Historia

Kotły wojny

Na dramatyczną polską historię - powstania, wojny, zsyłki, obozy - można też spojrzeć od strony kuchni: czym i kiedy żywili się polscy patrioci, jak było zorganizowane zaopatrzenie naszych wojsk, czym karmiono jeńców?
Podczas powstania styczniowego zaopatrzenie oddziałów partyzanckich w żywność organizowano spontanicznie i było ono oparte głównie na pomocy wsi, dworu i rzadziej okolicznych miasteczek. Co jedli zdesperowani patriotycznie – jak to ujął jeden z kronikarzy – powstańcy?

Opuszczali dom rodzinny na ogół dobrze zaopatrzeni, jak w daleką podróż lub wyprawę myśliwską – w mąkę, kaszę, groch, słoninę i wędzone mięso, również gorzałkę i krupnik, „jako dobry na pokrzepienie i dla osłody”. Powyższe produkty wymienia we wspomnieniach wielu powstańców; m.in. Konstanty Borowski, który w swym pamiętniku daje ciekawy opis powstańczego menu w oddziale Brandta, działającym na Kurpiach w lecie 1863 r.:

„W oddziale mieliśmy kotły. Wyznaczeni byli kucharze. Gotowano śniadania i obiady. Kolacji nie gotowano, prawie każdy powstaniec miał zawsze w torbie kawałek chleba, mięsa lub sera... Każdodziennie rano, skoro świt, grano pobudkę... Po nabożeństwie udawano się na śniadanie. Osobno dla piechoty, osobno dla kawalerii i osobno dla kosynierów stała już przygotowana w szaflikach wódka. Żołnierze podchodzili sekcjami, kto, rozumie się, chciał pić, temu wachmistrz lub feldfebel podawał napełnioną czarkę i chleb... Ponieważ każda sekcja posiadała miedziany kociołek z pokrywą, przynoszono więc z kotłów mięso w pokrywach, które zjadano na zimno, w kociołkach zaś zupę. Każdy dobywał zza cholewy łyżkę, sekcja obsiadała dookoła kociołek z zupą i takową zjadała z wielkim apetytem”.

W czasie biwaków i przemarszów walczący korzystali z darów lasu, wśród których prym wiodła zwierzyna, podczas gdy jagody i grzyby wzbogacały jadłospis. Okoliczne dwory służyły także w większości wypadków gościną. Najczęściej jednak strawa, jaką spożywali, była prosta, a warunki posilania się surowe.

Na zesłańczych szlakach

Po powstaniu tysiące jego uczestników trafiło do rosyjskich więzień, a następnie na zesłanie. Ujęci w polu lub aresztowani we dworach mogli liczyć na wierną i troskliwą pomoc rodziny, która dbała, jak mogła o uwięzionych synów, mężów i braci.

Ci, którzy posiadali zasoby gotówkowe, byli stosunkowo odporni na machinacje przy wypłatach strawnego i drożyznę, jaka panowała na zesłańczych szlakach. Oczywiście, większość nie mogła sobie pozwolić na rezygnację z carskiego wiktu. Odwołajmy się znowu do słów Borowskiego, opisującego wyżywienie w pieresynej tiurmie w Petersburgu:

„Na wszystkie więzienia w Petersburgu była jedna tylko kuchnia centralna, w której gotowano strawę i rozwożono takową wozami krytymi po wszystkich więzieniach. Nam przywożono o godzinie jedenastej rano na śniadanie grochówkę i kaszę gryczaną. Połowę tej grochówki i kaszy trochę jeszcze ciepłej dawano na śniadanie, a połowę zostawiano na kolację. Wieczorem do owej, teraz już zupełnie zimnej, grochówki, ażeby było jej więcej, dolewano parę wiader wody i tak rozbełtaną dawano jako wieczerzę (...). Ponieważ w więzieniu nie wolno było nic gotować, musieliśmy więc po wszystko do jedzenia posyłać żandarma do miasta... Na całodzienne wyżywienie kupowało się: półtora funta chleba razowego i śledzia albo zamiast śledzia za 8 kopiejek ćwierć funta bardzo grubej, jak mówiono, podobno końskiej kiełbasy”.

Następnie było moskiewskie więzienie etapowe Kałumażny Dwór:

„Na obiad wydawano nam ze składu (spiżarni) zwykle: kwaszoną kapustę, kaszę greczaną lub jaglaną i mięso. Kaszę dawano stęchłą, mięso w najgorszym gatunku i do tego stopnia nieświeże, że aż zielone było, gdyśmy go przyjmowali do gotowania. Kapusta zaś z powodu strasznych upałów tak nieznośną miała woń, że wytrzymać nie można było”.

W drodze na Sybir można było kupić na postojach: mleko, chleb, jajka i głównie gotowane i smażone ryby. Trzeba jednak uwzględnić, że w połowie 1864 r. dzienna stawka żywnościowa zesłańca wynosiła 10–15 kopiejek, a na skromny posiłek trzeba było wydać 11–12 kopiejek.

Często po przybyciu na miejsce przydzielano zesłańcom na rok kwatery u miejscowych. Tak było między innymi w Tobolsku, gdzie decyzją gubernatora przyznano im również po pięćdziesiąt funtów mąki na miesiąc. Zawsze coś, ale związana z kwaterą strawa była więcej niż skromna. Ci jednak, którzy dysponowali własnymi środkami finansowymi lub znajdujący zatrudnienie, nie doświadczali głodu. Ich menu stawało się podobne do goszczącego na stołach osiedleńców i rdzennych Sybiraków – a Syberia generalnie nie skąpiła swych zasobów nikomu, kto chciał wyciągnąć po nie rękę. Lasy były pełne zwierząt, jagód, grzybów i orzechów, rzeki i jeziora ryb.

W ciągu dnia spożywano trzy posiłki główne: śniadanie, obiad, kolację. Prym wiodły różnego rodzaju pierogi, pierożki, z nadzieniem warzywnym, rybnym czy mięsnym. Dalej bliny, placki, także kasze i ziemniaki. Treściwe zupy. Oczywiście dużo ryb. Także mięso, to jednak rzadziej gościło na stołach zesłańców; jeśli je przygotowywano, to jako pieczyste i na zimno. Do tego zawiesiste sosy, masło i gęsta śmietana podawana prawie do wszystkiego.

Czwartym spotkaniem przy stole był podwieczorek, składający się z herbaty i podawanego do niej ciasta drożdżowego i konfitur. Herbata była i jest do tej pory głównym gorącym napojem Syberii. Wówczas pijano ją niesłodzoną, często ze śmietanką!, przegryzając ciastem lub konfiturami z owoców leśnych, a gdy tych nie było, zadowalano się kawałeczkiem cukru odłupanym z większej głowy i wkładanym do ust jak cukierek. Mniej zasobni sporządzali namiastki z ziół i czeczotu.

Opis wieczerzy wigilijnej urządzonej przez zesłanych powstańców styczniowych w małej wiosce na terenie okręgu omskiego w 1867 r. znajduje się we wspomnieniach, kolejny raz przytaczanego, Borowskiego:

„Ze składkowych groszy, jakie kto mógł złożyć, przygotowano tradycyjną wieczerzę, do której zasiadło nas przeszło czterdzieści osób wygnańców, mężczyzn, kobiet, panien i niedorosłych dzieci. Na stołach z tarcic zbitych, zasłanych sianem, a po wierzchu obrusami, między tradycyjnymi potrawami, jako to rybami, grzybami, barszczem itd., znalazł się i kisiel litewski z mąki owsianej. Opłatkiem, tym symbolem miłości braterskiej i zgody, a tak u nas Polaków przy stole niezbędnym, dzielić się nie mogliśmy, gdyż niestety opłatka nie mieliśmy. Do najbliższego kościoła katolickiego w Omsku wiorst było przeszło dwieście. Zamiast więc opłatkiem dzieliliśmy się chlebem razowym, upieczonym rękami nadobnych Litwinek... A podzieliwszy się tym chlebem-opłatkiem, zasiedliśmy w milczeniu do wieczerzy wigilijnej, przeniósłszy się każdy myślą do kraju, do drogiej ukochanej Polski, do świętej Żmudzi, do Litwy, Ukrainy, Wołynia i Podola... Po wieczerzy z kilkudziesięciu piersi wzniosła się potężnym głosem pieśń – »Bóg się rodzi, moc truchleje,/Pan niebiosów obnażony«. Tu śpiewając kolędy w ekstazie cudnej przenieśliśmy się myślą i duszą do świątyń naszych polskich, między braci naszych ukochanych, zgromadzonych zapewne w tej chwili na pasterce”.

Lata upływały i kolejne ułaskawienia pozwalały wracać zesłańcom do kraju, jednak często zmuszeni byli zamieszkać daleko od rodzinnego domu. Wielu udało się doczekać niepodległości.

Wojna polsko-bolszewicka

Na przełomie 1918 i 1919 r. rozpoczęto intensywne prace przy organizacji jednolitej armii. Obowiązki związane z zaopatrzeniem wojska ciążyły na kilku cywilnych agencjach państwowych, lecz w praktyce to służby wojskowe realizowały dostawy. Przejęto znaczne zapasy żywnościowe w magazynach w Warszawie i Krakowie. Zastosowano także przymusowy wykup artykułów spożywczych od producentów i hurtowników. Dzięki temu wyżywienie wojska polskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej przedstawiało się nie najgorzej. Nawet w najtrudniejszych momentach udawało się Departamentowi Gospodarczemu Ministerstwa Spraw Wojskowych dostarczać na front wystarczające ilości artykułów żywnościowych, choć często kiepskiej jakości, i utrzymać w warunkach frontowych normy wyżywienia zbliżone do garnizonowych.

Przewidywały one dziennie: 0,7 kg chleba (często z mąki owsianej lub jęczmiennej), 0,25 kg mięsa (świeże lub konserwy), 0,7 kg ziemniaków lub 0,3 kg kiszonej kapusty, 30 g tłuszczu, 150 g kaszy lub ryżu, 6 g cykorii, 30 g kawy zbożowej, 30 g cukru, 50 g marmolady, 12,5 g cebuli, 15 g soli, 1,5 g przypraw (suszona włoszczyzna i przyprawy korzenne).

Cenne informacje o rzeczywistym stanie aprowizacji i wydawanych wojsku posiłkach znaleźć można w zbiorze frontowych listów pisanych do krewnych, przez pochodzącego z ziemiańskiej rodziny żołnierza 201 pp. Lecha Jana Dymeckiego, w okresie 19 września 1919 – 27 grudnia 1920 r.:

„Dostajemy na dzień po ćwierć bochenka dobrego chleba, rano i wieczorem kawa czarna, ale trochę słodzona, całkiem znośna. Na obiad zupa, grochówka lub krupnik, następnie kluski lub śledź, dziś dostaliśmy oprócz grochówki (porcja aż za duża, nie mogłem zjeść) i śledzia, jeszcze po 2 jaja na twardo”.

Szybko jednak dodaje, że wiktuały otrzymane od rodziny także się przydają:

„Prowianty, w jakie mnie Ciocia zaopatrzyła, doskonale się przydają, przynajmniej mam co na chleb położyć, a jak jestem głodny, jest się czem dopychać... zapasów starczy mi na długi czas”.

Zaraz też wyjaśnia, co to za dobra otrzymał w paczce:

„Mam cały ten duży kawał słoniny, który był przy chlebie, drugi kawałek już kończę, dwa większe kawałki kiełbasy i cały bochenek chleba i jeszcze kawałek”.

Dziesięć dni później donosi wujostwu:

„Życie mamy dobre, pół bochenka chleba dziennie, marmolada, rano i wieczorem słodzona kawa, na obiad krupnik, grochówka”.

Z listów Dymeckiego dowiadujemy się też o możliwościach czynienia zakupów w sklepach i od okolicznych mieszkańców:

„Dostaję po 86 mk. co 10 dni, oprócz całkiem wystarczającej żywności, tak, że pieniądze rozchodzą się tylko na rozmaite czekoladki i inne smaczne rzeczy (mleko, masło), kupowane w kantynie lub u ludzi... kantyniarki karmią czekoladą i marmeladą i sardynkami”.

W niemieckiej niewoli

Przegrana Polski zgniecionej przez armie sąsiadów na jesieni 1939 r. zapełniła tysiącami jeńców obozy na wschodzie i zachodzie. W niewoli niemieckiej przebywali w kilkudziesięciu stalagach i oflagach, w tym w położonym w ówczesnym niemieckim Szczecińskim Okręgu Wojskowym IIC Woldenberg. Jego oficjalna nazwa brzmiała Kriegsgefangenenoffizierslager IIC Woldenberg. Wybudowany na przełomie 1939/1940 r. na południowy zachód od centrum miasta, którego słowiańska nazwa to Dobiegniew, zajmował obszar ok. 25 ha. Od początku 1940 r. do początku 1945 r. przebywało w nim ponad 6500 oficerów, podchorążych, podoficerów i szeregowych wojska polskiego.

Na terenie obozu funkcjonowały dwie kuchnie położone w dwóch częściach kompleksu, wschodniej i zachodniej. Każda przygotowywała jednorazowo ponad 3 tys. posiłków z artykułów żywnościowych dostarczanych przez niemieckie władze obozowe. Te brały pod uwagę dzienny stan osobowy i opracowany przez siebie jadłospis, zgodny z obozowymi normami żywnościowymi, różniącymi się znacznie zarówno od zaleceń Konwencji Genewskiej, jak i najuboższej tzw. małej racji żywnościowej obowiązującej w Wehrmachcie.

Oto co przysługiwało jeńcowi: porcja ciemnego chleba o wadze początkowo 300, następnie 224, 200 i pod koniec tylko 150 g dziennie (w miarę upływu czasu jego jakość stale się pogarszała); do chleba 10 g margaryny i ok. 20 g marmolady z buraków, chudego twarogu lub 15 g końskiej kiełbasy, pasztetówki bądź kaszanki. Powyższe stanowiło wraz z 1 litrem (w dwóch półlitrowych porcjach) tzw. herbaty podstawę śniadania i kolacji.

Obiad składał się z pół litra zupy warzywnej z ziemniakami w łupinach; wyjątkowo z kaszą. Surowcami były: kapusta, marchew, brukiew, jarmuż, kalarepa, buraki i rzepa. Brak było cebuli, porów, selerów i pietruszki. Pojawiała się czasami konina i suszone dorsze, z których po skomplikowanej obróbce smażono kotlety. Kilka razy dostarczono do obozu żółty ser, lecz nadgniły. Wartość kaloryczna tak skomponowanej diety wahała się od 1100 do 1200 kalorii, a więc zdecydowanie poniżej minimum potrzeb organizmu ludzkiego, nawet w stanie spoczynku.

Te głodowe posiłki wydawano w obu kuchniach o tych samych godzinach – śniadania o 8, obiady o 13, a kolacje między 15 a 16, z tym że przez cały 1940 r. i pierwszy kwartał 1941 r. jeńcy odbierali je osobiście. W okresie późniejszym dostarczano strawę bezpośrednio do baraków.

Ogromną rolę odgrywały paczki żywnościowe przesyłane od organizacji charytatywnych (w tym Czerwonego Krzyża), rodziny i przyjaciół. Stanowiły zarówno dobro wspólne, na polepszenie strawy, jak i indywidualną własność jeńca. W tym wypadku wyznaczony przez Niemców w połowie 1940 r. limit pozwalał na odbiór przez każdego 5 kg artykułów żywnościowych raz w miesiącu.

Najcenniejsze z przesyłek przeznaczonych dla indywidualnych odbiorców były 4-kilogramowe paczki amerykańskie, dostarczane przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Zawierały najczęściej: konserwy mięsne i rybne, mleko skondensowane, kawę, cukier, czekoladę, śliwki suszone, rodzynki, masło, dżem i papierosy. Nie mniej cenne były imienne przesyłki, napływające od polskich oficerów z Wielkiej Brytanii dla kolegów bądź krewnych odnalezionych w niewoli. Uwięzionym pomagały również rodziny z kraju, przysyłając wiele cennych produktów. Były wśród nich: słonina, groch, fasola i zioła.

Począwszy od 1941 r. Niemcy pozwalali na przesyłki nasion roślin i nawozów sztucznych! Pozwalało to jeńcom na uprawę warzyw – cebuli, czosnku, porów, rzodkwi, pietruszki. Niemcy pozwolili na wygospodarowanie malutkich poletek do uprawy wokół baraków. Te lilipucie ogródki osiągały nad podziw dorodne plony, w równej mierze dzięki troskliwej opiece, jak i solidnemu zasilaniu, przede wszystkim nawozem naturalnym!

Dysponując różnego rodzaju surowcami jeńcy organizowali się w mniejsze i większe grupy dla wspólnego przygotowywania dodatkowej strawy. Część korzystała przy tym z najrozmaitszych kuchenek własnego pomysłu bądź kupowanych od Niemców, inni wykorzystywali większe konstrukcje lokowane nielegalnie obok umywalni każdego baraku. W tym wypadku prowadzono grafik z godzinami dostępu do paleniska przez kolejnych użytkowników.

Wiosną 1940 r. powstała na terenie obozu kantyna, która w krótkim czasie przekształciła się w dużą instytucję obejmującą wszystkie sprawy gospodarcze. Finansowana z funduszów jeńców, dokonywała za pośrednictwem Niemców zakupów artykułów żywnościowych. Dostawy były jednak ograniczone do warzyw – przede wszystkim rzepy białej i czarnej, a także sadzonek pomidorów, których nabycie okazało się wyjątkowo korzystne, przynosząc roczne plony w wysokości od 18 do 42 ton owoców. W kantynie można było zaopatrzyć się również w artykuły pochodzące z paczek ogólnych, jak i przyjmowane w komis od współuczestników niedoli.

Ciekawą inicjatywą grupy oficerów było uruchomienie kawiarni! Założona przez por. Stefana Czetwertyńskiego i ppor. Lwa Sapiehę, funkcjonowała od końca 1942 r. w godz. 16–18, serwując kawę, herbatę i owsiane ciasteczka.

Jesienią 1944 r. do obozów jenieckich trafiła duża grupa powstańców warszawskich. Skierowani głównie do stalagów IV B Mühlberg, XI B Fallingbostel, XI A Altengrabow i oflagu X B Sandbostel, tak opisują panujące w tych obozach warunki żywieniowe:

„Posiłki jadaliśmy przy długich stołach, za którymi stały ławy. Właśnie wniesiono kocioł z dymiącymi kartoflami. Po cztery sztuki na każdego, razem z obierkami. W końcu stołu stała beczka z jakimś płynem. Podobno miała to być kawa... No i jeszcze chleb żołnierski, niestety jeden bochenek na dwunastu, łyżka marmolady, kostka margaryny i cukru”.

„Podstawę więc stanowiło wyżywienie wydawane przez władze obozowe dla kuchni. Była to przeważnie brukiew, urozmaicona czasami suszoną kapustą, dwa lub trzy ziemniaki, dwustugramowa porcja chleba, kostka buraczanej marmolady i pół litra namiastki kawy, słodzonej sacharyną... Przy końcu października nadeszła pierwsza braterska pomoc z sąsiednich oflagów i stalagów, gdzie z inicjatywy polskich jeńców przeprowadzono zbiórki. Dary te w postaci mleka w proszku, margaryny i soków owocowych rozdzielono na recepty dla najciężej chorych... Dopiero paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, które nadeszły 10 grudnia, położyły kres głodowaniu. Oprócz typowych paczek indywidualnych nadesłano znaczne ilości ryżu, cukru i herbaty w workach... W tym czasie zaczęły nadchodzić pierwsze paczki z kraju... Były oczywiście skromne, ale zawierały cenną w warunkach obozowych cebulę oraz papierosy junaki i machorkowe”.

„W Altengrabowie – w przeciwieństwie do Fallingbostel – nie byłem już głodny. Wydawano nam regularnie paczki Czerwonego Krzyża, poza tym przychodziły paczki żywnościowe w postaci worków z ryżem, z makaronem czy suszonymi owocami, które dzielono między jeńców. Potworzyły się pary, trójki, a nawet czwórki, prowadzące wspólną gospodarkę żywnościową. Podstawą tych wspólnot był tak zwany kręciołek, obozowy wynalazek, składający się z małego paleniska i z dmuchawy, zrobionej z puszki po konserwie z wstawionymi do niej blaszanymi skrzydełkami, umieszczonymi na obracanej korbką osi”.

Obozy

Opisujemy tu jedynie strawę żołnierską (a w niewoli jeniecką). Dla porządku dodajmy, że istniały normy żywieniowe i receptury posiłków dla cywilnych więźniów zakładów karnych, obozów pracy i obozów koncentracyjnych – z tym że tylko na papierze. To ok. 1700 kalorii dla lżej i ok. 2150 dla ciężko pracujących. Faktycznie więźniowie otrzymywali 1000–1700 kalorii (najciężej pracujący 1700).

W przypadku np. Auschwitz Instytut Higieny SS w Rajsku donosił, że w próbkach zupy brakuje 80–90 proc. margaryny przewidzianej w recepturze, a kiełbasa dla więźniów ma o połowę mniej tłuszczu niż ta dla SS, choć produkowana była w tej samej rzeźni. Ponadto wszyscy, którzy mieli dostęp do żywności (esesmani, więźniowie), kradli. Gdy władze obozowe zauważały braki w zaopatrzeniu, np. gdy brakowało chleba (którego jakość zawsze pozostawiała dużo do życzenia), nie wydawały go przez parę dni, aż bilans w magazynie wyrównał się.

W okresie letnim koszono łąki, a z pozyskanych chwastów gotowano zupy dla więźniów. Pomysłowość w tej materii była niczym nieograniczona. Nazwy takie jak kawa i herbata były wielce umowne.

Sowieckie łagry

Gdy w maju 1945 r. żołnierze polscy opuszczali obozy na zachodzie, uwalniani przez Amerykanów i Brytyjczyków, ich rodacy z Armii Krajowej wywożeni byli do innych obozów przez władze innego zwycięskiego mocarstwa – ZSRR, które oczyszczało w ten sposób zajęte przez swe wojska tereny dawnej II RP.

Wyrąb lasów, kopanie rowów pod gazociągi, praca w fabrykach samochodów, kołchozach i przetwórniach kukurydzy. Niezwykle trudne warunki życia potęgowało podłe wyżywienie. We wspomnieniach więźniów obozowych przeważa opinia o braku istnienia jakichkolwiek stałych norm żywnościowych. Oto kilka relacji z różnych obozów tzw. Saratowskiego Szlaku z lat 1945–1948:

„Wyżywienie było słabe: 40 dkg chleba jeden raz dziennie, źle wypieczonego, kruszącego się lub gliniastego. Na obiad dawano zupę bałandę – woda plus łupiny z ziemniaków, plus głowy i wnętrzności z ryb, czasem trochę kaszy jaglanej – jedna łyżka, no i pół litra gorzkiej kawy zbożowej na dwa dni. Musiało to wystarczyć na picie, mycie i pranie. Wody na terenie obozu nie było. Przywożono ją beczkami z Saratowa. Jedliśmy z puszek po konserwach, nigdy nie mytych. Nie mieliśmy ani łyżki, ani miski”.

„Porcja chleba wynosiła od 500 do 700 gram. Zawierał dużo wody i był ciężki... dodawano doń dużo otrąb i ziemniaków... wydawano go w bochenkach i jego podział zależał wyłącznie od nich samych (więźniów)... Ponadto podawano 2 razy dziennie po ¾ litra zupy zwanej przez wszystkich bałandą... Składała się ona z liści kapuścianych, zielonych pomidorów, kiszonych ogórków, a czasem ryb. Rzadko była manna, proso lub pęczak... Rano przed wyjściem do pracy i wieczorem po niej wydawano wszystkim ok. 1/3 litra gorącego płynu przypominającego kolorem kawę zbożową, lecz bez smaku, dodając do tego (niesystematycznie) płaską łyżeczkę cukru”.

„Na dzienną normę żywieniową składało się: 600 g chleba oraz ¾ l zupy. Zazwyczaj podawano: krupnik, mannę oraz barszcz ukraiński. Jedynie z nazwy przypominały normalne zupy, a w rzeczywistości stanowiły wodnistą ciecz z odrobiną oleju słonecznikowego. Czasami podawano gotowaną rybę... Zupa przeważnie kapuśniak była bardzo jałowa, na drugie danie kasza jaglana lub puree ziemniaczane, grochowe oraz puree z mieszanki kapusty, marchewki, buraków, fasoli, ziemniaków. Wszystko razem gotowane na gęsto”.
Niewykonanie ustalonej normy pracy równało się znacznym obniżeniem racji. Nieliczni, na których ciążyły zarzuty mniejszego kalibru i którzy z racji znajomości języka rosyjskiego pracowali w administracji lub sprzątali kwatery oficerów, posiadali istotne przywileje. Nie byli konwojowani i mogli zarabiać rękodziełem, zdobywając w ten sposób środki na zakup owoców i warzyw. Pomagali w ten sposób także innym, pozbawionym tej możliwości.

24 marca 1947 r. w jednym z obozów (nr 0331 w Kutaisi w Gruzji) wybuchł strajk spowodowany dążeniem uwięzionych do poprawy warunków bytowych. Trwał do 10 maja i przyniósł złagodzenie rygorów i znaczącą poprawę wyżywienia. Zezwolono na otrzymywanie paczek żywnościowych i przekazów pieniężnych, a także rozpoczęto regularne wydawanie cukru (14 g dziennie). Dzięki temu święta Bożego Narodzenia w 1947 r. były milsze.

Lepsze warunki panowały w obozie dla jeńców wojennych i internowanych nr 270 w Borowiczach, zważywszy na możliwość otrzymywania pomocy od bliskich, jak i wartość kaloryczną posiłków, ale więźniowie wciąż niedojadali:

„Na dzienną normę żywieniową składało się: 600 g chleba oraz ¾ l zupy. Zazwyczaj podawano: krupnik, mannę oraz barszcz ukraiński. Jedynie z nazwy przypominały normalne zupy, a w rzeczywistości stanowiły wodnistą ciecz z odrobiną oleju słonecznikowego. Czasami podawano gotowaną rybę... na drugie danie kasza jaglana lub puree ziemniaczane, grochowe oraz puree z mieszanki kapusty, marchewki, buraków, fasoli, ziemniaków. Wszystko razem gotowane na gęsto”.

Wracający do Polski przechodzili przez obóz przejściowy nr 284 w Brześciu, gdzie w ramach pomocy dla repatriantów otrzymywali w Kierownictwie Punktu Odbiorczego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego oprócz ciemnego chleba m.in. 2 kg czekolady i 1 paczkę cukierków. Pierwszą pajdą białego pieczywa z masłem mogli cieszyć się dopiero w Białej Podlaskiej, gdzie szczęśliwcy spotykali się z najbliższymi.
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Wielka Brytania była liderem szczepień. Więc co poszło nie tak?

Chociaż szczepi się rekordowo wielu młodych i rozważane jest wprowadzenie nakazu kłucia pracowników domów opieki, to wirus nie ustępuje. Wariant delta się szerzy, a Boris Johnson znów jest w ogniu krytyki.

Mateusz Mazzini
19.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną