Klasyki Polityki

Obrona bluzgu

Polszczyzna dzisiejsza ma dwa zagrożenia.

1 W poprzednim numerze „Polityki” Sławek Mizerski daje w swym Raporcie obszerne diagnozy i uzasadnia przyczyny rozległego obecnie skażenia polszczyzny, specjalnie polszczyzny mówionej, wulgarnością. Ponieważ temat jest tak otchłanny, że można w tej sprawie całe księgi (księgi przekleństw) układać – dorzucam swoje trzy grosze.

Otóż polszczyzna dzisiejsza ma dwa zagrożenia. Z jednej strony jest istotnie plugawa jak nigdy, z drugiej pożera ją narzecze, które jest skrzyżowaniem międzynarodowej angielszczyzny i internetowo-esemesowego slangu. Malowniczych, a niesłychanych przykładów nie podaję, bo mnie nie ekscytują. Wiadomo, o co chodzi.

Drugie zagrożenie jest znacznie groźniejsze, bo po prostu realne. O ile bowiem nie da się bez komicznego cudzysłowu przyjąć proroctwa, że z czasem Polacy zaczną się porozumiewać wyłącznie za pomocą przekleństw, o tyle z całą powagą można sobie wyobrazić, że w niedalekiej przyszłości prawdziwie plugawy wolapik angielskich wtrętów i internetowo-telefonicznych przekrętów zwycięży. A ile tu dochodzi rozlicznych uzasadnień dla językowego niechlujstwa! Słynne klawiatury bez polskich znaków, nicowanie ortografii, konieczność lakoniczności, co ruguje interpunkcję i rzekomo uprawomocnia barbarzyńskie skróty itd., itp.

Nadzieja, że ludy zjednoczonej Europy posługiwać się będą płynną angielszczyzną, jest tak płonna, że chyba nawet nikt jej nie wyraża. Powszechna kiedyś łacina była w językowej praktyce osobliwym konglomeratem, z wirtuozerią literacką bawił się takimi efektami Sienkiewicz, jak wszakże głębokie były ówczesne ciemności językowe – my tego nie wiemy.

2 Język wszakże oprócz zagrożeń, którym ulega i które sam stwarza – ma dar autonomicznej obrony. Ulega chorobie i produkuje przeciwciała. Wiadomo, że zarówno władamy językiem jak i język nami włada. Mówimy nim i on mówi nami. Narzuca swoje obyczaje, barbaryzmy, kalki, stereotypy, sam wybiera słowa, tak a nie inaczej każe zaczynać albo kończyć zdania itd. Język – powtarzam banały – ma potężną wewnętrzną energię. Słowem, nie da się do końca powiedzieć, że Polacy obecnie podjęli jakąś suwerenną, a masową decyzję, że kląć teraz będą na potęgę. I fazy plugastwa językowego nie da się do końca wytłumaczyć ludzkim lenistwem, potrzebą łatwej ekspresji, swoistą koniunkturą na rynsztokowe wyrazy, luzem obyczaju, modą, wolnością czy ostrym artyzmem. Wszystko to, i zapewne szereg innych jeszcze składników, są wytłumaczenia, ale niekompletne. Dlaczego obecnie Polacy mówią specjalnie plugawie? Dlaczego w polszczyźnie obecnej jest taka zgęstka przekleństw? Dlaczego nawet ci, którzy uważają, że suwerennie sterują swoim przeklinaniem, że wiedzą, kiedy tego użyć (zawsze będę bronił zdań w rodzaju: „Filharmonicy berlińscy pod dyrekcją Herberta von Karajana fenomenalnie napierdalają X koncert skrzypcowy Vivaldiego”), dlaczego nawet ci ekstatycy języka ulegają paraliżowi, a może nałogowi językowej ohydy?

3 Odpowiadam. Wymienione na początku dwa elementarne zagrożenia są zarazem względem siebie antagonistyczne. Do tego stopnia, że jedna plaga jest plagą w stanie czystym, druga (plugawa) w pewnym sensie plagą ocalającą. Wewnętrzna energia języka, jego naturalne przeciwciała budują linie obronne i skupiają się w miejscach obrony specjalnie skutecznej. Takimi miejscami są obecnie w polszczyźnie specjalnie brutalne ekspresje językowe. Wolapik angielskointernetowy zalewa i pochłania wszystko z wyjątkiem przekleństw. Dlatego Polacy klną jak szewcy, bo podświadomie bronią korzenności. Pełne moralnej i estetycznej ohydy są przekleństwa, ale to jest niezmiernie silna i zazwyczaj prastara formacja językowa.

Pseudoeuropejskie, pseudonowoczesne i pseudofachowe słownictwo wypiera słownictwo polskie, być może wyprze je ze wszystkich dziedzin, ale tamtejsze bezbarwne fuck nigdy nie wygra z naszym wyrazistym: pierdolić. Nawet w przytaczanych obecnie obficie w gazetach stenogramach rozmaitych rozmów „biznesowych” anglicyzmów bez liku, ale przekleństwa zawsze polskie. Polak być może niebawem wprawnie będzie liczył euro casch w angielskich liczebnikach, ale jak mu się wynik nie zgodzi, zawsze zaklnie po polsku.

Jak powszechnie wiadomo, do każdego występku dorobić można usprawiedliwiającą teorię: bronię zatem bluzgu, bo on nas broni. Piękny język – owszem – broni niepodległości kraju, ale język pełen piramidalnych przekleństw – bywa – broni sam siebie.

4 Mizerski cytuje opinię Jacka Lewinsona (autora świetnego „Słownika seksualizmów polskich”), iż „do końca XVIII w. obecność wulgaryzmów w języku elit była powszechna. Z upodobaniem wulgaryzowali poeci baroku, m.in. Wacław Potocki i Andrzej Morsztyn (autor fraszki zaczynającej się od słów: »Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona« – osiągnięcia baroku są nawiasem mówiąc w tej mierze bardzo rozległe), a wcześniej Mikołaj Rej i Jan Kochanowski. Dopiero w XIX w. pruderia zaczęła wypłukiwać wulgaryzmy z języka. W brzydkiej polszczyźnie rozpoczął się regres”. Niewątpliwie w brzydkiej polszczyźnie jest obecnie progres i być może nawet wznosi ona jakieś sarmackie obwarowania.

Regres i progres nadzwyczaj trafnymi zdają mi się w całym kontekście kategoriami. Obyśmy – ma się rozumieć – doczekali kolejnego regresu brzydkiej polszczyzny. I oby przypadkiem – dodam dygresyjnie – regres ów nie polegał na tym, że kląć będziemy po arabsku.

Polityka 47.2004 (2479) z dnia 20.11.2004; Pilch; s. 108
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Łomot, wrzaski i deskorolkowcy. Czasem pijani. Hałas może zrujnować życie

Hałas z plenerowych obiektów sportowych może zrujnować życie ludzi mieszkających obok. Sprawom sądowym, kończącym się likwidacją boiska czy skateparku, mogłaby zapobiec wcześniejsza analiza akustyczna planowanych inwestycji.

Agnieszka Kantaruk
23.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną