu tej tematyki do programu.

W którym to było roku?
Już w 1920 r. Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wydało okólnik zatytułowany „Do dyrekcji szkół średnich. Wskazania zdrowotne”. Jest tam fragment dotyczący pogadanek higienicznych dla uczniów, który wprost mówi, że należy poruszać zagadnienia seksualne: „W ostatnich klasach, niezależnie od indywidualnego traktowania sprawy, należy rozpatrzeć w sposób jak najbardziej taktowny i liczący się z wrażliwością i pobudliwością dojrzewającej młodzieży zagadnienie płciowe pod względem biologicznym, etycznym i społecznym”. Podstawę tych pogadanek miała stanowić „Odezwa do młodzieży męskiej” prof. Aleksandra Herzena. A nie był to pierwszy dokument tego typu. Trafiłem także na wcześniejszy okólnik, wydany dla szkół Kongresówki, nakazujący wprowadzenie książki Herzena. Niezależnie od tego, jak dziś oceniamy treść tych okólników, było to rozwiązanie uwzględniające ówczesne najnowsze światowe trendy w edukacji.

Skąd taka postępowość?
Można powiedzieć, że z konieczności i realizmu. W początkach XX w. na ziemiach polskich seksuologia rozwijała się bardzo dynamicznie. We Lwowie ukazywał się periodyk „Świat Płciowy”, a w Krakowie „Czystość. Dwutygodnik bezpartyjny poświęcony sprawom zwalczania prostytucji i nierządu”. To czas intensywnej dyskusji na temat uświadamiania młodzieży. Zaczęto także prowadzić badania i wynikało z nich, że spora część młodzieży, zwłaszcza męskiej, rozpoczyna współżycie bardzo wcześnie. Nawiasem mówiąc, gdy zestawić je z wynikami badań prowadzonych pod koniec XX w., rezultat jest zaskakujący, bo właściwie nie ma różnicy. Przedwojenne badania wskazywały, że współżycie seksualne przed ukończeniem 18 roku życia podejmuje ponad 52 proc. chłopców. Pod koniec XX w. ten procent był nawet nieco niższy. Przed wojną te dane budziły grozę, zwłaszcza że chłopcy debiutowali głównie z prostytutkami – choć także ze służącymi i robotnicami – a choroby weneryczne były prawdziwą plagą. Znalazłem gdzieś nawet uwagę, że zamiast o cywilizacji XX w. powinno się mówić o syfilizacji XX w. Dziewczyny uwzględniono w takich badaniach po raz pierwszy dopiero w 1934 r. Przeankietowano ich jednak niespełna 80 na ok. 2 tys. chłopców. To oczywiście budzi zastrzeżenia metodologiczne i wynik trzeba traktować z dystansem, ale różnice ze współczesnymi czasami są wyraźne. Wówczas inicjacja seksualna przed 18 rokiem życia dotyczyła 13 proc. dziewcząt, a pod koniec XX w. – 40 proc. Przedwojenne badania interpretowano przede wszystkim w kontekście chorób wenerycznych, a ówczesne rozumienie wychowania seksualnego było związane głównie z profilaktyką tych chorób. Stanowiło część edukacji higienicznej, dziś powiedzielibyśmy – zdrowotnej. Głównym celem podręcznika Herzena było wzbudzenie odpowiedzialności chłopców za zdrowie własne, przyszłych żon i dzieci. Porusza on także kwestię nierównej oceny społecznej czynów kobiet i mężczyzn. Oburzało go, że podczas gdy kobiety były ostro oceniane i piętnowane, mężczyznom wybaczano wiele.

W jakim wieku zaczynała się ta edukacja?
Okólnik nakazywał poruszanie kwestii seksualnych w siódmej klasie, a ponieważ system szkolny nie był jednolity, dotyczyło to młodzieży w wieku 17–19 lat. Były także inne koncepcje. Już w 1908 r. A. Karwowski w „Przeglądzie Higienicznym” publikował artykuł „O seksualnym wychowaniu młodzieży”. On proponuje, by chłopców dzielić na dwie grupy wiekowe, a dziewczęta na bogate i ubogie. Według niego 13 rok życia to ostateczny czas, kiedy chłopak powinien otrzymać wiedzę o funkcjonowaniu narządów płciowych i procesie rozmnażania. Ze starszymi należy omawiać anatomię tych narządów, przy czym w przypadku narządów żeńskich można się ograniczyć jedynie do narządów wewnętrznych. Jednocześnie trzeba ostrzegać przed samogwałtem i informować, że właściwą formą aktywności jest jedynie współżycie małżeńskie. Dziewczęta z ubogich domów – jako te, które bardziej narażone są na uwiedzenie czy prostytucję – należało wyposażać w bardziej szczegółową wiedzę na temat chorób wenerycznych. Jak pisze Karwowski, dziewczęta z domów zamożnych wystarczy uświadomić, że: „w łonie kobiety przez połączenie się z mężczyzną powstaje nowa istota, że przyszłość tejże zależy od jej zachowania się oraz że organizm kobiecy przez życie higieniczne powinien przygotować się do szczytnego zadania macierzyństwa”. Jednocześnie jednak radzi wystrzegać się pruderii i obłudy, a gdy dziewczęta zadają pytania – odpowiadać. Uwiedzenie i nieślubne ciąże były w tamtych czasach prawdziwym dramatem. Stanisław Kurkiewicz wielokrotnie opisywał takie historie.

To było najgłośniejsze nazwisko przedwojennej seksuologii?
Bez wątpienia. To autor pierwszej polskiej pracy o seksuologii pod znamiennym tytułem „Z docieków nad życiem płciowem”. To bardzo barwna postać. Przywiązywał ogromną wagę do języka, tworzył neologizmy, stworzył nawet słownik o tym, jak prosty, wiejski lud ma się wyrażać u lekarza o sprawach płciowych. Przytacza określenia ludowe i proponuje uczone zamienniki. Na przykład kobieta ma nie mówić, że „zbiera ją na chłopa”, ale że „ogarnia ją rozbudzenie płciowe”. Zamiast powiedzieć „gorąco mi dołem”, lepiej stwierdzić „mam napięcie płciowe i gotowość”. Ta wrażliwość na język sprawiła, że Kurkiewicza możemy uznać za twórcę, a przynajmniej współtwórcę terminu „seksuologia”. Wcześniej powszechnie używano pojęcia „sexologia”. Miał wizję stworzenia muzeum naturalnego w Krakowie, zapraszał osoby, które uważały, że mają narządy płciowe o ciekawym wyglądzie i rozmiarach, by je dokumentować. Jego działalność budziła olbrzymie opory, stracił nawet pracę w kobiecym szpitalu.

Czy edukacją seksualną zajmowały się także kobiety?
Tak. Osobą bardzo zaangażowaną w edukację seksualną była Izabela Moszczeńska, działaczka społeczna i emancypantka. Już na początku wieku wydała broszurę dla rodziców „Jak rozmawiać z dzieckiem o kwestiach drażliwych”. To niesamowite, ale zalecenia, które formułuje ona w 1903 r., dziś można by przenieść żywcem do rodzicielskiej praktyki. Przede wszystkim przekonuje, by odpowiadać na wszelkie pytania i nie oszukiwać dzieci, bo powodowane ciekawością znajdą inne, niekoniecznie właściwe źródło wiedzy, a w dodatku stracą zaufanie do rodziców. Pierwotne motywy uświadamiania dzieci związane były więc z próbą uchronienia ich od wpływów ulicy oraz poprawieniem relacji z rodzicami, którą posługiwanie się bajką o bocianie może nadwerężyć. Można powiedzieć, że w tym czasie trwało „polowanie na bociana”. Krytykowano, nawet w prasie codziennej, wmawianie dzieciom dziwnych opowieści o noworodkach znajdowanych w kapuście czy studni. Trafiłem na anegdotyczny opis rozmowy matki z dzieckiem, które pyta, skąd się wziął braciszek. Po odpowiedzi, że bocian go przyniósł, dopytuje matkę, dlaczego leży chora i obolała. „Bo mnie bocian pogryzł” – odpowiada matka, a dziecko docieka dalej: „Dlaczego? Nie chciałaś braciszka przyjąć?”. Przekonanie, że oszukiwanie dzieci prowadzi do absurdów, było coraz bardziej powszechne. Obowiązywała wówczas powszechnie teoria o uśpionej seksualności dziecka, ale to się nie kłóciło ze świadomością, że dziecko potrzebuje rzetelnej wiedzy. Oczywiście stosownej do jego wieku. Co do tego zgodne były wszystkie opcje światopoglądowe. Spierano się, kiedy takie rozmowy należy zaczynać, by za wcześnie „nie rozbudzić dziecka”, ale co do tego, by nie kłamać, panowała zgoda.

Czy w międzywojniu, tak jak dzisiaj w Polsce, edukacja seksualna wywoływała kontrowersje i emocje?
Wychowanie seksualne zawsze wiąże się ze sporem światopoglądowym. To jest nieuniknione. W tamtym okresie można wyróżnić kilka koncepcji dotyczących życia seksualnego i edukacji młodzieży w tym zakresie. Środowiska eugeniczne próbowały, badając dziedziczenie, rozwiązywać problemy społeczne. Przekonywano, że liczba dzieci winna być uzależniona od warunków ekonomicznych i zdrowotnych pary małżeńskiej. Chodziło o „czystość rasy” i „inteligentne hodowanie ludzi”. Neomaltuzjaniści także dążyli do kontrolowania płodności, ale ze względu na groźbę przeludnienia i kurczenie się zasobów naturalnych. Kluczem miała być promocja antykoncepcji i edukacja. Spierano się o to, kto powinien wziąć na siebie kwestię uświadamiania młodzieży. Wielu wskazywało szkołę. Kościół z kolei głosił, że uświadamianie seksualne należy przede wszystkim do rodziców i trzeba do niego podchodzić bardzo ostrożnie, bo wiedza biologiczna może nadmiernie rozerotyzować dzieci czy młodzież. Uświadamianiu winno towarzyszyć ćwiczenie charakteru i pokazywanie pozytywnych przykładów. Problem w tym, że rodzice nie potrafili o tym z dziećmi rozmawiać. Z ankiety przeprowadzonej wśród studentów wynikało, że dla 70 proc. edukatorami byli koledzy, dla 11 proc. służba, a tylko dla 1 proc. rodzice. Mimo sporów światopoglądowych nie było protestów przeciwko ministerialnemu okólnikowi. A w systemie, w którym szkoły podlegały ministrowi, okólniki publikowane w dziennikach rządowych miały bezwzględną moc obowiązującą. To nie było zalecenie, ale obowiązek szkół. Przez długi czas od prawa do lewa wszyscy byli zgodni, że młodzież należy edukować o rozwoju biologicznym i wartości życia rodzinnego.

Pisze pan, że w latach 30. nastąpił regres, jeśli chodzi o wychowanie seksualne w szkołach. Dlaczego?
To był czas, gdy bardzo nasiliły się spory światopoglądowe. Debatowano wiele o antykoncepcji. Pojawiały się pomysły, by włączyć ten wątek do szkolnej edukacji. W 1928 r. w Warszawie powstała pierwsza poradnia świadomego macierzyństwa. Organizowano odczyty dla młodzieży, podczas których rozdawano nawet 15-letnim dziewczętom szczegółowe instrukcje „z opisami przyrządów przeciw zapłodnieniu”.

Swoją drogą widok tych przyrządów może dziś budzić grozę.
Ktoś zażartował, że ówczesne aplikatory środków plemnikobójczych czy irygatory przypominają narzędzia rolnicze. Metody antykoncepcyjne, określane też czasem jako „maltuzjańskie”, dzielono na sztuczne i na „fizjologiczne środki przeciwciążne”, dziś powiedzielibyśmy – naturalne. Co ciekawe, pracowano także nad antykoncepcją immunologiczną, czyli szczepionką ze spermy męża, która miała zapobiegać poczęciu. Promocja antykoncepcji budziła ogromny sprzeciw środowisk katolickich, ale także narodowych. Według nich po 123 latach zaborów tylko wrogowie ojczyzny mogli dążyć do tego, by Polacy się mniej rozmnażali. To musiało wpłynąć także na postawę wobec edukacji seksualnej. Wyraźne stanowisko zajął w tej kwestii episkopat, który ogłosił, że uświadamianie dzieci jest sprawą wyłącznie rodziców. W 1927 r. pojawiło się kolejne zarządzenie ministra na temat przedmiotu „higiena” w szkole. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że będzie to kolejny krok w rozwoju edukacji seksualnej w polskiej szkole, zwłaszcza że higiena stała się przedmiotem obowiązkowym w wymiarze jednej godziny tygodniowo dla klas siódmych. Rozporządzenie zawierało szczegółowy program i spis lektur. Jednak gdy mu się przyjrzeć, nie było tam ani jednego słowa na temat seksualności człowieka.

Jak było w praktyce szkolnej?
Życie nie znosi próżni. Ministerialnym zarządzeniem nie sposób zablokować dziecięcej ciekawości. Były próby podejmowania edukacji seksualnej w szkołach, mimo przemilczania jej w oficjalnym programie. Natrafiłem na dość dramatyczny list uczennic z 1937 r. do rady pedagogicznej, w którym protestują przeciwko zwolnieniu dyrektorki. Powodem jej wyrzucenia był fakt, że prowadziła pogadanki higieniczne i uświadamiające. Dziewczęta pisały: „Kwestia higieny kobiety i zagadnienia z tym związane są dla nas najżywotniejsze. Przyczyną tego jest przede wszystkim nasz wiek, wiek dojrzewania, następnie pragnienie poznania spraw, co do których rodzice nasi nie potrafią nas należycie uświadomić” – pisały uczennice. „A któż do uświadomienia nas jest bardziej powołany niż szkoła? Dawniej sprawy dotyczące życia seksualnego pokrywano obłudnym milczeniem. Nam to jednak nie wystarcza. My chcemy wiedzieć”. Ten list to swoisty manifest młodzieży domagającej się od szkoły nadania odpowiedniej rangi edukacji seksualnej. Zachowawczość ministerstwa nie powstrzymała też toczącej się w prasie medycznej i pedagogicznej dyskusji. Przerwała ją dopiero wojna.

rozmawiała Joanna Podgórska

***

Dr Marek Babik – adiunkt w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum. Jest autorem wielu publikacji naukowych dotyczących wychowania seksualnego, a także książek „Współżycie seksualne w nauczaniu biblijnym”, „Zachowania seksualne uczniów na terenie szkoły” oraz „Polskie koncepcje wychowania seksualnego w latach 1900–1939”. Prowadzi warsztaty dla nauczycieli i rodziców w zakresie wychowania seksualnego. Ostatnio wydał poradnik „Tato! Gdzie ja mam te plemniki?”.

Polityka 4.2014 (2942) z dnia 21.01.2014; Historia; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Polowanie na bociana"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama